rodzinnie

poniedziałek, 30 października 2017

 

Ostatnio bardzo przeżywaliśmy zaginięcie naszego rudego kocura. Wyszedł dwa dni przed huraganem na obchód swoich dalszych włości. Niestety nie wrócił. Postanowiliśmy dać szansę na nowe życie kotce ze schroniska Ash Animal Rescue w Rathdangan (hrabstwo Wicklow). Ma zaledwie 3,5 miesiąca i bardzo szybko się zaaklimatyzowała. Okazało się, że Maja (tak daliśmy jej na imię) bardzo lubi, jak ktoś czyta jej książki. To jak mruczenie innego kota i czuje się z nami bezpiecznie. Michelle przy okazji trenuje czytanie, zawsze to fajniej jak się ma wiernego słuchacza. Kiedyś były takie akcje w Polsce. Dzieci ze szkoły szły do schroniska poczytać mruczkom. Zysk ogromny dla obu stron. Dzieci coraz lepiej czytały, uczyły się empatii i czuły się potrzebne. Koty przyzwyczajały się do obecności człowieka zwiększając swoje szanse na adopcję.

 

 

A ten gadżet nigdy nie był zaakceptowany przez naszego poprzedniego kota. Mike uważał to chyba za ekstrawagancję, bo wolał się położyć pod kaloryferem niż w tej rurze zakładanej na kaloryfer. Maja jest bardziej nowoczesna i od razu polubiła to ciepłe i przytulne miejsce do spania i zabawy. Młodzi łykają szybciej nowości ;)

 

Nasza tradycyjna dynia, którą kupujemy zawsze na Halloween. Tym razem motywem przewodnim lampionu jest kot. Projekt mój, wykonanie małżonka. Miałam wątpliwości czy da radę wyciąć ogonek, ale poradził sobie znakomicie. W przyszłym roku narysuję wzory celtyckie. Ciekawe czy da radę ;)

 

Muszę tu jeszcze wspomnieć o akcji, którą prowadzą polskie wolontariuszki dla schronisk w Irlandii. Jeśli ktoś chciałby pomóc i dołączyć do akcji, więcej informacji można uzyskać na facebooku - grupa otwarta "Uratuj zwierzaka w Irlandii".

 

 

 

niedziela, 16 kwietnia 2017

 

Najserdeczniejsze życzenia zdrowych, radosnych i spokojnych Swiąt Wielkanocnych, smacznego jajka, mokrego dyngusa oraz samych miłych chwil w rodzinnym gronie.

 

 

 

 

 

czwartek, 22 grudnia 2016

 

Z okazji zbliżającego się Bożego Narodzenia życzę z wszystkim by los Wam sprzyjał, by zdrowie dopisywało, by marzenia się spełniały. Miłości, życzliwości i dobroci na co dzień, nie tylko od święta :)

 

                                                                                    rowena77

 

piątek, 25 marca 2016

 

Z okazji zbliżającej się Wielkanocy, życzę wszystkim spokojnych, zdrowych i wesołych świąt , czasu na odpoczynek oraz radości z nadchodzącej wiosny.

 

 

Ps. Na zdjęciu nasze tegoroczne pisanki, barwione tradycyjnie w łupinach cebuli :)

poniedziałek, 18 stycznia 2016

 

Jako miłośnik kotów, a w szczególności tego jednego jedynego, którego mam w posiadaniu, pozwalam sobie podzielić się kilkoma uwagami i tą szczególną radością, jaką się ma, mieszkając z kotem pod jednym dachem :)

Mike w swojej kociej karierze myśliwego złapał co prawda tylko dwie myszy i jednego ptaszka, ale za to podarował mi je w prezencie ( jaki kochany ), kładąc przy łóżku tak, abym po przebudzeniu "taaa dam" miała, że tak powiem śniadanie do łóżka. Oczywiście musiałam pochwalić kotka ;)

Radość po prostu...

Myśliwym może nie jest najlepszym, ale za to jest świetnym odstraszaczem myszy. Wystarczy, że "coś" zaskrobie na strychu, wrzucam tam kota na 20 minut i mam spokój z myszami na bardzo długo.

Radość po prostu...

