myśli przekorne

wtorek, 24 listopada 2015

 

Zimno, jak to w listopadzie. W internecie też chłodem wieje. Byle otworzyć jakąś stronę portalu informacyjnego, a tam terroryzm i bombardowania. A ze sobą coś zrobić trzeba, aby nie chłonąć tego aż tak na maksa, bo nie da się żyć.

Listopad to jeden z najlepszych miesięcy nadających się do czytania książek. Ale to zajęcie przesłoniła mi teraz szkoła angielskiego. Ostatnio robiłam prezentację  na temat interesującego budynku ze swojego kraju. Wybrałam Zamek Królewski w Warszawie, pokazałam nie tylko zdjęcia kiedy zamek jest piękny i okazały, ale też zdjęcia, gdy go Niemcy palili i to co po nim zostało, czyli ruiny. Na koniec jak feniks z popiołów - pięknie odbudowany. Miałam tylko mały zgrzyt. W tekście, którego się potem nauczyłam, napisałam, że to "Nazi Germans" sfajczyli nam zamek, ale nauczycielka uważała, że lepiej będzie, gdy powiem samo Nazis. Na próbach trzymałam się wersji nauczycielki, ale jak przyszło do prezentacji wymsknęła mi się pierwotna wersja. Widać tak miało być. Nie sprawdzałam czy na sali byli Niemcy i jak się ewentualnie poczuli. Ogólnie z prezentacji jestem bardzo zadowolona, a choćby dlatego, że mimo iż nie jestem gadułą, raczej mrukiem bym powiedziała, to jak się trzeba zmobilizować nie tylko po polsku, ale i po angielsku mogę powiedzieć coś ciekawego publicznie. Ciągle dowiaduję się czegoś nowego o sobie...

Temat Zamku Królewskiego tak mnie natchnął, że zapragnęłam go zobaczyć osobiście. Bo prawda jest taka, że nigdy nie byłam w Warszawie i może czas najwyższy się tam wybrać. Sprawdzałam już ceny lotów i hotele na wiosnę i pomysł bardzo mi się spodobał. Do zabukowania powstrzymuje mnie sytuacja, która się teraz dzieje w Europie, chociaż w Polsce na szczęście spokojnie, ale co będzie za parę miesięcy? Nie chcę popadać w paranoję, ale trzeba zakładać też, że bezpieczniej będzie siedzieć w domu niż podróżować.

Póki co pocieszam się jutrzejszą wycieczką szkolną do Kilkenny, a także pielgrzymką do Knock w przyszłą niedzielę. A miałam siedzieć w domu i czytać... Książki patrzą na mnie z wyrzutem, a nie powinny bo w czasie huraganów byłam im wierna ;)

 

wtorek, 18 sierpnia 2015

 

Dostałam zaproszenie od Xpila do wzięcia udziału w zabawie, która polega na odpowiedzi na kilka pytań. Zawsze to ciekawa odmiana po na przykład pytaniu sprzed kilku dni "jak będzie wyglądać twój wymarzony ślub ?" odpowiadam: "jestem mężatką od 12 lat". Zabawa też polega na wymyśleniu nowych pytań i puszczeniu je w świat, ale moje wysiłki intelektualne są teraz skierowane w inną stronę, toteż poprzestaję tylko na odpowiedziach :)

 

1. Czy gdybyś mógł / mogła cofnąć się w czasie i zmienić jedną (i tylko jedną) decyzję, jaka byłaby to decyzja?

 

Jeśli już żałuję to tego, że nie podjęłam jakiejś decyzji lub długo zwlekałam z jej podjęciem niepotrzebnie tracąc czas. Jak to się mówi "lepiej żałować to co się zrobiło, niż żałować tego czego się nie zrobiło".

 

2. Jaka książka jest Twoim największym zawodem czytelniczym? Coś, co się wspaniale zaczynało, ale kiepsko zakończyło. Albo w jakiś inny sposób zawiodło Cię na całej linii.
 

Napaliłam się na "Cmentarz w Pradze" Umberto Eco. Męczyłam się nie wiem po co, aby w końcu przebrnąć przez tę książkę. Z chwilą, kiedy zamknęłam ostatnią stronę od razu wystawiłam ją na sprzedaż. Kompletnie nie moje klimaty.



 3. Gdybyś mógł doradzić pisarzowi w sprawie jakiejś książki, co by to było? Podaj nazwisko autora, tytuł książki oraz treść porady.

