podróże kulinarne

sobota, 23 lipca 2016

 

Będąc nad oceanem oczywiste było dla nas, że będziemy kupować do jedzenia pieczone ryby czy smażone kalmary. Dla odmiany, ( i ze względu na dzieci ) zdecydowaliśmy się pojechać do "The Strawberry Fields Pancake Cottage". Restauracja mieści się w starym ponad 200- letnim budynku, prowadzona przez rodzinną firmę i specjalizuje się w naleśnikach z różnymi dodatkami np. owocami, serem, szynką. Na miejscu wypróbowaliśmy kilka wersji, które stały się inspiracją do eksperymentów kuchennych w domu :)

 

 

 

 

 

 

 

 

piątek, 18 grudnia 2015

 

Jak tak dalej pójdzie, to chyba zamieszkam w Visual Art & The George Bernard Shaw Theatre, tak często tu bywam ;) W listopadzie  byłam na pięknym balecie pt. "Coppelia". Balet w  listopadzie to już moja tradycja. Ostatnio, po trzech godzinach ćwiczeń gramatycznych z angielskiego zorganizowano mojej grupie wyskok do Visual obejrzeć galerię. Potem wykonaliśmy szkice - bardzo relaksujące zajęcie. W najbliższą niedzielę z moją rodzinką jedziemy na spektakl dla dzieci "Piękna i Bestia". Dzisiaj jednak opiszę program kulinarny, który odbył się w Visual, a  na który dostałam niedawno zaproszenie.

Otóż irlandzka Top Chef Kuchni Catherine Fulvio zaprezentowała świąteczne, tradycyjne potrawy gotując na żywo. Program prowadziła prezenterka Colette Fitzpatrick dyskutując z Catherine i czterema gośćmi- ekspertami. Spotkanie miało na celu promocję lokalnych produktów żywnościowych z hrabstwa Carlow, z których wykonano potrawy. Sponsorem i inicjatorem tego wydarzenia było miasto Carlow, a występ był częścią programu Carlow Food Tourism Project.

Proponowany i przygotowany przez Fulvio obiad bożonarodzeniowy to: pierś z indyka nadziewana farszem z boczku, pieczarków z sosem masala, powidła z jabłek, żurawiny i imbiru, kapusta brukselka z parmezanem, pieczone ziemniaki, a na deser biszkopt z kremem i gruszkami w syropie. Cudowny zapach się roznosił po sali, ale zaszczyt degustacji dostąpili tylko eksperci, którzy następnie wyrazili swoją opinię. Natomiast każdy z uczestników spotkania otrzymał plik przepisów tychże dań.

Catherine Fulvio wydała kilka książek kulinarnych i prowadzi kulinarny program telewizyjny, a także posiada szkołę kulinarną. Jej pasja do gotowania jest bardzo inspirująca, a ja szczególnie przed świętami potrzebuję dodatkowej motywacji do przygotowania potraw świątecznych. Dzisiaj jeszcze na luzie, będę robić pierniczki z moją córeczką. Mamy zamiar świetnie się bawić podczas pieczenia i dekorowania :)

 

 

 

 

 

niedziela, 09 marca 2014

Wiele lat temu widok irlandzkiego, tradycyjnego śniadania zwanego tutaj Full Irish Breakfast przerażał mnie. Kanapka tudzież płatki z mlekiem to ok, ale ta bomba kaloryczna, jaką tu serwują samym widokiem przytłaczała mnie, a co dopiero mówić o konsumpcji. Trochę czasu jednak minęło i okazuje się, że wszystko można oswoić. Po takim śniadaniu, co prawda nie mam już chęci na obiad, ale to już mało ważne. Czasem można trafić na różne promocje i w tym przypadku po zakupie jednego śniadania, drugie dostaliśmy gratis, a to już nie pierwsza taka okazja, z której skorzystaliśmy. Trafialiśmy też kiedyś na ofertę: do śniadania picie za darmo.

Co zawiera full - wypas irlandzkie śniadanko?

Smażone, wieprzowe kiełbaski, plastry bekonu, plastry białego i czarnego puddingu (coś w rodzaju kaszanki), jajko sadzone, pieczony pomidor i/lub pieczarki, fasolka w sosie pomidorowym, na zdjęciu mamy też rybę w panierce ( to dodatek akurat tej restauracji), do tego tosty lub chleb sodowy. Lubię też ten chleb z dżemem pomarańczowym, to też taka tutejsza tradycja. Oczywiście do tego kawa lub herbata z mlekiem.

