pocztówka z Polski

niedziela, 23 lipca 2017

 

Ostatnio spędziliśmy dwa tygodnie w Polsce i był to bardzo aktywny czas, ponieważ w tak krótkim czasie chcieliśmy zwiedzić jak najwięcej. Zrobiłam ponad 500 zdjęć i teraz ostra selekcja - opublikuję tylko te najlepsze. Zacznę od Gór Stołowych, które są bardzo popularne wśród wycieczek szkolnych, gdyż na niewielkim obszarze można zobaczyć bardzo wiele i nie są to zbyt męczące trasy.  Mój syn odkrył niedawno, że bardzo lubi wspinać się po górach, więc ta wycieczka była zorganizowana pod niego. Przeszliśmy dwie trasy. Na Szczeliniec Wielki i Błędne Skały.

Szczeliniec Wielki to najwyższy szczyt w Górach Stołowych (919 m.n.p.m.), trasa na ten szczyt udostępniana jest dla turystów od 1790 roku, kiedy to Franciszek Pabel oprowadził po nim Cesarza Prus Fryderyka Wilhelma II. Był tu też Johann Wolfgang Goethe i John Quincy Adams. Szczeliniec jak sama nazwa wskazuje posiada wiele szczelin, przez które trudno się przecisnąć, ale ile frajdy przy tym. Trasa bardzo dobrze utrzymana: schody, deski, bloki skalne, dzięki którym nie ugrzęźniemy w błocie podczas zwiedzania, i oczywiście barierki dla bezpieczeństwa.

 

 

 

Słynna skała zwana "Małpolud".

 

 

 

 

 

Błędne Skały są labiryntem wąskich przejść pomiędzy wysokimi na 6-8 m skałami piaskowcowymi. Dzięki specyficznemu mikroklimatowi szczelin żyje tu niewielki pająk Batyphantes eumenis, będący pamiątką ostatnich zlodowaceń. Na szczęście nie mieliśmy okazji się spotkać oko w oko na szlaku;)

 

 

Skała "Kurza Stopka".

 

 Granica polsko-czeska.

 

 

 Skała "Siodło"

 

 

środa, 10 września 2014

 

I ostatni post z wakakcji z cyklu "pocztówka z Polski". Tym razem proponuję wspiąć się wysoko, bo na Wieżę Bracką w Lubaniu. Przez pewien czas była tam księgarnia, co jest dla mnie szczególnie miłym wspomnieniem z dzieciństwa. Potem ją zlikwidowano. Teraz miasto udostępnia turystom obejrzenie tego zabytku, z czego chętnie skorzystaliśmy.

 

 

 

Widok z wieży rozciąga się na cały Lubań.

 

 

 

Schody prowadzące na szczyt wieży.

 

 

 

Wieża Bracka wdzięcznym tematem w malarstwie.

 

 

 

 

 

Na jednej z tablic informacyjnych, znalazłam opis wieży, może nieco pompatyczny, ale zawierający cenne informacje. Pozwolę go sobie zacytować.

 

"Wieża Bracka to najstarsza , najbardziej okazała i niewątpliwie jedna z najciekawszych budowli w Lubaniu. Minęło już 690 lat, od kiedy rozpoczęto jej budowę. Przez 7 wieków była ona świadkiem wzlotów i upadków naszego miasta. Widziała 9 okrutnych wojen. Jako jedyna budowla w nienaruszonym stanie przetrwała 4 ogromne lubańskie pożary. Już przed wiekami lubaniacy byli z niej dumni. Stała się ona symbolem ich miasta. Tak jest i dzisiaj. Dlatego też budowli tej należy się ogromny szacunek. Powinniśmy ją traktować jako bardzo cenne regionalne dziedzictwo, przekazane naszemu i kolejnym pokoleniom przez dawnych mieszkańców Lubania."