Nie śmiałabym doradzać autorom, zwłaszcza moim ulubionym, łykam wszystko i wierzę, że tak ma być :)

 

4. Czy kiedykolwiek myślałeś / myślałaś o opublikowaniu swojego bloga w formie pliku EPUB / MOBI (czyli dla e-czytników)? Jeżeli tak, w jaki sposób podszedłbyś / podeszłabyć do zagadnienia?

Nie mam takich marzeń.


 5. Czy pisząc nowy artykuł na bloga, masz w głowie "szkielet", plan, założenia, czy pozwalasz się ponieść chwili i dajesz się sobie samemu / samej zaskoczyć?

Mam dwa sposoby. Pierwszy  - jak przychodzi wena, wtedy jest pomysł i konkretne zdania mielone są w głowie do stanu nadającego się do napisania. Potem to już tylko szlifierka na edytorze. Drugi - o matko co by tu napisać, żeby do tych zdjęć pasowało. Post rodzi się w bólach;)

 

6. Jakie są tytuły dwóch najbardziej odległych od siebie książek, jakie przeczytałeś / -aś? Odległość rozumiana w sensie... w dowolnym sensie, jaki przychodzi Ci do głowy

Wspomnienia wojenne "Między wariatami" Marcina Mellera i na przykład książka kucharska "Kuchnia Polska 1001 przepisów".


7. Pisujesz w językach innych, niż polski? W jakich? Komfortowo Ci z tym?
 

Tak, piszę teksty po angielsku, ale na dzień dzisiejszy nie nadają się do publikacji. Owszem, fajnie by było pisać blog po polsku i po angielsku. Tłumaczyć swoje teksty, a przy okazji uczyć się języka. Może kiedyś....



8. Jaka jest największa wada człowieka? W sensie gatunku, nie jakiegoś indywiduum

Zawsze staram się pamiętać, że człowiek, choćby nie wiadomo jak cywilizowany, jest przede wszystkim drapieżnikiem.


9. A zaleta?

Empatia i miłość.



 10. Jeżeli czytujesz fantastykę / SF, jaki fantastyczny aspekt świata jest Twoim ulubionym? (jeśli nie czytujesz SF, nie musisz odpowiadać).

Jeśli sięgam po fantastykę, najbardziej lubię czytać o innych cywilizacjach, ewentualnie o innych wymiarach naszej rzeczywistości.

 

11. Co należałoby zrobić, żeby poprawić sytuację czytelniczą w Polsce.

Ceny książek są bardzo wysokie. Kupuję polskie książki ok. 10 - 20 sztuk co pół roku. Gdybym mieszkała w Polsce kupowałabym tylko podręczniki dla dzieci, o książkach dla siebie mogłabym zapomnieć. Pozostałaby mi biblioteka. Pamiętam, jak byłam rok temu w Polsce, w Biedronce sprzedawano całkiem tanio książki, szły jak świeże bułeczki. Tylko czy to jest opłacalne dla pisarzy? Kiepska sprawa z tym czytelnictwem w Polsce.

                       



poniedziałek, 30 marca 2015

 

Człowiek spragniony tej wiosny, a ona jak na złość wcale nie ma zamiaru się rozkręcić. Niby roślinność się ożywiła, kwiecia pełno się robi, ale jak się tu cieszyć skoro zimno i pada, zimno i pada... Chwile nieliczne, kiedy słońce wyjdzie spoza chmur wykorzystuję na maksa.

Nie próżnuję. Pogoda tej wiosny idealna za to dla mnie na wypełnianie wszelkiego rodzaju dokumentów, wizyt w urzędach, umawiania się ze specjalistami, a nawet zmobilizowałam się do wolontariatu. Nie samym relaksem człowiek w końcu żyje. Porobić też coś trzeba. Zbliżają się święta, sprawy organizacyjne z nimi związane, jak zwykle biorę sama na klatę. Obmyślam menu stołu wielkanocnego. Oczywiście jeden dzień świąt tradycyjnie poświęcony jest na wycieczkę ( w celu spalenia kalorii, przynajmniej jest takie założenie ;) ).

Kilka zdjęć z ogrodu Altamont , słoneczna niedziela trafiła się tydzień temu. Tak na pocieszenie sobie wrzucam. Dobrze, że mam książki...