 

 

A latem to już tylko sałatka owocowa ;)

piątek, 03 sierpnia 2012

Wysłałam małżonka po cukinię, a przytaszczył do domu ... to coś.

Angielska nazwa butternut squash wiele mi nie mówiła, dopiero na necie oświeciło mnie, że stałam się przypadkową posiadaczką dyni piżmowej. Cóż było robić, zamiast cukinii wkroiłam do duszącego się mięsa - kostki dyni. Efekt zadowalający. Szukam kolejnych przepisów na te warzywo :)

czwartek, 05 stycznia 2012

Zaskoczenie, odkrycie, objawienie i nie wiem co jeszcze, miałam ostatnio w doświadczeniach kulinarnych. Otóż od kiedy pamiętam słyszałam w Polsce, że baranina jest twarda, cuchnąca i normalny człowiek tego nie je, jeśli nie musi. Ha! Nawet gdybym chciała spróbować to rynek zbytu baraniny w moim ojczystym kraju praktycznie nie istnieje. W Irlandii przeciwnie - baranina i wołowina są najbardziej popularnym mięsem. Od wielu lat patrzyłam, jak wyspiarze, zwłaszcza starsi ludzie, chętnie kupują baraninę, jagnięcinę, oczom moim nie wierząc, że można tak dobrowolnie wybierać takie paskudne mięso. Cóż, doszłam do wniosku, że podobnie jest z kiszonymi ogórkami. My się objadamy, a inne narody patrzą ze wstrętem, tak więc z baraniną musi być podobnie. Siła tradycji i nic na to nie poradzisz.

W związku z tym, że Sylwestra postanowiliśmy z mężem nie obchodzić hucznie zwłaszcza, że i tak marni z nas imprezowicze, wybraliśmy się na obiad do restauracji. Nasz wybór był zaskakujący - gulasz z baraniny. Nigdy tego nie jedliśmy, czas w końcu przełamać uprzedzenia i samemu się przekonać. Mięso mięciutkie, smaczne, nawet żałowaliśmy, że więcej tego nie było na talerzu, chociaż i tak było sporo.

Po niedzieli pędem do mięsnego po baraninę, niedużo, tylko troszeczkę. W końcu nie wiem, jak się obchodzić, żeby dobre było. Wybrałam prosty przepis, uzbroiłam się w cierpliwość i przygotowałam się na przykre gotowanie, które miało trwać ok. 2 godzin,  prawdopodobnie zasmradzając mi cały dom, otworzyłam zapobiegawczo okno w kuchni. Do dzieła. Obwąchałam surowe mięso, nic, żadnych podejrzanych zapachów, gotuję też nic, zapach mięsa, nic nadzwyczajnego. Gulasz na wolnym ogniu bulgotał ponad godzinkę i mięso było mięciutkie. Więc o co tu chodzi?

Otóż okazuje się, że w Polsce jeśli już trafi baran na nasz stół, jest on w podeszłym wieku, obrośnięty starym łojem, stąd smród, i długie gotowanie. W Irlandii przeciwnie, na rynek trafiają zwierzęta młode. Mięso jest polecane przez dietetyków szczególnie osobom starszym, gdyż zawiera kwas linolowy, który obniża cholesterol we krwi. Już wertuję nowe przepisy na dania z baraniny, gdyż postanowiliśmy, że mięso te na stałe zagości w naszym domowym menu.

W związku z tym, że nie jest to blog kulinarny, w końcu żadna ze mnie kucharka, nie będę tu sypać przepisami i zdjęciami potraw, za to kilka zdjęć "kuchennych" wrzucam koniecznie. Kuchnie pochodzą z Muzeum Rolnictwa znajdujące się przy Zamku Johnstown koło Wexfordu.

Tak dawniej bywało w irlandzkich domach... W kociołkach niejeden gulasz z baraniny się warzył :)

niedziela, 24 lipca 2011

Jak leniuchować to iść na całość i na niedzielny obiad wybraliśmy się do włoskiej restauracji. Mieliśmy już tam okazję i przyjemność gościć, toteż bardzo nas ciągnęło, aby znowu tam zajrzeć.

Zastanawiam się nad sekretem tego sosu do fettuccine fantasia. Kucharze tu mają niezłą fantazję;)

 A po obiedzie spacer nad rzeką Barrow w Carlow.