 

piątek, 05 września 2014

 

Ciąg dalszy wspomnień z Polski, ale znowu będzie o Niemiaszkach ;)

Jeżdżąc rowerem zawędrowałam na Czubatkę, najwyższe wzniesienie w okolicy Włosienia. W miejscu tym w czasie II wojny światowej był skład broni i wartownia. Kiedy Niemcy się z tego miejsca ewakuowali, wysadzili wejście do składu. Podobno są tu tunele, prowadzące do wsi, ale nikt dotąd nie podjął się tego zbadać. Na zdjęciu widok z Czubatki.

 

 

 

Mam chyba jakiś radar w odnajdywaniu atrakcji turystycznych, bo parę dni później będąc w Lubaniu trafiłam na wystawę "Schron". Otóż Stowarzyszenie Miłośników Górnych Łużyc zgromadziło eksponaty  i zdjęcia z czasów II wojny światowej, a wszystko to można było obejrzeć w podziemnym schronie przeciwlotniczym, oczywiście w towarzystwie przewodnika. Tunel mierzy ok.100 metrów. W trakcie prezentacji można było się dowiedzieć o ostatnim sukcesie Wermachtu, czyli o bitwie pancernej o Lubań. Wygrana bitwa podbudowała morale Niemcom, ale ostatecznie  nie miała znaczenia, bo wojnę i tak przegrali.

 

 

 

Tajne zakłady GEMA - WERKE produkujące aparaturę radiolokacyjną (zdjęcie przedwojenne). Dla Rosjan - główny cel do zdobycia.

 

 

 

Obóz Lubańskiej Służby Pracy Rzeszy pod Kamienną Górą 1937 r.

 

 

 

Zniszczony w lutym/marcu 1945 r. lubański Rynek. Widok w kierunku ul Wrocławskiej. Zdjęcie zrobione w kwietniu 1945 r.

 

 

 

 

 

Widok na zniszczone zabudowania klasztoru Zakonu Sióstr Magdalenek i kościół  świętej Trójcy.

 

 

 

 

 

Jak powiedział nasz przewodnik "Wojna to nie czterej pancerni, albo Hans Kloss. Wojna to śmierć, krew i zniszczenie". Obyśmy nie musieli tego nigdy doświadczać.

 

czwartek, 28 sierpnia 2014

Dawniej uciekano ze wsi do miasta, do wygód i łatwiejszego życia. Teraz wieś jawi się jako oaza ciszy i spokoju, wolniejszego tempa w zabieganym świecie. Miejsce bliższe natury, gdzie można wypocząć i odetchnąć. W książkach czy filmach coraz częściej bohaterzy zaczynają nowe życie właśnie na wsi. Myślę, że moda na wieś dopiero się rozkręca :)

 

Włosień. Dla dziecka z miasta to radość i frajda nakarmić kury, żeby potem zebrać jaja na śniadanie.

 

 

 

Włosień. Jedna z wielu ścieżek rowerowych, z których chętnie korzystałam. 

 

 

 

Platerówka. Przydrożna kaplica, piękna kompozycja kamieni na tle skał.

 

 

 

Platerówka. Pomnik pamięci tym, którzy zginęli w drodze lub w obozach na Sybirze.

 

 

 

Mikułowa. Oryginalny kwietnik przy tablicy informacyjnej.

 

 

 

Mikułowa. Przystanek autobusowy, zamiast wulgaryzmów - czerwone maki.

 

 

 

Mikułowa liczy sobie około trzystu mieszkańców. Większość należy do Stowarzyszenia Wiejskiego "Wspólnie w przyszłość", które organizuje wydarzenia kulturalne we wsi, a także podejmuje działania mające na celu uatrakcyjnienia tego miejsca dla turystów.

Pod drewnianą wiatą wystawa rękodzieła dzieci z Mikułowej.

 

 

 

 

W ramach czynu społecznego mieszkańcy uporządkowali teren. Odkryto piękno tego zakątka. Aleja Kasztanowa to teraz miejsce spotkań mieszkańców i turystów, gdzie można rozpalić ognisko, grilla, lub zrobić sobie piknik.