 

 

 

 

 

 

czwartek, 19 marca 2015

 

Z okazji Dnia Matki, a wypadł ten dzień w Irlandii w ostatnią niedzielę ( 15 marca) dostałam laurkę wykonaną przez córkę w szkole. Na pierwszej stronie kwiatki dla mamy, a w środku Misia narysowała siebie, jak wręcza tort ze świeczkami tatusiowi (urodziny miał 13 marca). Wcale nie jestem zazdrosna, no bo przecież okazało się, że jest bardzo praktyczna i załatwiła dwa święta jedną kartką. Od Adama dostałam/dostaliśmy popielniczkę, również własnoręcznie wykonaną w szkole. Oboje nie palimy papierosów, ale gdybyśmy zaczęli, to będzie jak znalazł. Dobrze, że możemy liczyć na szkołę, zawsze to jakaś niespodzianka nas spotka ;)

Obie te okazje postanowiliśmy uczcić w niedzielę. Wyskoczyliśmy na obiad do restauracji (przecież w swoje święto nie będę stała przy garkach, bo wtedy to nie będzie święto oczywiście), a potem pojechaliśmy do teatru na musical "Czarnoksiężnik z krainy Oz". Akurat dzieciaki nie znały wcześniej tej historii, więc byli bardzo zainteresowani spektaklem.

17 marca oczywiście wypada Dzień św. Patryka. Prawdę mówiąc, gdyby cała akcja nie działa się przed domem, w którym mieszkam, wcale nie chciałoby mi się fatygować. Wolałabym się nie odrywać od książki, którą zaczęłam, ale Misia się wystroiła. Musiałam na szybkiego jeszcze flagę irlandzką odprasować, bo ona w Irlandii się urodziła to Irlandka z niej, że ojej. Adamowi misja się przeciągnęła na play station i wyszedł przed dom w połowie parady. Nie miał czego żałować, szału nie było. Kilka fotek wrzucam tu z parady, bo nic ciekawego nie mam pod ręką. Marudna i złośliwa dzisiaj jestem.

 

 

 

 

 

 

 

Jak zobaczyłam swojego dentystę (pan w zielonym) to od razu rozbolała mnie szczęka.

 

 

 

Dzisiaj w takim jestem humorze mniej więcej ;)

 

wtorek, 20 stycznia 2015

... coś dla miłośników kotów :)

Na ogół to człowiek obserwuje i podgląda zwierzęta. Kombinuje jakby je oswoić, zdobywa zaufanie jedzeniem. Ale ja doświadczam teraz odwrotnej sytuacji. Oprócz tego, że mam własnego, osobistego kota imieniem Mike, to jeszcze przychodzi mi na chatę czarny kot z białym kołnierzem, którego nazwałam Stefan. Przychodzi na noc, chroni się przed zimnem. Od razu mówię, to nie jest bezdomna bidulka, która nie ma się gdzie podziać, ponieważ jest dobrze odżywiony i posiada grube, zimowe futro. To kot któregoś z dalszych sąsiadów, ale nie potrafię ustalić czyj on jest dokładnie. Program oswajania mnie ze swoją obecnością Stefan wprowadził od grudnia. Na początku, gdy wstawałam w nocy po picie lub do toalety, przelatywało mi w korytarzu coś czarnego pod nogami, a śmigało tak szybko, że nie byłam w stanie rozpoznać co to. Podejrzewałam omamy lub że śnię na stojąco. Potem rozpoznałam,  kota, ale z zaskoczeniem, no jak to? Przecież mój jest rudy! Siedziałam raz wieczorem zamyślona i takie odniosłam wrażenie, że ktoś się na mnie gapi. Odwracam się, a tu czarny pokazał swój łeb. Wbił we mnie swój koci wzrok i obserwuje. To wychylanie się z za rogu ściany powtarzał wielokrotnie z zawsze ciekawskim spojrzeniem. A dzisiaj nad ranem mnie zaskoczył. Wstałam o 6-tej po coś do picia, zaraz Mike podcina mi nogi, dopomina się o jedzenie, a tu jeszcze Stefan przybiegł. Usiadł 2 metry od nas i czeka. Wzroku ze mnie nie spuszcza. Cóż fajny z niego kot, ale nie stać mnie trzymać jeszcze jednego. "Stefan idz do domu na śniadanie!"

I tu nie chodzi tylko o jedzenie. Najwięcej wydaję na weterynarza. I tak zrezygnowałam z ekstrawagancji jak: microchip, przegląd dentystyczny czy kastracja (mąż okazał się wielkim przeciwnikiem tego zabiegu - solidarność samców). Mike latając po dachach nabawił się kontuzji, a potem na dodatek wdała się infekcja. Zaszczyki, tablety, i wizyty u veta, cackanie się, jak z niemowlęciem (zdjęcie poniżej tego dowodem). Niektórzy się ze mnie śmieją, że inwestuję w kota. Ale ja myślę, że dzieciaki przy tym uczą się odpowiedzialności. Misia zawsze asystuje podczas wizyt u weterynarza, bardzo się przejmuje i wspiera duchowo swojego pupila. Tak więc wartość wychowawcza - bezcenna.

