sporty

wtorek, 17 lipca 2012

Gdyby ktoś mi przepowiedział, że po 10 latach będę znowu śmigać rowerem w życiu bym nie uwierzyła, bo nawet nie miałam takiego marzenia. Ale stało się - jeżdżę, i to z powodu dziwnego zbiegu okoliczności. Ale po kolei.

Historia zaczyna się nie wesoło. Kilka lat temu Adam dostał rowerek. Po dotkliwym upadku nie chciał absolutnie słyszeć o nauce jazdy na rowerze. Odpuściliśmy licząc na to, że mu przejdzie i sam się kiedyś przekona. Lata minęły, sprzęt się kurzył, Adam z niego wyrósł, oddaliśmy praktycznie nowy rower w dobre ręce. Dla Michelle się nie nadawał, bo to był typowo chłopięcy model. Ostatnio zorientowałam się, że w irlandzkiej szkole organizują dni rowerowe. W te dni wybrane klasy zamiast siedzieć na lekcjach, wyjeżdżają na swoich rowerach w teren. Adama klasa jeszcze się nie załapała na taki wyjazd, ale w przyszłym roku szkolnym można się już spodziewać, że pojadą. Przyznaję, że bardzo mi się podoba ta idea propagowania przejażdżek rowerowych po okolicy wśród dzieciaków. Tylko co ja mam począć z upartym Adamem ?

Podjęliśmy z mężem decyzję o kupnie odpowiedniego roweru dla syna i choćbym nie wiem co, nauczenia go jazdy. W sklepie Adam miał tak zbolałą minę, jakbyśmy dziecku krzywdę wielką robili, że my ten rower mu kupujemy. I pomyśleć, że gdzieś tam w świecie jest cały tabun dzieciaków marzących o rowerach.

Skoro małżonek uprawia kolarstwo wydawało się naturalne, że nauką jazdy zajmie się on. Po pierwszym treningu ojciec wrócił zły, a syn rozżalony. Po drugim treningu ojciec wrócił jeszcze bardziej zły, a syn jeszcze bardziej rozżalony. Na trzeci trening poszłam razem z nimi zobaczyć w czym rzecz. No cóż, dla kolarza łapanie równowagi i jazda jest oczywistą oczywistością, dla dzieciaka z traumą nic nie jest proste, a wszystko wręcz nie do pokonania. W każdym razie małżonek poniósł trenerską porażkę i synem zajęłam się ja. Po drugiej lekcji ze mną Adam stwierdził, że to fajna zabawa i codziennie chce trenować. Na początku uczył się na pustym parkingu. Po dwóch tygodniach stwierdziłam, że czas już uczyć go jeździć po ulicy. Mąż nie chciał się tego podjąć, a ja nie mam roweru, przecież nie będę biegła za dzieciakiem. Trzeba kupić kolejny rower dla mnie.

Przejrzałam strony internetowe z rowerami i mniej więcej miałam wyobrażenie mojego ideału, jaki chcę posiadać. Mąż pewnie myślał, że jak się nie znam, to kupi mi jakieś badziewie i będzie miał spokój, ale ja uparcie kręciłam nosem. Wisiało nad nim widmo nauczania syna, więc uważałam, że to ja rozdaję karty. W końcu znalazł francuskiego Lapierra, który pod względem wizualnym zauroczył mnie od pierwszego wejrzenia, a po próbnej przejażdżce wiedziałam już, że jesteśmy sobie przeznaczeni.

I tak sobie jeżdżę z synem bocznymi drogami, gdzie ruch niewielki. Pracujemy teraz nad tym, aby Adam trzymał się brzegu ulicy nawet wtedy, gdy nie ma samochodów. Musi wyrobić w sobie ten nawyk. W centrum naszej mieściny musimy prowadzić rowery, za duży ruch i Adam mógłby wpaść w panikę. Myślę, że do końca wakacji będzie miał jazdę opanowaną i nie powinien sprawić problemów swoim szkolnym opiekunom.

Powyższe zdjęcie dedykuję mojej mamie, która trzyma kciuki za powodzenie tej "misji" :)

czwartek, 14 czerwca 2012

Wczoraj kuzynka przysłała mi zdjęcia z wesela, ale co ja tu będę Wam pokazywać, jak pląsaliśmy po parkiecie czy ciągaliśmy się w wężykach. Niepodważalnie najbardziej emocjonujące były wszelkie konkursy.

Konkurencja poniżej polegała na tym, że w po jednej stronie siedziała rodzina Pana Młodego, a naprzeciw w rzędzie rodzina Panny Młodej. Każdy miał wyznaczoną rolę, tak więc byli: ojciec, matka, syn, córka, piesek, kotek i słonik (jeśli pamięć mnie nie myli). Prowadząca czytała tekst i kiedy ktoś usłyszał w zdaniu siebie pędził dookoła rzędu. Najśmieszniej było kiedy wyczytano słowo "rodzina". Wszyscy rzucali się na huurraa pędem dookoła, mało się nie tratując. Na szczęście obyło się bez wypadków. Na zdjęciu dziewczyny zerwały się do biegu w myśl zasady "zadzieram kiecę i lecę". Ta w jasnoniebieskiej to właśnie ja się wygłupiam, a w środku biegnie dziewczyna brata Ania. Nasze starania i poświęcenie (bieg w rajstopach) nic jednak nie dały, tę konkurencję drużyna Panny Młodej przegrała, nasz słonik czy piesek (już nie pamiętam) przysnął na dwie rundy. Ale zabawa była przednia, śmiechu kupa i kalorie przy okazji spalone;)