Michelle nie mogła się rozstać ze swoimi skrzydlatymi przyjaciółmi;)

 A wieczorem obejrzymy mam nadzieję ciekawy film, i że lepszy od wczorajszego. Duński film o niewinnym tytule "Just another love story" okazał się rzeźnią. Krew lała się strumieniami, a ja miałam problem, czy wsiąść dzisiaj do samochodu brrr.

środa, 20 lipca 2011

Blogowa, bo pierwszy raz zdarzyło się, że wykorzystałam przepis z czyjegoś bloga. Ten pochodzi z "Feerii smaków". Sałatka z wędzonym kurczakiem i selerem, bo tak właśnie brzmi jej oryginalna nazwa jest prosta i szybka w wykonaniu, nie powiem że poezja smaków, ale bardzo dobra, a mąż nalega by wpisać ją w domowe menu. Sałatki selerowej jeszcze nigdy osobiście nie robiłam, aczkolwiek wersje z żółtym serem lub szynką zdarzyło nam się jeść "w gościach":)

SKŁADNIKI:

puszka kukurydzy

mięso wędzonego kurczaka ok.550g

5 jaj ugotowanych na twardo

3/4 puszki ananasa (ja wykorzystałam całą, bo ananas przydał się do dekoracji)

słoik marynowanego selera

3 łyżki majonezu

sól i pieprz

WYKONANIE:

Seler, ananas i kukurydzę odsączyć. Następnie jaja, ananasa i mięso kurczaka pokroić,  wszystkie składniki wymieszać razem z majonezem, doprawić solą i pieprzem.

Smacznego:)

 

sobota, 28 maja 2011

Niedługo Dzień Dziecka i z tej okazji pojechaliśmy do fabryki czekolady "Chocolate Garden" w Rath. Słodkości wykonuje się tu ręcznie, można na miejscu kupić i spróbować lokalnych specjałów.

Adam stwierdził, że to najlepsze miejsce na świecie dla każdego dziecka.

A dla mnie ciasto marchewkowo-orzechowe, trochę w smaku przypominające piernik, ale to pewnie dzięki przyprawom. 

 

poniedziałek, 16 maja 2011

No i dzisiaj natchnęło mnie na kuchnię japońską, i raczej powtórki nie będzie. Zupa miso nie powinna opuszczać w ogóle misy. Każdy spróbował po łyżeczce, a na drugą łyżeczkę już nikt się nie zdecydował. Samo sushi dało się zjeść ( mimo amatorskiego wykonania), nawet powiało egzotyką, ale widać mam uprzedzenia do tej kuchni. Ta potrawa musiała by powalić mnie na kolana, żebym się do niej przekonała. Wierzę, że fachowcy potrafią robić z tym cuda, ale mnie osobiście nie po drodze jest w te rejony smakowe. Zresztą nie ma co się dziwić, w głowie mam teraz tylko tarty. A małżonek przeciwnie - bardzo mu smakowało, zwłaszcza po treningu kolarskim. Mimo tego oznajmiłam stanowczo, że to pierwszy i ostatni raz.

 Na zdjęciu po lewej stoi sos sojowy, w którym można maczać sushi. Zupa miso nie została sfotografowana, gdyż lepiej pasowała do zlewu, niż do stołu.

piątek, 13 maja 2011

Tego to się nie spodziewaliśmy, a radochy było tyle, jakby dzieciak sztabę złota wykopał w ogrodzie.  Adam znalazł obtłuczony kieliszek do jaj, a na stopce miał napis "Chodzież made in Poland". Zainteresowałam się, bo nazwa firmy coś jakby znajoma, ale nie wiem jak bardzo znajoma. Na necie dowiedziałam się, że firma ma 159 lat, najpierw była w rękach niemieckich, a w 1920 roku została wykupiona przez polski Bank Handlowo-Przemysłowy z Poznania. Porcelana z "Chodzieża" zdobyła mnóstwo nagród za swoje wyroby i jak to się mówi cudze chwalicie, swego nie znacie. Nawet z okazji beatyfikacji papieża też przygotowana została ciekawa oferta. Przyjemnie było sobie pooglądać te naczynia, ale że znajdziemy w irlandzkiej ziemi szczątki jednego z tych naczyń, to bym się nie spodziewała na pewno. No już prędzej przedmioty made in china hehe. 