 

 

Tak sobie myślę, że ten Czarny Stefan mógłby zapłacić za nocleg na przykład modelingiem. Potrzebuję fotki na Dzień Kota. Skoro chce prowadzić podwójne życie to trochę by się poświęcił ;)

 

czwartek, 25 grudnia 2014

 

Jak co roku wyciągam plastikową choinkę, która po ubraniu w plastikowe bombki przypomina bardziej Marzannę niż drzewko bożonarodzeniowe, ale jedna rzecz się zmieniła. Moje nastawienie. O ile kiedyś klęłam na tego wiechcia, marząc o żywym drzewku i szklanych, ręcznie malowanych bombkach, o tyle w tym roku błogosławię wręcz i jak w takiej jednej piosence wołam "Plastic is fantastic !" Ktoś się zapyta dlaczego nie sprawię sobie żywej tylko jęczę. Ano rodzina mnie przegłosowała 3 : 1 dla plastika. Kot też się okazał amatorem tworzywa sztucznego, bo żywego ma pełno na dworze, ale sztuczny iglak... ooo to dopiero będzie survival ! Więc jest 4 : 1, a ja i tak w dobrym nastroju. Bo jak sobie pomyślę, jak bym się trzęsła nad tą choinką, żeby mi tych bombek nie pobili, tę nerwówkę i w konsekwencji zjechane święta, to od razu wrzucam na luz. I tak kot grasuje na gałęziach, ostrzy pazury, zrzuca plastikowe bombeczki, Michelle przekłada czterdzieści pięć tysięcy razy ozdoby, bo może na innej gałęzi będzie lepiej wyglądać (akurat), a my się śmiejemy, bo nie ma co płakać nad takim badziewiem.

Tak sobie myślę, że kiedyś w przyszłości może będę miała tę wymarzoną choinkę, ale za to dzieciaki wyrosną, kot spoważnieje na stare lata i będzie mi brakowało tej beztroskiej radości, więc trzeba się cieszyć tym co się ma. A poza tym ważniejsze jest dla mnie to co pod choinką. W tym roku rodzina się obłowiła w rekordową liczbę 17 książek na Gwiazdkę, chociaż nie tylko książki były prezentami :)

 

Na zdjęciu nasz Ginger Mike w świątecznym wydaniu, z miną niewiniątka.

 

 

 

Wesołych Swiąt !

 

 

wtorek, 18 listopada 2014

 

Nic się nie martw, wszystko będzie dobrze.

Cały świat podadzą ci na talerzu.

Już od dzisiaj, już od teraz -

Kochanie, zawsze będziesz stąpać po różach



To jeden z moich ulubionych cytatów, "buk" wie z jakiej książki, zanotowany  w 2000 roku, a który znam na pamięć, gdyż gdy jestem w gorszej formie, często go powtarzam. Wiadomo, że nic mi się nie należy, i samo do mnie nie przyjdzie, ale tekst powtórzony ileś tam razy, stawia mnie na nogi. Nabieram takiej ufności we własne siły, iż mam wrażenie, że czego się nie chwycę - zamieni się w złoto. Dopiero po latach dowiedziałam się o istnieniu psychologicznej techniki zwanej afirmacją, działającej na tej właśnie zasadzie powtarzania.

Normalnie słuchaczem moich zwierzeń, cytatów, sentencji życiowych, poezji wymyślanej naprędce jest Mike - mój kot, najlepszy przyjaciel. Zrozumie, nie zdradzi, nóż w plecy nie wsadzi. Pół miasta się nie dowie, co mi chodzi po głowie. Co prawda i nie doradzi, za młody, doświadczenia życiowego nie ma, ale nie ma przecież ideałów ;) Ostatnio jednak podsłuchał mnie mój syn.

- Mamo, ale o co ci chodzi z tymi talerzami ?

- Z talerzem. Myślę, co na obiad.

- A co będzie ?

- A co chcesz ?

Spławiam go, bo co ja tu mu będę o moich egzystencjonalnych bolączkach opowiadać. Kot może tylko posłuchać, bo zrozumie, nie zdradzi, nóż w plecy... itd. a poza tym po co mam ludzi zajmować swoimi sprawami, które może i dla mnie są ważne, ale dla kogoś już niekoniecznie.