 

 

Ech, już jesteśmy w Irlandii, a ja nadal wspominam smak pysznych pierogów, kaczkę z jabłkami i kaszą, czy inne specjały. I wiejskie wesele też się zaliczyło. A teraz pozostaje mi tylko przejść na dietę ;)

sobota, 26 lipca 2014

 

Znalazłam chwilę czasu, aby napisać parę słów, aczkolwiek jestem teraz bardzo zapracowana. Przez chwilę żyję trochę innym życiem, co sprawia , że na wiele rzeczy patrzę trochę inaczej, gdyż jakby to ująć, wraz z nabyciem nowych doświadczeń, automatycznie perspektywa na wiele spraw się poszerza. 

Prywatnie natomiast rzuca mi się w oczy to, jak bardzo Polacy próbują ingerować w czyjeś życie, pouczać i ustawiać po kątach. Natomiast nie zajmują się sobą. Tak, jakby nic nie było do zrobienia. Na dłuższą metę bardzo by mnie to irytowało, ale na chwilę da się jakoś wytrzymać. Bardzo się pilnuję, aby nie dać się wciągnąć w ten tok myślenia.

Pomimo ograniczonego czasu wolnego udało mi się przeczytać "Inferno" Dana Browna, opowiadania Marii Dąbrowskiej "Ludzie stamtąd" i " Trzy tygodnie z moim bratem" Nicholasa i Micaha Sparks. Natomiast w zakupach książkowych preferuję tylko i wyłącznie polskich autorów. Po powrocie pochwalę się stosikiem książkowym :)

Na fotografowanie coś mi brakuje inwencji twórczej. Ale raz mnie natchnęło. Wiatraki o zachodzie słońca, czy zachód słońca z wiatrakami, jak zwał tak zwał, temat interesujący. Dwa lata temu jeszcze ich nie było, a teraz las wiatraków wkoło. Niejeden zrobił lokalną karierę polityczną na propagowaniu wiatraków lub na walce przeciwko ich ustawianiu. Bo najważniejsze, żeby się działo. Daleka jestem od oceniania tego przedsięwzięcia. Po prostu delektuję sie upalnym latem, a zachody słońca są zawsze magiczne. I niech tam będzie - z wiatrakami. A ta góra w tle, to już po niemieckiej stronie.

 

 

 

poniedziałek, 07 lipca 2014

Człowiek rwał do tej Polski spragniony polskiej literatury, którą miał nadzieję za darmochę w bibliotece wypożyczyć i co? I jajco! Wzięli się za remont tegoż przybytku, akurat w wakacje. Rodzina wspomaga mnie książkami, ale marzyłam o innych tytułach. Wczoraj udało mi się zdobyć w księgarni 2 tytuły, które zamierzałam tu na miejscu kupić. Taka drobna pociecha.

Dzieciaki pomimo upału szaleją na łonie natury. Ekspansja chaszczy mnie z deka przeraziła. Kiedyś była taka i taka ścieżka, można było tędy przejść i tamtędy pójść, zobaczyć to i owo, a teraz bez maczety nie przejdziesz. Na zdjęciu potomstwo moje na wypasie, dorwali ochoczo dzikie maliny.

 

 

Babcia jest w posiadaniu 4 kotów i psa. Koty na widok Misi uciekają przerażone w popłochu, nieprzyzwyczajone do miętoszenia i pieszczot. Pies wręcz przeciwnie domaga się uwagi. Nawiązała się nowa przyjaźń.

 

 

Sielskie wakacje na wsi rozpoczęte :)

wtorek, 02 października 2012

Tak mnie naszło na kilka refleksji po przeczytaniu "Tajemnic Lubania" Janusza Skowrońskiego. Dla mnie Lubań to miejsce szczególne. Tu urodzili się moi rodzice, ja i mój syn. Rodzice mamy przyjechali na te poniemieckie ziemie z lubelszczyzny. Dziadek od strony taty był ze Lwowa, a babcia z Poznania. Kilka razy byłam w Poznaniu, ale nie czuję większych sentymentów do miejsc dzieciństwa czy młodości moich przodków. Może odrobinę są szczególniejsze, bo dużo słyszałam o tych miejscach od dziadków, ale nie składają się na moją przeszłość. Stąd ten lekki dystans. Co innego Lubań (niem. Lauban), a słuszniej byłoby napisać jego okolice. Moje życie zaczyna się od Siekierczyna (niem. Geibsdorf), gdzie babcia kupiła dom, potem rodzice kupili dom we Włosieniu (niem. Heidersdorf).