 

 A ta zabawa polegała na tym by panowie uwieszoną marchewką przesuwali pudełko papierosów, aż do bramki zrobionej  z krzesła.  W tej konkurencji mój małżonek był niepodważalnym championem. Zostawił daleko w tyle swoich rywali. Oczywiście gratulacje zebrała żona :)

 

wtorek, 10 kwietnia 2012

Piąty rok z rzędu mój małżonek wymyślił sobie, że zamiast spędzać Wielkanoc z rodziną woli się przez trzy dni wyhasać w terenie na świeżym powietrzu. Przyznaję, że za pierwszym razem ostro vetowałam, ale potem machnęłam już ręką. To już u nas rodzinne, że każdy się gdzieś sprawdza: Adam w konkursach plastycznych, ja w pisaniu, a mąż w kolarstwie. Ewentualne porażki nas wcale nie łamią, liczy się fajna zabawa. Nie traktujemy tego super poważnie. Ważne, żeby ciekawie spędzać czas.

W tym roku mąż jeździ dla klubu Slipstream C.C. Gorey. W trzydniowym wyścigu wzięło udział 187 zawodników. W klasyfikacji generalnej udało mu się zająć 10 miejsce. Duma rodzinę rozpiera :)

Nie mogłam się oprzeć i buchnęłam kilka zdjęć z netu na pamiątkę;)

Tutaj na pierwszym planie w czarnych barwach.

Pociąg (drugi w prawym rzędzie)

Drugi od prawej.

środa, 07 września 2011

Piłkę kopać chcesz, na trawę śpiesz.

Zagraj razem z nami, zagraj z kolegami.

Rankiem kiedy świt puka do drzwi

Ciągną młodych w pole harce i swawole...

 

Przygoda, przygoda każdej chwili szkoda

świat jest piękny, czy to znasz?

Otwórz oczy patrz,

Otwórz oczy patrz! itd.

 

Taaak, nauczyłam się tej piosenki z reklamy i wkurzam mych chłopców-sportowców swoim fałszowaniem. Oni tak twierdzą, bo mnie to się wydaje, że śpiewam pięknie;) Ale nie o moich zdolnościach wokalnych tu miałam pisać. Adam zakomunikował mi, że drugi rok z rzędu będzie klasowym bramkarzem bo:

- ... jestem bramkarzem bo to moja piłka, ja decyduję kto będzie ze mną grał, i nikt mi nie powie, że mam nie grać, bo ja tu rządzę!

- Heh, a mój ojciec zawsze powtarzał, że na bramce stoją największe patałachy.

Nie ma co się czarować, Adam w piłkę nożną jest cieniutki Bolek, jak zobaczyłam jak jego czarnoskóry kolega z Nigerii gra, to napatrzeć się nie mogłam. Tak mu się pięknie piłka lepiła do nogi. Gdzie tam Adamowi do niego, ale przyznać muszę młodemu, że nieźle to sobie wykalkulował. Na początku biegał za chłopakami i jęczał, że piłki nawet nie dotknął, albo skarżył się, że nie chcą z nim grać. A potem doszedł do wniosku, że weźmie z domu piłkę, stanie na bramce, zbierze nową drużynę i... zacznie rządzić. Pewnie, jakby była posada sędziego, to pierwszy by się zgłosił.

Bo najważniejsze to odnaleźdź swoje miejsce tak na boisku, jak i w życiu. Wtedy człowiek będzie szczęśliwy :)

  

piątek, 15 lipca 2011

Adam zaczął trenować Taekwon-do od kwietnia, i jak dotąd jeszcze mu się nie znudziło, a nawet jeszcze bardziej spodobało. Trochę ociągaliśmy się z kupnem stroju do tej sztuki walki, bo z dziećmi to nigdy nie wiadomo, może to być tylko chwilowy zapał. Niedawno okazało, że w łamaniu plastikowych plakietek ciosem z nogi  Adam w grupie jest najlepszy, czyli taki mini sukcesik, więc doszliśmy do wniosku, że czas najwyższy sprawić mu odpowiednie ubranko;) No i kilka zdjęć z treningu w niedawno otwartej nowej sali.

"Taekwon-do jest walką bez użycia broni, wymyśloną do celów samoobrony"

"Taekwon-do jest sztuką dyscyplinowania umysłu poprzez dyscyplinowanie ciała"

                Generał Choi Hang Hi twórca Taekwon-do

 

A małżonek ściera się w kolarstwie dosłownie i w przenośni. Po ostatnim wyścigu wrócił poobdzierany. Sukcesów żadnych, ale frajdy to ma z pewnością mnóstwo;)

czwartek, 16 czerwca 2011

 

Ech... chyba za bardzo przywiązuję się do rzeczy. Po czterech latach małżonek stwierdził, że czas wymienić rower na lepszy model. Tyle razem przeszli w boju, a tu nagle taka decyzja, nie mogę tego zrozumieć. Wystawił go na aukcję i niebieski rowerek fruuuu... do Finlandii zdzierać się na tamtejszych drogach. No przykro mi było, jak zapakował go w pudło i poniósł do kuriera. Dla mnie ta rzecz miała już swoją historię, chociaż nie ja na nim jeździłam. Raz tylko na niego wsiadłam, i kazałam się ściągnąć. Ale mąż uparcie twierdzi, że w interesach nie ma sentymentów. Nie sądziłam, że będzie mi tak żal...

Ps. a zdjęcie nie moje, mąż gdzieś skubnął z jakiejś strony, ale to ostatnie z tym rowerem, to tak postanowiłam tu wrzucić na pamiątkę.