 A dzisiaj dotarło do mnie, że mój małżonek również lubi powtarzać ten sam tekst i to codziennie, ale nie jest to afirmacja tylko niestety narzekanie "życie jest ciężkie", a kiedy nie reaguję lubi dodać "życie jest ciężkie z tobą", dalej nic to dorzuci " bo ty nie masz pojęcia na jakim świecie żyjesz". Tak wiem, to dżungla i co z tego. Od dzisiaj postanowiłam go poprawiać, za każde jego "życie jest ciężkie" odpowiem "życie jest piękne". Ciekawe jak długo będziemy się tak przepychać :)

 

wtorek, 30 września 2014

 

... wrzesień dla tego bloga był bardzo gorący. A to za sprawą portalu informacyjnego gazeta.pl, który zareklamował jeden z moich wpisów "Syndrom emigranta". Normalnie jak dostukam do 5 tys. wejść tygodniowo, to mogę uznać, że jest dobrze, a tu po ok 2 tys. wchodziło dziennie. No ale już mam spokój, i to mnie cieszy - święty spokój,  bo popularność też ma ciemną stronę medalu i trzeba na przykład opędzać się od trolli rzucających mięchem. Z tego też powodu nie zabieram głosu na żadnych forach gdziekolwiek. Człowiek się tylko wybrudzi, a nic nie zwojuje. U mnie moderacja komentarzy włączona i pilnuję, aby kulturka była.

Przede wszystkim jednak muszę podziękować tym, którzy zechcieli podzielić się swoimi doświadczeniami związanymi z emigracją ze mną i z innymi czytelnikami. Jest to temat rzeka i wielu z Was bardzo się rozpisało, co daje pewien obraz na temat emigracji. Przeważają wypowiedzi, że lepiej się żyje poza granicami kraju, ale Polskę w sercu nadal się nosi. Jakby nie było cieszę się, że mamy tę wolność wyboru i możemy zdecydować, gdzie jest nasze miejsce na świecie :)

Dla tych co nie widzieli wpis "Syndrom emigranta" lub chcą poczytać powstałe forum zapraszam na:

 

http://rowena7.blox.pl/2014/07/Syndrom-emigranta.html

poniedziałek, 22 września 2014

 

Mój kot jest na mnie obrażony. Nie wypuszam go dzisiaj na dwór, bo ma wizytę u veta. Nie będę później biegać po okolicy i szukać. Mogłabym się założyć, żebym go nie znalazła. Koty wyczuwają takie rzeczy. Pomimo focha, co jakiś czas miauczy i prowadzi mnie do zamkniętego lufcika, którym zawsze wychodzi. Rozumiemy się świetnie, ale dziś rżnę głupa i udaję, że nie wiem o co chodzi. Tak więc dzisiaj na 100% podpadnę.

 

 

Słońce dopisuje, w wolne chwile przysiadam na tarasie. Nie było tu zbyt pięknie, gdy wróciłam z wakacji. Małżonek nie sprawdził się jako ogrodnik. Większość roślin uschła. Za to miałam pretekst do nowych zakupów w centrum opgrodniczym. Bez szaleństw, tylko wrzosy i bratki drobnokwiatowe, ale wystarczyło , żeby przywrócić jako taki wygląd. Na wiosnę zrobię większy rozmach ;)

 

 

 

Podczas pobytu w Polsce zauważyłam, że jest moda na phalaenopsis. Jest to roślina z rodziny orchideowatych. W wielu domach na parapetach stoją tylko i wyłacznie te kwiaty. Doszłam do wniosku, że nie są one tak trudne w uprawie, skoro są aż tak popularne. Na parapecie znalazłam miejsce dla jednego okazu, nawiasem mówiąc po tym jak mój kot jako kociak zrobił naturalną selekcję i zdewastował jedną z roślin.

Długo szukałam rośliny, która miałaby ciekawe ubarwienie, byle białymi bym się nie zadowoliła. W sklepie zauroczył mnie ten oto okaz na zdjęciu o pięknych bordowych kropkach.

W tle asparagus, ten sam którego dodaje się do wiązanek. Było z nim kiepsko (niemożliwy kot i jego możliwości), ale odpowiednie przycięcie i nawóz zdziałały cuda.

 

 

 

 

Rozbita donica, nic nie szkodzi  ją też można zagospodarować. Zdjęcie zrobione w ogrodzie Altamont. Muszę zapamiętać ten pomysł, bo jak się ma kota... resztę dopowiedzcie sobie sami ;)

 

 

 



środa, 06 sierpnia 2014

 

tzn. że można o czymś mówić i być bardzo nawet do czegoś przekonanym, a potem wychodzi w praniu całkiem co innego. Bo się nie wzięło pod uwagę jeszcze wiele czynników, które wypływają po drodze... ale wróżką nie jestem. Dzisiaj jakoś tak enigmatycznie zaczęłam.