Książka Skowrońskiego wciągnęła mnie od pierwszych stron.  Nie ma tu suchych historycznych danych. Autor spotkał się z mnóstwem ludzi zarówno byli to Polacy, jak i Niemcy. Według ich wspomnień próbował rozwikłać wiele interesujących zagadek dotyczących Lubania. Nie wszystkie udało się rozwikłać, ale kto wie co jeszcze odkryje Skowroński.

I tak na przykład poszukiwaczy poniemieckich skarbów nigdy nie brakowało. W podziemiach klasztoru Sióstr Swiętej Marii Magdaleny od Pokuty miał być ukryty skarb. Oczywiście władze miasta zainteresowały się tą sprawą, ale nic nie znaleziono oprócz śladów, że ktoś ich uprzedził;) Czytając to przypomniałam sobie, jak rodzice kupowali dom. Jeden z pokoi był przekopany. Poprzedniemu właścicielowi przyśniło się w nocy, że Niemcy w tym miejscu zakopali skarb. Nic nie znalazł. Ciekawe tylko, jak głęboki wykopał dół, zanim dał sobie spokój. Były to już lata dziewięćdziesiąte, a starszemu panu nadal się marzyły niemieckie bogactwa ;) Bo tak prawdę mówiąc znajduje ten, kto nie szuka. Mając 4 lata bawiłam się w piasku i proszę, wygrzebałam zardzewiały karabin. Dorośli śmiali się ze mnie "pewnie jeszcze czołg wykopiesz".

Plac w Lubaniu przy ulicy Tkackiej i Mikołaja już nigdy nie będzie dla mnie taki sam. Dotychczas był we wspomnieniach tylko miejscem zabaw z kuzynami. Tymczasem 8 marca 1945 Goebbels na tym placu odwalił propagandowe przemówienie "nigdy nie nadejdzie ta godzina, w której skapitulujemy". Rozdał medale żołnierzom, wśród których był szesnastoletni chłopak Wilhelm Hubner z Hitlerjugend. Potem osobiście przyjął go w Berlinie Adolf Hitler. Jak oni wtedy potrzebowali takich bohaterów do tej swojej propagandy i jak nic to już nie dało. Armia Czerwona "wyzwalając" Lubań zniszczyła 60% miasta. Ci Niemcy, którzy jeszcze wspominają swój Lauban, opuścili go jako dzieci. Wzdychają do miejsca swojego dzieciństwa tak, jak mój dziadek wzdychał całe życie do Lwowa.

Tuż przy Baszcie Brackiej stał Kościół Swiętego Krzyża. W połowie lat 50-tych został wyburzony. Powstała legenda, że kościół został zamordowany przez Partię. Stał blisko budynku Komitetu Powiatowego PZPR i z niego w 1956 roku odpalono ładunki wybuchowe, które zniszczyły kościół. Plac, który tam powstał nigdy mi się nie podobał. Dopiero jakiś czas temu położono tam kostkę brukową, powstały ogródki piwne. Trochę ładniej, tylko dziwnie się teraz czuję wiedząc, że kiedyś stał tam kościół.

Takich historycznych ciekawostek o miejscach i ludziach tu żyjących jest wiele w "Tajemnicach Lubania". Podoba mi się, że autor "nie udaje", że przed 45 rokiem nic tu nie było. Zdobył zaufanie tak wielu ludzi, a oni chętnie dzielili się swoimi wspomnieniami, pamiątkami, zdjęciami, wierszami... a wszystko po to, aby inni mogli więcej wiedzieć o tym mieście, jakim jest Lubań.

 Zamiast okładki książki wrzucam tu kilka moich zdjęć z tego niewielkiego miasteczka na Dolnym Sląsku.

Widok na Kościół św. Trójcy

Baszta Bracka, za nią stał Kościół św. Krzyża, na zdjęciu widać kawałek bloku, a za nim jest plac.