Natchnęło mnie na kupno legowiska dla kota, ale koty uwielbiają spać gdzie chcą, a nie gdzie muszą, tak więc mój hojny pomysł nie został zaakceptowany. Kiedy tylko przestało mi na tym zależeć i zapomniałam o całej sprawie, kot stwierdził, że nowe kojo jest bardzo mięciutkie i wygodne i stało się jednym ( lecz nie jedynym ) z ulubionych miejsc do spania.

Radość po prostu...

Plątanie się pod nogami. Koty, jak żadne inne zwierzę w drodze np. do kuchni potrafi się podstawić kilka razy. O wypadek nietrudno.  Potrafi też całym sobą zasłonić ekran w laptopie ponieważ kot jest najważniejszy. Od reguły jest też wyjątek. Mój kot, choćby nie wiadomo jak był głodny, nie przeszkadza w czytaniu książki. Położy się obok i grzecznie czeka.... kiedy nic... zasypia... dalej nic....zaczyna ciamkać koc... dalej nic... spojrzy żałośnie i zamiauczy... dalej nic... no dobra w czytaniu też potrafi przeszkadzać i prędzej czy później trzeba wstać i nakarmić kota. Staram się tylko tę czynność wykonać przed czytaniem, wtedy jest idealnym kotem dla mola książkowego. Położy się w nogach i grzeje jak termofor.

Radość po prostu...

Kot potrafi zarekomendować człowieka innemu kotu. Kotka sąsiadki bardzo nieufna i bojaźliwa, kiedy przyłapała mnie z moim kotem na mizianiu, jakkolwiek to brzmi ;), stwierdziła, że jestem w porządku człowiek i też chce się pomiziać. Szczególnie bywa natarczywa, kiedy sąsiedzi wyjeżdżają i mam ją karmić. Wtedy dzikuska zmienia się w potulnego kociaka. Wychodzę z tego cała oblepiona białą sierścią.

Radość po prostu...

I ostatnia radość, nie tyle moja, co moich dzieci. Są różne koty i różnie reagują na piszczących małych ludzi. Mój jest uosobieniem buddy siedzącego w pozycji kwiatu lotosu. Mistrzu cierpliwości. Nic go nie ruszy. Znosi z pokorą wszelkie pomysły. Może być dzidziusiem i grzecznie spać w wózku dla lalek, potrzebny zajączek wielkanocny, nie ma sprawy, opaska z uszami na głowę i już mamy zająca. Idealny też, jako kompan do play station.

I jak tu go nie kochać...? :)

 

 

 

środa, 23 grudnia 2015

 

Pomimo przedświątecznej krzątaniny, znalazłam chwilę, aby wrzucić kilka zdjęć z wizyty u św. Mikołaja. Pod ścianą leżą pełne worki listów od grzecznych dzieci. Elfy zabawiają dzieci w poczekalni... a Mikołaj z każdym dzieckiem porozmawia i obdaruje prezentem  :)

 

 

 

 

 

 

Z okazji świąt Bożego Narodzenia życzę wszystkim, niech te najbliższe dni będą najlepszym czasem na refleksję i podsumowania. Gdziekolwiek i jakkolwiek będziecie spędzali ten magiczny czas, niech będą to chwile spokoju, radości i miłości. A w Nowy 2016 Rok wejdźcie z energią, optymizmem i nadzieją... :)

 

 

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Ależ nas miła niespodzianka spotkała. Dostaliśmy zaproszenie na uroczyste zakończenie roku szkolnego w przedszkolu Misi. Dlaczego niespodzianka? Bo Adam nie miał nigdy takich atrakcji. Zarówno po skończeniu roku szkolnego w przedszkolu (chodził do innego), jak i w podstawówce nie było żadnych uroczystości z tym związanych, a świadectwo przysyłali pocztą.

Wracając do tematu, stawiliśmy się obowiązkowo całą rodziną podziwiać naszą małą absolwentkę przedszkola.

 

 

 

Do irlandzkiego przedszkola uczęszczały dzieci różnych narodowości. Panie przedszkolanki na pożegnanie przygotowały gratulacje w językach ojczystych swoich uczniów. Plakat dla polskich dzieci, co prawda brakuje w nim jednej literki w słowie "przedszkola", ale to drobiazg, najważniejszy jest gest.