Wakacje trwają, znaczy się kto je ma ten je ma. Zostało mi dwa dni pracy, a potem niech żyje wolność, wolność i swoboda, śpiewa dziewczyna niemłoda. I tak muszę przyznać, że prowadzę teraz singielskie życie. Dzieciaki pod opieką babci jednej, tudzież i drugiej. Mogłabym się do tego przyzwyczaić:)

Dużo jeżdżę rowerem, jak na mnie oczywiście dużo. Dwa lata nie jeździłam, a tutaj śmigam. Wydębiłam od mamy rower, przetrwałam pierwsze zadyszki i zakwasy. Teraz to już relaks i piękne widoki...

Samochodem na sępa też mi się zdarza przejechać. Kolega mnie podwiózł, trafiliśmy na objazd, pojechaliśmy nie tą drogą co trzeba, a tu las. W lesie zaryliśmy w błocie i zawisnęliśmy na dodatek  na kamieniu. Ani do tyłu, ani do przodu. Utknęliśmy. Chwila grozy, ale po kilku minutach nadjechał bus z panami budowlańcami, migiem nas wyciągnęli.

Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda... :)

 

 

wtorek, 29 lipca 2014

Dzisiaj na przystanku autobusowym zaczepił mnie pan w stanie nietrzeźwym, toteż gadka do nieznajomej osoby czyli mnie (niestety padło na mnie, bo nikogo w pobliżu) poszła mu całkiem gładko. Nie ukrywam, że kombinowałam jak by się tu wymigać z tego podejrzanego towarzystwa, ale okazało się, że znaleźliśmy wspólny temat i czas oczekiwania na busa, skrócił się choć trochę.

- Byłaś może w Czechach? - pyta pan.

- Byłam.

- A pracowałaś w Czechach? - drąży temat.

- Nie, nie pracowałam.

- A ja pracowałem. Nawet nie wiesz jak bardzo wtedy kochałem Zawidów. A wiesz dlaczego?

- Bo to Polska! W Zawidowie jest przejście graniczne z Czechami. Rozumiem, że nie mogłeś się doczekać, aż będziesz po polskiej stronie.

- Właśnie! Dokładnie tak!

 

No cóż, po 8 latach emigracji stwierdzam, że tęskni się za polskością, ale już niekoniecznie za życiem w Polsce. Jedni na emigracji sobie lepiej z tym radzą, inni gorzej. Ten pan należy do osób, które się nie zaaklimatyzowały w nowym miejscu. Cóż, bywa i tak.

Ale warto było przyjechać znów do kraju, rozejrzeć się i dojść do wniosku, że jednak lepiej mi w Irlandii. I nawet Polskę wolę w Irlandii, bo chociażby np. będzie wystawa w Dublinie w sierpniu o powstańcach AK i żałuję ogromnie, że jej nie zobaczę...

Przypuszczam, że gdybym kiedyś nie wyjechała do Irlandii, pakowałabym dzisiaj walizy do Niemiec. Tak więc dobrze, że już to mam za sobą ;) Nie dlatego, że w Polsce tak ciężko, ale dlatego, bo zawsze chciałam spróbować żyć w innym kraju, poznać inną kulturę, obyczaje, wypróbować jak się żyje gdzie indziej. Taka tęsknota poznawcza :)

sobota, 19 lipca 2014

 

Jak to Cejrowski mówi lepiej nie planować podróży i jechać na wariata. Bo jak się zaplanuje i coś pójdzie nie tak, człowiek się wkurza, a tak może sobie powiedzieć, o proszę nie było planowane, a wydarzyło się. Mój pobyt w Polsce dziwnie się potoczył, inaczej niż planowałam. Po pierwsze miało być wiejsko-sielankowo, ale chyba już miastowa jestem, bo straciłam odporność na te paskudne, krwiożercze owady, które tak okropnie mnie pokąsały. Spuchło się trochę niestety. Poza tym złapałam pracę na miesiąc czasu, i wyrwałam do miasta. Na 7 tyg pobytu w ojczyznie - 4 spędzę w robocie. Co już wakacjami sielankowymi nazwać tak do końca nie można. Na szczęście to praca biurowa + mały magazyn,  nie jest tak ciężko, jakbym miała na przykład w pocie czoła owoce zbierać w tym upale. Zresztą co do przyrody to ja teraz z dystansem i nieufnością - taka opcja nie wchodziłaby w grę. Tak więc zostało mi 3 tyg roboty, a potem 2 tyg wolne i fruuu... do Ireland.

Wniosek nasuwa mi się niejasny: planować czy jechać na wariata? Bo ja planowałam, a wyszło na wariata. A może z tego planowania wariactwo mi wyszło?