  Nie chciałam tu robić zdjęcia tego znaleziska Adama, bo nie ma za bardzo co podziwiać, obtłuczona, stara skorupa i tyle, ale za to pozwoliłam sobie skubnąć jedno zdjęcie z porcelaną ze strony Chodzieża, są to naczynia  z fasonem " Kropla", do wiosennych, stołowych aranżacji. Więcej można zobaczyć na http://www.porcelana.com.pl/

 Skoro dzisiaj tak dwa wpisy o tematyce kulinarnej to dodam, że irlandzkiego chleba jeszcze nie robiłam, już miałam się zabierać, a tu sąsiad przyniósł mi wiązkę rabarbaru, to się wzięłam za ciasto rabarbarowe.  Słuszny kawałek tego ciasta Adam zaniósł sąsiadowi, taka  wymiana heh. Po za tym w markecie małżonkowi zachciało się spróbować suhi, i za nim się obejrzałam produkty do suhi wylądowały w koszyku. Teraz szukam na necie, co z tymi fantami mam teraz zrobić. Za każdym razem kiedy otwieram szafkę te tak zwane wasabi i inne patrzą na mnie z wyrzutem, kiedy mam zamiar się za nie zabrać. Bo ja to myślę, że kuchnia japońska to tylko tak fajnie wygląda, ale smaczna to ona nie jest, ale mam nadzieję, że się pomylę w tej kwestii.

niedziela, 08 maja 2011

W zasadzie to ja w ogóle nie powinnam się wypowiadać na temat tej kuchni, bo znam ją bardziej z widzenia, niż ze smaku. No, ale zobowiązałam się parę słów napisać.

Irlandia, jak kraj długi i szeroki (może z tym opisem to przesadziłam), jest krajem głównie rolniczym, a więc  największy wpływ na  tradycyjną kuchnię mieli farmerzy. Kuchnia ta musiała być z założenia prosta, składać się z tego co jest pod ręką, czyli tego co sami zdołali wyhodować, albo złowić (rybołóstwo). No a przede wszystkim powinna być bardzo kaloryczna, gdyż praca na farmie wymaga dużo energii. Oczywiście, jak każda inna kuchnia, tak samo i irlandzka ulegała wpływom kulinarnym innych narodowości, w tym przypadku amerykańskiej, francuskiej, a taki na przykład zwyczaj popijania herbaty przyjęty jest od nielubianych Anglików.

Tradycyjne śniadanie zwane tutaj Full Irish składa się z:

owsianki

smażony bekon

smażone kiełbaski (skrzyżowanie parówki z serdelką, próbowałam tego na degustacjach i nie smakowało mi, za tłuste, a Adam nawet nie spróbował, tylko od razu na cały głos o fuuuu!!!!, ale nas skompromitował przy ludziach, w każdym razie Irlandczycy tym się objadają, ale nie słyszałam, aby rodacy masowo po nie sięgali)

plastry kaszanki jasnej i ciemnej,

jajko sadzone

pomidor lub pieczarka również smażona, a jakże by inaczej ;) 

tosty

 

Tradycyjne potrawy składają się z dużej ilości mięsa. Najbardziej popularna jest tu wołowina i baranina, dalej wieprzowina i drób. Sztandarową potrawą Irlandii jest Irish Stew - gulasz z baraniny lub jagnięciny, z warzywami zależnie od regionu. Podobno są ostre spory o to czy marchewka powinna być  w tej potrawie, czy nie.

 Czytałam, że w Irlandii są bardzo popularne ryby i owoce morza, ale z moich obserwacji wynika, że na wschodnim wybrzeżu ze spożyciem ryb jest cieniutko. Po drugiej stronie wyspy, pod tym względem jest lepiej. Najczęściej jadane są: makrela, łosoś, sola, pstrągi, krewetki, ostrygi, kraby.

Warzywa: oczywiście najważniejszy to ziemniak, który podaje się w różnych postaciach: puree, pieczone, frytki, placki ziemniaczane, a nawet młode ziemniaki spożywane w mundurkach. Jak wynika z moich obserwacji restauracyjnych do kawałka mięsa z ziemniakami Irlandzycy lubią dodawać warzywa gotowane zamiast surówek. I tak na talerzu lądują na przykład: marchewka, groszek, brokół, kalafior, kapusta, fasolka szparagowa, fasolka w sosie pomidorowym z puszki (to akurat w niezbyt poważnych jadłodajniach), rzepa (bardzo niepopularne warzywo w Polsce, a tu bardzo docenione, trzeba tylko wiedzieć jak to gotować, aby nie mieć dolegliwości przewodu pokarmowego), a raz zdarzyła się papryka z farszem bułczano-pieczarkowym (do dziś bezskutecznie poszukuję przepisu na nią).