 

 

A po uroczystości - góra słodkości :)

 

 

Ech... jak ten czas zleciał. Dopiero co zaprowadziłam Misię do przedszkola, a tu póltora roku zleciało i od września już będzie uczennicą podstawówki.  Nadziwić się nie mogę, jak te dzieci szybko rosną.

czwartek, 03 kwietnia 2014

... ładnie razem wyglądają, pod warunkiem, że śpią i jeść nie wołają. Michelle co prawda zjada mikroskopijne ilości, ale za to kot porcje jak dla tucznika. Do tego wytresował mnie, że jak miska będzie pusta, to sam otworzy sobie chlebarkę i dobierze się do pieczywa. Tak więc nie mam wyjścia karmić muszę. Mike przynajmniej odrabia to co zje, bawiąc i dotrzymując towarzystwa Michelle :)

środa, 30 października 2013

... wczoraj upłynęło od założenia tego bloga, znaczy się urodziny były, ale zaprzątają moją uwagę inne rzeczy, stąd tylko taka wzmianka, a nie celebracja święta.

Ostatnio wypatrzyłam jeden obraz. Nie znam autora, a wielka szkoda. W każdym razie wypisz wymaluj na obrazie córa moja ukochana, jak się patrzy. Nie mogłam się zdecydować na zakup, bo też i nie wiedziałam, czy to co widzę małżonek też ujrzy swymi oczętami, bo może zwidy mam czy coś. W nocy spać nie mogłam, rozemocjonowana, bo może ten obraz ktoś sprzątnie mi przed nosem, zanim padnie nasza decyzja. Na drugi dzień wchodzimy do sklepu i z daleka widzę, że obrazu już nie ma. Rzuciłam się przekładać i szukać wśród stosu ustawionych pod ścianą dzieł, i jest! Ostatni, kiedy już straciłam nadzieję. Rzuciłam tylko w stronę małżonka "przecież to nasza Misia", i pobiegłam dokonać zakupu. W każdym razie, jak dziewczę wyrośnie, nam pozostanie fajna pamiątka :)

 

czwartek, 10 października 2013

Po pierwsze okazało się, że mój kot to kocur, a nie jak wcześniej myśleliśmy, że kotka. Pomylili się też poprzedni właściciele. A więc pierwsza porażka hodowlana zaliczona - czyli nieumiejętność rozpoznania płci ;) W momencie kiedy kot zaczął intensywnie się rozwijać, zaczęliśmy coś podejrzewać. Ostateczną ocenę wydała pani weterynarz. Kocur rośnie, że hej! Częściej bywa, że ktoś wpiera, że to samiec, a po jakimś czasie wysypują się kocięta, ale u nas zonk był właśnie taki;)

Tak więc na gwałt trzeba było zmienić kotu imię z Maja na Mike. Zaszczepiłam go na pięć chorób, a i tak dostał infekcji ucha i teraz pompuję pieniądze w lekarstwa. Na dodatek kot nie cierpi wizyt u weterynarza. Jak widzi, że wyciągam transporter, od razu ucieka pod łóżko i przycupnięty czeka co dalej. Normalnie jest wesoły, towarzyski, przyjazny, rodzinny itd, ale jak ma iść do veta, od razu dzikus. U lekarza nie można go znowuż wyciągnąć z transportera. Trzeba go wyłuskać, jak ślimaka z muszli. Potem się wyrywa i próbuje się schować gdzieś na moich rękach, wpycha głowę pod moją pachę. Całym ciałem krzyczy "zabierz mnie od tej baby". I pomyśleć, że za te tortury jeszcze trzeba tyle płacić. No ale co zrobić, jak trzeba to trzeba.

Uwielbiam mojego kota, bo jak wierny pies czeka zawsze na mnie po powrocie do domu z miną radosną. I fakt, jest bardzo cierpliwy na dręczenie małego dziecka. Misia pociągnie go za ogon,wsadzi palec w oko i nawet nie miauknie, pozwala na wszystko. Zabawa z kotem należy do jej ulubionych. I pomyśleć, że jeszcze niedawno miała alergię na sierść. Dzisiaj nie ma żadnych objawów :)

poniedziałek, 05 sierpnia 2013

 Z kotką samą w sobie problemów nie ma, śpi, bawi się, je ( tu bym odnotowała, że apetyt dopisuje, aż nadto, ale nie mogę przesadzać z karmieniem, bo zrobię z niej tucznika). Problemem natomiast jest alergia Michelle na kota, ale jak przeczytałam na stronie koty.pl, nie jest to, aż tak poważna sprawa:

 "Jeśli nie chcemy, by nasze dziecko "miało alergię na koty", adoptujmy lub kupmy kota - małe dzieci szybko odczulają się w codziennym kontakcie z substancją alergizującą - obecność zwierzaka jest naturalnym sposobem odczulania"

W każdym razie Michelle bierze lekarstwo rano i wieczorem, a kota nie oddamy nigdy. Nasz sąsiad również ma alergię na kota i  absolutnie nie zrezygnował ze zwierzaka. W schroniskach nie cierpią słowa "alergia", bo jest to wygodna wymówka do pozbycia się już niechcianego, często nieprzemyślanego prezentu dla dziecka.