Rynek  i zrekonstruowane sukiennice.

Restauracja "Tęczowa" i hotel.

To tu ostatnio bawiliśmy na weselu. Pamiętam też, jak byłam małą dziewczynką babcia zabrała nas (wnuków) do tej restauracji na niedzielny obiad. Menu nie było wyszukane: rosół i schabowy z ziemniakami. Ale, jak na tamte czasy całkiem nieźle. Potem szliśmy na miasto i na deser kupowaliśmy lody. Fajne, beztroskie czasy :)

czwartek, 10 maja 2012

Dziś ostatni wpis z cyklu "pocztówek". Nawet nie sądziłam, że podczas krótkiego, zaledwie tygodniowego pobytu w rodzinnych stronach będę miała tyle materiału do pokazania.

Wystawa "Via regia - szlak wędrówki gatunków" została zorganizowana przez goerlitzkie Muzeum Historii Naturalnej Senckenberga i najpierw była pokazywana w języku niemieckim w Goerlitz, a teraz po polsku w Zgorzelcu. Na dzień dobry witający nas pan zaproponował przewodnika. Odmówiliśmy, poradzimy sobie. Pan jednak nie przejął się naszą odmową i rozpoczął swoją opowieść o wędrówkach gatunkach. Opowiadał z taką pasją, że nie mieliśmy serca mu przerywać;)

Szlak handlowy via regia łączący wschód z zachodem Europy prowadził przez Frankfurt, Lipsk, Zgorzelec/Goerlitz, Wrocław i Kraków. Ze znanych osób wędrowali nim Goethe, August II Mocny czy Napoleon. Wraz z ludźmi wędrowały również rośliny i zwierzęta. Wystawa jest o tych gatunkach, których  przybycie na Górne Łużyce i Sląsk miało lub ma duży wpływ na życie ludzi i otaczającej przyrody.

Już w średniowieczu pojawiły się w Łużycach śródziemnomorskie zioła, które przywędrowały w bagażu zakonników benedyktyńskich i cysterskich. Nasz pan przewodnik pokazał nam buteleczki z ziołami. Zapewniłam, że znam je wszystkie i stosuję je w kuchni. Zrobił minę niedowierzającą i podsunął mi do powąchania tymianek.

Szlakiem Via regia przemieszczały się zarówno wielkie zwierzęta ( przez pięć wieków przepędzano liczne stada bydła ze stepów czarnomorskich do Turyngii), jak i mikroby niewidoczne gołym okiem (epidemie dżumy czy tyfusu plamistego).

W średniowiecznej Polsce pluskwiak czerwca polskiego miał duże znaczenie gospodarcze. Uzyskiwano z niego karmazyn  służący  do barwienia na czerwono skór, wełny i jedwabiu. Szlakiem via regia eksportowano go na Europę. Dopiero po odkryciu Ameryki barwnik z czerwca polskiego został wyparty przez tańszy czerwiec kaktusowy.

Nie mam pojęcia, jak można chcieć mieć zdjęcie z takim paskudztwem. Ale kto zrozumie mężczyznę, chyba tylko drugi mężczyzna;) Model czerwca powiększony jest 60 - krotnie.

Aby powiększyć możliwości łowieckie królów i książąt sprowadzano do Europy Srodkowej i wypuszczano na swoich włościach nowe gatunki zwierząt. Bażant pochodzący z Azji przywędrował do Europy razem z Rzymianami. Pod koniec średniowiecza przywożono je między innymi i na Sląsk, rozmnażano i wypuszczano na wolność.

Innym sprowadzonym zwierzęciem w celach łowieckich jest muflon. Pierwsze osobniki przywieziono w Sudety w 1902 roku. Na zdjęciu muflony przywiezione do Saksonii z gór Harz w 1965 roku. Najpierw oswojone żyły w zagrodach i tam się rozmnażały. Potem wypuszczano je na wolność.