Grzyby znane są na wyspie tylko i wyłącznie pod postacią pieczarek. No ewentualnie młodzież zna jeszcze grzyby halucynogenne i na tym się kończy ich wiedza. Irlandczycy nie zbierają grzybów w lasach, a rodaków przestrzegam przed zbieraniem, można dostać upomnienie od strażnika za niszczenie runa leśnego, oni po prostu tego nie rozumieją hehe.

Pieczywo tradycyjne wypiekane jest na sodzie. To co sprzedają w sklepach nijak się ma do domowego chleba. Próbowałam już nie raz u sąsiadki. Napaliłam się, że też kiedyś spróbuję, nawet już kupiłam brązową mąkę, więc jak mój eksperyment się uda to tu opiszę, a jak nie to cicho- sza;)

 Czasem się częstujemy z tą sąsiadką swoimi ciastami, albo przetworami, z tąd wiem jak smakuje ich domowej roboty dżem pomarańczowy, albo jeżynowy, które Irlandczycy uwielbiają. Wiadomo ze sklepu to jednak nie to samo.

Sery: popularny jest ser chedar, który produkowany jest na wielu farmach w Irlandii, niestety gustuję w innych serach, więc zachwytów tu nie będzie.

Hrabstwo Wexford słynie z ziemniaków i truskawek. Nawet organizują tam Truskawkowy Festiwal. Owoce te podają z bitą śmietaną i cukrem na wierzchu, nikt nie rozgniata truskawek na nieapetyczną breję (ile ja się nagadałam, aby to barbarzyństwo wytępić u męża).

Napoje: najbardziej znane są whiskey, piwo Guinnes, kawa po irlandzku (z dodatkiem whiskey).Herbatę piją z mlekiem lub słodką śmietanką.

 Na zdjęciu jedna z naszych ulubionych restauracji "Rathwood" znajdująca się w Rath niedaleko Tullow. Oprócz standardowych dań, są tu moje ulubione tarty i świetne ciasta, a także czekolada do picia, którą często zamawiam zamiast herbaty.

 Miało być kilka słów, a wyszło trochę więcej, sama siebie zaskoczyłam:)

sobota, 19 marca 2011

O ile restauracja tajska była ciekawym eksperymentem kulinarnym, to dania we włoskiej restauracji stały się dla mnie inspiracją. Przybytek ten o wdzięcznej nazwie "Quo Vadis" posiadał również w swoim menu potrawę o nazwie "tortellini Quo Vadis". Doszłam do wniosku, że być może jest to danie popisowe tej restauracji i to właśnie ją zamówiłam. Na talerzu więc znalazły się minipierożki coś w rodzaju polskich uszek, tylko bardziej fikuśne, nadziewane mięsem, polane sosem pomidorowym. Na życzenie posypane dodatkowo parmezanem. Bardzo smaczne danie. Mąż zamowił cannelloni nadziewane szpinakiem i serem ricotta. Na wierzchu posypane tartym żółtym serem i polane również sosem pomidorowym. Daliśmy sobie do spróbowania swoje dania i okazało się, że mężowi bardziej smakują moje pierożki, a mnie jego cannelloni. W każdym razie teraz zastanawiam się, gdzie zdobyć ten ser ricotta, żeby w domowym zaciszu odtworzyć to danie, bo zapomnieć o nim nie mogę, a jeśli nie znajdę, to czy polski biały ser, jest w stanie go zastąpić? Pewnie nie będzie to samo, ale może jakaś namiastka tamtego dania. No i teraz będę się z tym męczyć. Po za tym jestem zła na siebie, że nie zrobiłam zdjęć tych dań, ale jak mam przed sobą jedzenie, to ostatnie co by mi przyszło do głowy to robienie fotek. Ciekawość smaków jest zbyt silna :) A Adam tradycyjnie zamówił frytki z kurczakiem, eksperymentom kulinarnym mówi stanowcze nie!