Ja bardzo długo zastanawiałam się nad przyjęciem zwierzęcia pod swój dach. Bo ja nigdy nie oddaję nikomu swoich zwierząt. Zakładam, że będą ze mną aż do śmierci.

W ostatnią sobotę pojechaliśmy do supermarketu z produktami dla zwierząt i byłam tak samo zagubiona, jak 10 lat temu w dziale dla niemowląt. Macierzyństwo mnie wtedy przeraziło. Ale człowiek po to zbiera doświadczenia, żeby później lepiej sobie radzić. Tak więc, po pierwszym oszołomieniu postawiłam na przetestowanie kilku produktów i wybranie najbardziej odpowiadających mnie i oczywiście kotu. Z karmami sobie poradziłam, ale żwirki do kuwety to dla mnie nowość. Zbrylające, niezbrylające, bezzapachowe lub zapachowe (lawenda, pomarańcze, aloes), a żel krzemionkowy to już dla mnie kosmos. Nasza Maja na razie siedzi w domu, ale będzie kotem tzw. "wychodzącym" na świeże powietrze, w tej chwili kuweta jest dla niej konieczna. Przyznaję, że mam stracha ją wypuszczać, bo w koło mieszkają dorosłe koty i nie wiadomo, jak na nią zareagują. Niech się dobrze przyzwyczai do naszego domu, żeby wiedziała gdzie ma wracać.

Kot ma też misję do wykonania. Ostatniej zimy myszy w naszym domu były wręcz bezczelne. Odstraszacz na gryzonie emitujący ultradźwięki na dłuższą metę okazał się nieskuteczny. Mam nadzieję skończyć z tym "towarzystwem" raz na zawsze.

 

czwartek, 01 sierpnia 2013

W dzieciństwie miałam dom pełen zwierząt. Ojciec trzymał psy, mama koty, a ja papużki faliste, świnkę morską, a potem chomiki. Zawsze było co pogłaskać. Odkąd mam syna już niechętna byłam do opieki nad jakimkolwiek zwierzakiem. Nie chciałam dokładać sobie obowiązków, bo zwierzę to nie tylko przyjemność. Oczywiście doceniam dobry wpływ zwierząt na rozwój dzieci itd., ale kto będzie sprzątał - oczywiście, że ja, bo kto? W ubiegłym roku byłam bliska kupna świnki morskiej. Już byłam w sklepie, już wybierałam klatkę, zakręciłam się i uciekłam, bo muszę to jeszcze przemyśleć. Oczywiście się rozmyśliłam. Dobrze, że dzieciaki nie naciskały.

W tym roku jednak podjęłam decyzję, że chcę przygarnąć kota. Obejrzałam sobie stronę internetową schroniska dla zwierząt i się podłamałam całą tą adopcyjną procedurą. Tydzień później małżonek był u kolegi, który miał dwa koty i jednego chciał się pozbyć. I na dodatek ten do pozbycia się był taki, jaki chciałam, podobny do Garfielda, tyle że kotka. Za to młodziutka 2-3 miesiące, więc szybko się do nas przyzwyczai.

Na początku chciałam dać jej imię po prostu Ruda, ale Adam ciągle poprawiał wszystkich w domu, że kot nie jest rudy tylko koloru orange, i że to nie ładnie mówić o kimś , że jest rudy. Od sąsiada za to dowiedziałam się, że mam kota koloru imbirowego. Ostatecznie dostała imię Maja.

Kotka jest bardzo przyjazna, pieszczoch z niej i wszyscy ją uwielbiamy. Martwiłam się, jak to będzie z załatwianiem potrzeb fizjologicznych, ale niepotrzebnie, bo okazało się, że jest nauczona korzystać z kuwety i nie ma z nią żadnych problemów.