 Ps. Stosik książkowy rośnie, zdobyłam prawie wszystkie tytuły, które mi się marzyły. Poluję jeszcze na nową książkę Cejrowskiego "Wyspa na prerii", która od niedawna jest w księgarniach, no ale pewnie gdzieś w Warszawie, bo na obrzeżach kraju już niekoniecznie. W każdym razie wypatruję i może uda mi się ją kupić do końca mojego pobytu. A znając siebie to na tej jednej się nie skończy.

środa, 18 czerwca 2014

U Adama w szkole zorganizowano wycieczkę rowerową, fajna sprawa, ale nie pojechał. Wpadłam na szalony pomysł, aby dwa dni przed rajdem wyciągnął sprzęt i trochę potrenował, bo przecież jest nie w formie. Jego ulubiony sposób spędzania wolnego czasu to konsola/internet/książki. Nic co ma związek z ruchem ( ruch palców się nie liczy), tak więc wskazane by było, aby trochę się poruszał. Na początku plan mój szedł gładko: ojciec rower mu napompował, odkurzyli, dopieścili, poszli do parku. Po godzinie syn wraca wściekły i ranny, z brzuchem obdartym, a rowerem uszkodzonym. Nic poważnego i w przypadku syna i roweru, ale nie chce słyszeć o żadnej wycieczce. Zraził się i tyle. I mimo, że ci którzy nie pojechali musieli się uczyć, wrócił ze szkoły zadowolony. Rower mogę powiesić chyba jako ozdobę, jak ten na zdjęciu motorower na dublińskim płocie. Tylko trochę muszę poczekać, aż nabierze wartości zabytkowej;)

 

 

I tu bym chciała sobie teraz upuścić trochę żalów w stylu "jaka ta młodzież dzisiaj", że kiedyś to były czasy, a dzieciaków nie można było zagonić do domów, bo hulały na podwórku/parku/placu zabaw/lesie, a teraz tylko patrzą w te komputery i świata nie widzą. Ale nie mogę, bo mi córa całą teorię zaprzecza. Jej nowa pasja to deskorolka. Już dawno ją sobie upatrzyła czteroletnia cwaniarka, tylko nijak nie mogła mnie namówić na kupno. Ciężko mnie namówić na zakupy nieplanowane, twarda jestem, ale ojciec miękki jak masło, więc zaciągnęła wiadomo kogo do sklepu następnym razem. Trzeba było widzieć ten tryumf i satysfakcję na jej twarzy, kiedy wkroczyła do domu z pudłem. Tak więc śmiga. W parku zrobili też rampy pod deskorolki, ale jeszcze nie jest tak dobra, aby po nich jezdzić. Nabrała za to pewnych manier, które podpatrzyła u starszych chłopaków np. jak się zgrzeje ściąga bluzę i niedbałym (ale wyuczonym) gestem odrzuca. Wie też z doświadczenia swojego i innych małych dzieci, że jeżeli upadnie i się rozpłacze to oznacza koniec zabawy i powrót do domu. Ostatnio uderzyła się w rękę, schowała się za rampę, kucnęła, zdusiła płacz, a potem jakby nigdy nic powróciła do zabawy.

Nasuwa mi się taki wniosek, że każdy ma prawo do swoich pasji. Nawet jeśli rodzice mają swoją wizję co do swoich dzieciaków, to lepiej dać im swobodę i wolny wybór tego co najbardziej lubią robić. Jak dorosną trzeba będzie zaakceptować ich życiowe wybory, które tym bardziej mogą odbiegać od naszych marzeń i lepiej się wprawiać zawczasu, żeby potem nie dostać palpitacji, albo innego globusa ;)

czwartek, 08 maja 2014

 

... tak się tęskniło mi ostatnio, toteż decyzja zapadła i na całe wakacje z dzieciakami do Polski w rodzinne strony jadę. Do mamusi na wieś, na zieloną trawkę i żeby słonka cieplejszego zażyć, bo te irlandzkie deszcze robią się już dla mnie nieznośne. Sama myśl o ciepłym (mam nadzieję) lecie, jest bardzo pokrzepiająca i radośnie nastawiająca.

Poza tym ważne sprawy mnie też wzywają, które należało czas najwyższy załatwić, a ja sobie tak lekko odkładam na świętego nigdy. No i najważniejsze wydarzenie to brat mi się żeni, więc stawić się należy całą rodziną. Mąż co prawda zostaje w Irlandii, ale dojedzie na ostatnie dwa tygodnie i załapie się na ślub.