Na zdjęciu powyższym dekoracja ścienna z wnętrza restauracji, a u dołu restauracja na zewnątrz ( miasto Carlow w Irlandii, niestety nie we Włoszech). 

poniedziałek, 28 lutego 2011

O kuchni tajskiej dowiedziałam się, że kieruje się dwiema najważniejszymi regułami filozofii  życia - przyjemność i harmonia. Połączenie jedzenia z filozofią? Musiałam to sprawdzić. Po za tym przyjeli zasadę pięciu smaków: ostrość, słodycz, kwaśność, gorycz i słoność. Ogólnie kuchnia lekka i dietetyczna. Zresztą w tak gorącym i wilgotnym klimacie nie dało by się pewnie zjeść nic ciężkiego. Wyszukałam taką restaurację w Carlow, no i wczoraj można powiedzieć "liznęliśmy" trochę kuchni tajskiej.

Na początek zamówiliśmy zupy. Mąż zamówił zupę tom yam het, oczywiście nie miał pojęcia co zamawiał, i okazało się, że to coś w rodzaju bulionu bardzo ostrego i z goryczą, jeśli by się kierować określeniami pięciu smaków. W bulionie pływały całe, małe pieczarki. Miał minę męczennika, gdy jadł tę zupę. Ja zamówiłam tom kha gai. Tyle doczytałam po angielsku, że jest z mleczkiem kokosowym, a ja zawsze chciałam spróbować czegoś z takowym mleczkiem, bo dotąd znam użycie kokosów tylko w postaci wiórków kokosowych. Moja zupa była łagodna, lekko słodka, aromatyczna. Pływały w niej nie tylko pieczarki, ale kurczak, pomidorki, jakieś pędy, które pewnie nadawały potrawie ten aromat. Była całkiem przyjemna, ale nie aż tak żebym zabrała się ją w domu  gotować ;) Potem zamówiliśmy kaczkę w sosie imbirowym, i wołowinę w sosie bazyliowo-czosnkowym, do tego ryż. Podano je w czymś w rodzaju misko-łódeczek. Mięsa pływały w dość wodnistych sosach, potrawy w smaku łagodne i całkiem przyjemne. Ryż jaśminowy za to boski, podany osobno. Wyrzucam sobie teraz, że omijałam dotąd różne odmiany ryżu, myśląc naiwnie, że ryż, jaki by nie kupić smakuje tak samo. Chociaż nie, w Polsce kupiłam raz brązowy ryż i zrobiłam z niego gołąbki. Trzeszczały w zębach, przeczyściły jelita, i więcej tego ryżu nie kupiłam. I co z tego, że zdrowy, jak przyjemności z jego jedzenia żadnej. Od dziś jednak kupuję ryż jaśminowy, i postanowiłam sobie pobróbować też innych, tylko ten brązowy sumiennie omijać z daleka. Podobał mi się też wystrój wnętrza tej restauracji, bardzo klimatyczny, wprowadzający w nastrój egzotyki wschodniej. No i nie mogłam się powstrzymać z aparatem. Obstrykałam tych kilka obrazów nawiązujących do kultury tajlandzkiej. Tak się zasiedzieliśmy, że nie chciało nam się z tamtąd wychodzić. Czuliśmy się tam dobrze, bo oprócz nas było też kilka innych rodzin z dziećmi. Piski dzieci, i lekki rozgardiasz nikomu nie przeszkadzały. Zupełnie innaczej niż w Hotelu Killerig, którego atrakcją są pola golfowe, a w restauracji przyszło nam siedzieć z emerytami, którzy na pewno chcieli zjeść i wypocząć w spokoju. Siedzieliśmy wtedy, jak na szpilkach, modląc się, żeby dzieci za bardzo nie hałasowały. Wracając do restauracji tajskiej, wrażenia miłe, i już mam apetyt na kolejne wyzwania kulinarne.

Nasza Michelle, jak widać była zachwycona. Co prawda swój obiadek zjadła w domu, ale zabrała ze sobą banany na deser. Na zdjęciu zaczepia drewnianą Tajlandkę.

Obraz, który wita gości już przy wejściu.

A tak wygląda restauracja na zewnątrz, dzieci na pożegnanie dostały po lizaku. Adam zachwycony podwójnie, bo Michelle jest jeszcze za mała na lizaki. Taki drobiazg, a bardzo cieszy maluchy. Nas za to ucieszył niski rachunek :)