 

Adam zaoferował swoją pomoc:

- Mamo mogę nakarmić kota?

- Oczywiście, a umyjesz też miskę?

- A to może dzisiaj ty nakarmisz - usłyszałam odpowiedź.

 

 

Tak więc Maja jest moja, ale radochę ma cała rodzina :) Teraz zadaję sobie pytanie, jak mogłam dotąd żyć bez kota?

niedziela, 19 maja 2013

... bo tyle właśnie kosztowała mnie ta papierowa Kraina Wróżek. Wycinanka, ale nie trzeba nożyczek, wszystkie elementy elegancko się odrywają od stron. Fajnie się to składa, ale trzeba cierpliwości. Dodatkowo wzmacniałam niektóre elementy taśmą klejącą, chociaż nie jest to konieczne, a bawiłam się z tym dwie godziny. Dziewczę, jak widać zachwycone. Dotychczas wycinanki sprowadzałam z Polski, ale ostatnio całkiem przypadkiem trafiłam u nas. (może nie dość się rozglądałam).

Pamiętam, jak byłam mała mama prenumerowała mi czasopismo dla dzieci "Miś", potem "Swierszczyk" i "Płomyczek", ale najfajniej wspominam "Misia", bo w środku były wycinanki. Pierwsze co, to zaglądałam właśnie na tę stronę z ciekawości, co tym razem jest tam do składania. I chociaż w sklejaniu pomagała mi mama, tak jak dzisiaj ja pomagam małej, to potem zabawa jest przednia, nawet jeśli te zabawki nie są trwałe. Może właśnie dlatego nie zdążą się znudzić :)

 

wtorek, 23 kwietnia 2013

Korzystając ze słońca kilka ujęć z tarasu. Chociaż tą odrobiną zieleni muszę się nacieszyć.

Narcyzy mam drugi rok, trochę mi się rozmnożyły i nadwyżkę oddałam sąsiadowi, miejsce w skrzynce w końcu mam ograniczone. Niestety u niego nie rosną tak bujnie, a żagwin ( u dołu) przez zimę sponiewierany, nie poddaje się i kwitnie.

 

 

Clematis "Rebeka" w dużej donicy wypuścił pędy, co mnie bardzo cieszy, gdyż okaz ten dostałam w prezencie. Mam nadzieję, że latem pochwalę się pięknymi bordowymi kwiatami.

 

 

Michelle uparła się kupić te kiczowate wiatraczki, ale ma tyle z nimi radochy, że nie mogłabym ich wyrzucić. Nawet podziwiam te zabawki, że przetrwały zimowe porywiste wiatry.

 

 

Wiszący kosz pleciony z liści bananowca, a w nim surfinia - dwie sadzonki z rośliny z poprzedniego roku, gdyż nie miałam pewności, że znajdę w tym roku tę samą odmianę (ten wytarty fiolet bardzo mi się spodobał). Można powiedzieć rozmnożenie tej rośliny, to mój sukces ogrodniczy. Dopiero od trzech lat trzymam surfinie. Wcześniej nie miałam ochoty na ich uprawę ze względu na ich żarłoczność nawozów. Ich uroda jednak mnie przekonała i nawet żałuję, że nie mam więcej miejsca na inne ciekawe odmiany tej rośliny.

 

 

poniedziałek, 10 września 2012

Tralala hopsasa, już po wszystkim. Nie było tak źle u dentysty, jak sobie wyobrażałam. Borowanie elegancko na znieczuleniu. Nie zdziwiło mnie wielce, gdy okazało się, że dziura w zębie była bardzo duża. W końcu tak mnie wymęczył ten ząb w połączeniu z zatokami tej zimy, że na samą myśl, abym miała znowu tak cierpieć dało mi niezłego kopa, aby jak najszybciej coś z tym zrobić. Bo ten ząb to taki tajniak był. Z wierzchu piękny i tą urodą zwodził mnie, dentystę i lekarza. Ten ostatni szpikował mnie antybiotykami i silnymi tabletami przeciwbólowymi, ale co mógł zrobić. Dopiero niedawno odkryłam , że coś się "widocznego" dzieje z tym zębem,  i że teraz na pewno dentysta się nim zajmie. No i się zajął.

A wracając do domu kupiłam po drodze piękny okaz różowego wrzosu do mojej kolekcji. Nagroda za dzielność musi w końcu być ;)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5