Myślałam, że syn się nie zgodzi na ten wyjazd, gdyż uzależniony od konsoli, ale nie było problemu. Upewnił się tylko na skype czy babcia zrobi rosół i pierogi w wersji ruskie lub z truskawkami i zaakceptował pomysł. Zaskoczył mnie tylko, że taki z niego smakosz i gotów poświęcić swoje rozrywki. Kto by pomyślał.

A co do atrakcji to już sobie wynajdziemy: będziemy zwiedzać okolicę, uczestniczyć w miejscowych wydarzeniach kulturalnych, no i biblioteka, która praktycznie znajduje się rzut beretem od rodzinnego domu, a w niej rarytaski, na które miałam już dawno chęć, mam tylko nadzieję, że będą dostępne. Zakupy książkowe też planuję, bo zaopatrzenie solidne na zimę muszę zrobić.

Tralala hopsasa i dzieciaki w końcu wyhasają się dowoli :)

 

 

środa, 16 kwietnia 2014

Była taka piosenka, na obozie harcerskim się uczyłam, leciało to jakoś tak: " Był sobie las, zielony las, a w lesie sejm burzliwy, bo zwierząt chór prowadził spór co znaczy być szczęśliwym..." i tu zaczęto wymieniać różne zwierzęta, a szczęście dla każdego z nich oznaczało co innego. Na koniec zapytano człowieka i tu nic się nie dowiedziano, bo człowiek, jak to człowiek usiadł i myśli. I koniec piosenki. I wtedy każdego ( tak myślę) refleksja nachodziła, co by musiało się stać/mieć/być, aby zapanowała kraina wiecznej szczęśliwości, przynajmniej w swoim odczuciu.

Czytałam coaching według Bennewicza i trochę mnie gość przeraził. Rozdziały pod tytułem np."Oprogramowanie klienta" matko jedyna, to o człowieku jak o maszynie, ale z drugiej strony to fajnie by było się przeprogramować, gdyby coś nawaliło, wystarczy zmienić tor myślenia, i już się wie co i jak i wszystko pięknie, tylko jak to zrobić trwale, jak zastosować w życiu, żeby były efekty ? On wie jak, ja jeszcze nie.

Znowuż Beata Pawlikowska przekonuje, aż wręcz naciska w jednej ze swoich książek na codzienny spacer z samego rana 10 min. zaraz po przebudzeniu  i doskonale wie, że to nie takie proste zmusić mózg do nowego nawyku. Jakby mi w myślach czytała. Gdybym chciała co rano na spacer to ja bym psa sprawiła sobie zamiast kota i zrywałabym się w te pędy ze zwierzakiem i jego potrzebą. To byłoby bardziej motywujące niż wstawanie po to, by pobyć z samym sobą i pozachwycać się tym stanem. Chyba o to jej chodziło, o naładowanie wewnętrznych akumulatorów - ale tego to akurat uczyć się nie muszę, bo introwertykiem jestem i jest to zachowanie dla mnie tak naturalne, jak nienaturalne jest uważam, zrywanie się o świcie i słuchanie ptaszków, które na pewno ćwierkają tylko dla mnie (tak przekonuje Beata). Bo ja tak mogę o każdej porze dnia się skoncentrować, ale mniejsza o to.

Mogłabym sobie jeszcze "psioczyć" na kilku takich autorów, ale nie zmienia to faktu, że uwielbiam czytać o coachingu. Nawet jeśli nie jestem pilnym uczniem, to coś tam sobie zapamiętam, coś zapiszę, na coś spojrzę z różnej perspektywy, nie żeby tam jaki budda na kwiecie lotosu wyluzowany, ale zwyczajnie tak pozytywnie nakręcona (nie mylić z euforią - to zgubne jest akurat), i od razu lepiej.

Positive Success Group z Dublina przysyła mi co tydzień "poniedziałkowy motywator", żeby mi się chciało, jak mi się nie chce. Czasem trafiają w 10-tkę i z mottem lub radą noszę się jak z mantrą przez tydzień, a nawet dłużej. Ale co tam poniedziałek, ja codziennie faszeruję się różnymi artykułami na ten temat i dochodzę do wniosku, że szczęście to nie odczucie, ale wewnętrzy spokój, że jest dobrze tak, jak jest, a jeśli chcę coś zmieniać to tylko w zgodzie ze sobą. I mniej tego koniecznego "muszę, powinnam", a więcej "chcę, lubię"- trzeba będzie mi nad tym pokombinować.

Dla każdego jednak, jak w tej piosence, szczęście oznacza co innego. Z coachingiem właśnie się szuka tego czegoś :)

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5