poniedziałek, 30 marca 2015

 

Człowiek spragniony tej wiosny, a ona jak na złość wcale nie ma zamiaru się rozkręcić. Niby roślinność się ożywiła, kwiecia pełno się robi, ale jak się tu cieszyć skoro zimno i pada, zimno i pada... Chwile nieliczne, kiedy słońce wyjdzie spoza chmur wykorzystuję na maksa.

Nie próżnuję. Pogoda tej wiosny idealna za to dla mnie na wypełnianie wszelkiego rodzaju dokumentów, wizyt w urzędach, umawiania się ze specjalistami, a nawet zmobilizowałam się do wolontariatu. Nie samym relaksem człowiek w końcu żyje. Porobić też coś trzeba. Zbliżają się święta, sprawy organizacyjne z nimi związane, jak zwykle biorę sama na klatę. Obmyślam menu stołu wielkanocnego. Oczywiście jeden dzień świąt tradycyjnie poświęcony jest na wycieczkę ( w celu spalenia kalorii, przynajmniej jest takie założenie ;) ).

Kilka zdjęć z ogrodu Altamont , słoneczna niedziela trafiła się tydzień temu. Tak na pocieszenie sobie wrzucam. Dobrze, że mam książki...

 

 

 

 

 

 

wtorek, 24 marca 2015

 

W ramach Festiwalu Kultury PolskaEire 2015 różne organizacje polonijne przygotowały imprezy w Irlandii. Z tej okazji przyjechał polski językoznawca prof. Jan Miodek. Myślę, że wszyscy znają tego pana promującego poprawny język polski :). W ostatnią sobotę w George Bernard Shaw Theatre w Carlow odbył się wykład profesora o kulturze języka polskiego zorganizowany przez Polską Szkołę "Równe Szanse" od której to dostałam zaproszenie na spotkanie. Nawiązując do polskich szkół na emigracji profesor podkreślał, jak bardzo ważne jest, aby rozwijać u dzieci dwujęzyczność. Angielskiego w Irlandii nauczą się w naturalny sposób w szkole i na placu zabaw, ale w domu rodzice powinni kontaktować się z dzieckiem w języku polskim. Dzięki dwujęzyczności dzieci lepiej się rozwijają i mają szersze możliwości w przyszłości.

Podczas spotkania odbyła się również projekcja filmu "Powiedz prawdę, przecież Cię nie biję" reż. Witolda Swiętnickiego. Film ten powstał na podstawie bloga pewnego chłopaka, który opisywał swoje złe relacje w domu. Jest to opowieść o braku komunikacji między członkami rodziny, po obejrzeniu filmu wysłuchaliśmy również komentarz pani psycholog.

Przy okazji można było obejrzeć wystawę fotograficzną "W ciszy wyczekane. Irlandia w obiektywie polskiego fotografa", której autorem jest pan Marcin Kaczmarkiewicz. Podziwiałam cuda irlandzkiej natury, najbardziej ujęły mnie ptaki :)

 

 

 

Podczas spotkania z profesorem, kręcono program "Podróże z Miodkiem" odcinek "Irlandia", który ma być nadawany w TVP Polonia.

 

 

Profesor zaskoczył mnie poczuciem humoru. Na przykład opowiedział o tym, jak ludzie pytają się językoznawcy, jaka forma słowa jest prawidłowa, taka czy taka i nie lubią słyszeć, że obie formy są prawidłowe. Krąży taki dowcip:

Rozmawiają dwie blondynki:

- Jak się mówi poprawnie Irak czy Iran ?

- Zapytajmy Miodka.

- Lepiej nie bo powie, że i tak, i tak.

 

 

 

 

 

Książka zakupiona, autograf zdobyty, a teraz przeglądając strony słownika już się cieszę na lekturę tej książki. Trzeba się podszkolić z języka polskiego. O ileż fajniej przychodzi taka nauka, kiedy jest się zachęconym przez samego autora :)

 

czwartek, 19 marca 2015

 

Z okazji Dnia Matki, a wypadł ten dzień w Irlandii w ostatnią niedzielę ( 15 marca) dostałam laurkę wykonaną przez córkę w szkole. Na pierwszej stronie kwiatki dla mamy, a w środku Misia narysowała siebie, jak wręcza tort ze świeczkami tatusiowi (urodziny miał 13 marca). Wcale nie jestem zazdrosna, no bo przecież okazało się, że jest bardzo praktyczna i załatwiła dwa święta jedną kartką. Od Adama dostałam/dostaliśmy popielniczkę, również własnoręcznie wykonaną w szkole. Oboje nie palimy papierosów, ale gdybyśmy zaczęli, to będzie jak znalazł. Dobrze, że możemy liczyć na szkołę, zawsze to jakaś niespodzianka nas spotka ;)