Szlakiem via regia przybywają również zwierzęta na gapę. Na przykład jeszcze 20 lat temu ślimaki nagie były nieznane w Polsce, ale dotarły do nas autostopem wraz z transportem owoców i warzyw z Hiszpanii i Portugalii. Zaaklimatyzowały się tu i mają się bardzo dobrze, ku zgrozie warzywnych ogródków.

Granica Unii Europejskiej na via regia znajduje się dzisiaj koło Przemyśla w południowo-wschodniej Polsce. Pośród przewożonych towarów celnicy znajdują gatunki chronione. Często są przewożone w nieodpowiednich warunkach i giną. Szacuje się, że celnicy przejmują tylko 5 - 10% przemycanych zwierząt.

Na zdjęciu znajdują się znalezione przez celników żółwie stepowe, wykopywane koparkami z piasku, unieruchamiane taśmą klejącą i przewożone w zakamarkach samochodu. Ok. 90 % sprzedawanych na bazarach i sklepach zoologicznych żółwie pochodzą z przemytu z Kazachstanu i Uzbekistanu.

Pijawki lekarskie w Polsce i Niemczech są chronione, sprowadza się je nielegalnie z Europy Wschodniej i Azji.

 

piątek, 04 maja 2012

Zawsze kiedy zaglądam do jakiejś restauracji zwracam uwagę na wystrój wnętrza, klimat, czystość, miłą obsługę itd. Restauracja "Przy Jakubie" w Zgorzelcu bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, sama w sobie mogłaby robić za muzeum.

Tuż przy wejściu nad barem wita gości rzeźbiony anioł.

Na przeciw przycupnął stolik pod ścianą z pięknie wyeksponowanymi kamieniami.

Dalej malutki kamienny pokoik na jeden stół, można się tu schować z kilkoma znajomymi.

Droga po schodach na piętro również interesująca. Mnóstwo staroci, które zachęcają do zatrzymania się i podumania nad przemijającym czasem.

Na pięterku galeria zdjęć z przeszłości. Cieplutko i przytulnie. Przypuszczam, że każdy klient, który tu zachodzi ma wrażenie, że przyszedł z wizytą do praprababci.

No i uczta. Kaczka z jabłkami dla mnie, karkówkę wybrał mąż, a wszystko to na ręcznie haftowanym obrusie. Pyszności, ale najważniejsze, że spędziliśmy miłe popołudnie tylko we dwoje :)

środa, 02 maja 2012

Na wycieczkę po Zgorzelcu wybrałam się pod rękę z małżonkiem. Pokazałam mu to miasto od strony, o której pojęcia najmniejszego nie miał. Wydaje mi się, że rola przewodnika mi się udała, chociaż w jednym miejscu wzięto mnie nawet za dziennikarza. Niestety, gdzie tylko się udaliśmy tam wrota zamknięte.

Zaszliśmy do Muzeum Łużyckiego. W środku miła pani poinformowała nas, że muzeum przygotowuje się do wystawy, którą będzie można zobaczyć w maju. Nos na kwintę i idziemy dalej.

Dom Jakuba Boehme niestety również zamknięty. Pani z Muzeum Łużyckiego poradziła spróbować zajść od tyłu, może od tamtej strony ktoś będzie. Niestety żadnej żywej duszy nie było. Za to restauracja "Przy Jakubie" bardzo chętnie nas ugościła. Obsługa pozwoliła sfotografować wnętrze urządzone po "staroświecku". Tak mi się tam spodobało, że będzie z tej restauracji osobny wpis następnym razem:)

Jakub Boehme żył w tym domu latach 1590 - 1620. Mimo, że był szewcem bez wykształcenia stał się mistykiem i filozofem religii. Pierwszym, który pisał po niemiecku, a nie po łacinie. Wywarł duży wpływ na XIX w. romantyków. Podziwiał jego dzieła również Adam Mickiewicz.

W styczniu 2006 roku dom Jakuba w Zgorzelcu odwiedził zafascynowany tym filozofem Nicolas Cage.

Niestety wizyta w tym domu jest jeszcze przed nami.

W centrum miasta postawiono pomnik Jakubowi. Na pierwszy rzut oka można się zbulwersować, jak to tak buty na książce. Ale ten kto wie kim był Jakub Boehme to wie o co chodzi:)

 

Trwają prace budowlane Placu Pocztowego, który został zniszczony pod koniec II wojny światowej. Jest to rekonstrukcja z 1900 roku. Po środku stoi słup dystansowy poczty polsko-saskiej, który postawiono tu w 1725 roku. Ten na zdjęciu to niestety jego wierna kopia.

 

A tak wyglądał Plac Pocztowy w 1904 roku.

 

Najstarszy młyn na Nysie Łużyckiej ( z 1273 roku) stał się tłem dla płaskorzeźby ceramicznej WAZE, czyli Wyraz Artystyczny Zjednoczonej Europy. Kobieta wyrastająca z ziemi symbolizuje również ideę rodzącej się wspólnoty pomiędzy polskim miastem Zgorzelec, a niemieckim Goerlitz. Autorami tego dzieła są Ormianin Vahan Bego i Polak Michał Bulak. Odsłonięto ją w 1998 roku.

 

Chociaż kościołów w Zgorzelcu jest kilka, ja postanowiłam pokazać mężowi jedyną w tym mieście prawosławną cerkiew świętych Konstantyna i Heleny w stylu słowiańskim. Wybudowano ją całkiem niedawno, bo w latach 2001 - 2002 przy wsparciu lokalnej społeczności greckiej.

Na koniec udaliśmy się na wystawę o wędrówkach gatunków, ale o tym innym razem...

niedziela, 22 kwietnia 2012

Dzisiaj wspominki :) W cieniu pałacu we Włosieniu (jakieś 200 - 300 m) znajduje się mój dom rodzinny. Przed wojną spełniał wiele funkcji. Była tam poczta, piekarnia, a kolejarze z pobliskiej stacji mieli tam pokoje sypialniane. Kiedyś pojawiła się pewna Niemka, która po wojnie wraz z rodziną musiała opuścić ten dom. Była wtedy małą dziewczynką. Wspominała, gdzie był ogród , szopa, albo jak były urządzone pokoje... Cóż jednak zrobić, wiatr historii dmucha ludzi w różne strony.

Ale nie o tym domu miałam pisać, ale o pałacu :)

Pałac we Włosieniu (gmina Platerówka) został wybudowany w 1720 roku przez marszałka ziemi zgorzeleckiej Hansa Gottloba von Gablenz. Na uwagę zasługują jednak lata 1931 - 1945, kiedy to majątek należał do hrabiego Maksymiliana von Sponeck, gdyż za jego sprawą w pałacu kwitło życie towarzyskie. Przyjeżdżała tu arystokracja z całych Niemiec, a także zagraniczni dyplomaci, jak irlandzki ambasador Wornoc czy brytyjski attache wojskowy Brown. Po wojnie pałac został ogołocony przez szabrowników i popadał w ruinę. Dopiero w latach 1976 - 78 wyremontowano go i zrobiono w nim hotel. Niestety niedługo cieszono się wypoczynkiem w pałacu. W 1979 roku został strawiony przez pożar. Poniżej pałac na przedwojennej pocztówce.

A tu zdjęcia z obecnego stanu. Pałac żal patrzeć niszczeje...

 

Ale jest nadzieja. Otóż nieoficjalnie Ziemia Lubańska podaje, że znalazł się inwestor, który planuje odbudować pałac. Ma tu powstać centrum hotelowo - konferencyjne. Grunt pałacowy zajmuje ok. 100 ha i przeznaczony będzie na park spacerowy i ścieżki rowerowe.

Gdyby plany te zostały zrealizowane była by to wielka szansa na rozwój dla tej gminy. Młodzi ludzie nie uciekali by stąd do dużych miast lub za granicę tak, jak my. Zawsze uważałam, że to miejsce ma ogromny potencjał. Potrzebuje tylko i aż pomysłu i funduszy.

Myślę, że gdyby odbudowano ten pałac, to już wiem gdzie co roku spędzałabym wakacje. Wiadomo, że w rodzinnych stronach :)