Obie te okazje postanowiliśmy uczcić w niedzielę. Wyskoczyliśmy na obiad do restauracji (przecież w swoje święto nie będę stała przy garkach, bo wtedy to nie będzie święto oczywiście), a potem pojechaliśmy do teatru na musical "Czarnoksiężnik z krainy Oz". Akurat dzieciaki nie znały wcześniej tej historii, więc byli bardzo zainteresowani spektaklem.

17 marca oczywiście wypada Dzień św. Patryka. Prawdę mówiąc, gdyby cała akcja nie działa się przed domem, w którym mieszkam, wcale nie chciałoby mi się fatygować. Wolałabym się nie odrywać od książki, którą zaczęłam, ale Misia się wystroiła. Musiałam na szybkiego jeszcze flagę irlandzką odprasować, bo ona w Irlandii się urodziła to Irlandka z niej, że ojej. Adamowi misja się przeciągnęła na play station i wyszedł przed dom w połowie parady. Nie miał czego żałować, szału nie było. Kilka fotek wrzucam tu z parady, bo nic ciekawego nie mam pod ręką. Marudna i złośliwa dzisiaj jestem.

 

 

 

 

 

 

 

Jak zobaczyłam swojego dentystę (pan w zielonym) to od razu rozbolała mnie szczęka.

 

 

 

Dzisiaj w takim jestem humorze mniej więcej ;)

 

wtorek, 10 marca 2015

 

 

Dawno nie pisałam o filmach, ale i dawno nie poruszyło mnie nic szczególnego. Oczywiście wszyscy ostatnio debatowali o "Idzie" i nie powiem, kibicowałam temuż arcydziełu, ale w dyskusje czy był on (film) polski, czy antypolski doprawdy nie mam zamiaru się wdawać. Podobał mi się i już. Natomiast ujęła mnie ostatnio historia małej dziewczynki Liesel Meminger, która odkryła w sobie pasję do książek. Niby nic takiego, pasja jak każda inna, ale dziecko to na początku było analfabetką, wyśmiewaną przez kolegów i koleżanki, która być może powinna tym bardziej się zamknąć na książki, lecz tak się nie dzieje. Odkrywa cudowną moc słowa pisanego, chroni ją to od świata zewnętrznego, a ma przed czym chronić, gdyż akcja dzieje się na tle II wojny światowej. Przed obejrzeniem tego filmu zasięgnęłam opinii innych osób, niepotrzebnie, ponieważ część osób była rozczarowana powierzchownym traktowaniem wojny. Ale przecież nie o to chodziło. To jest historia tej jednej dziewczynki i tylko tego co działo się wokół niej, co mogła sama zaobserwować, a na wojnie przecież nie walczyła.

To też film o przyjazni, miłości, o tym jak w czasach próby można wydobyć dobro nawet z osoby powszechnie uważanej za bez serca. Przywraca wiarę w człowieczeństwo. Piękne zdjęcia, wzruszająca historia. Film nakręcony na podstawie bestsellera napisanego przez Markusa Zusaka. Coś mi się zdaje, że książka jest jeszcze lepsza :)

 

11:48, rowena77 , film
Link Komentarze (4) »
wtorek, 24 lutego 2015

 

Trzecia część zdjęć z Gran Canarii to fauna i flora z Palmitos Park. Jest to moim zdaniem skrzyżowanie Zoo z ogrodem botanicznym plus występy ze zwierzętami. Celem parku jest dostarczenie wiedzy na temat konieczności ochrony bogactwa naturalnego poprzez rozrywkę. Najbardziej widowiskowy występ można obejrzeć w delfinarium, które zajmuje 3 tys. metrów kwadratowych, zawiera 3 baseny dla 5 delfinów. Delfinarium jest rozbudowywane i w przyszłości będzie w nim pływać 9 delfinów. Zwiedzający mogą się przekonać, jak bardzo zwinne i inteligentne są te zwierzęta. Ja byłam pod ogromnym wrażeniem.

Oprócz delfinów były też pokazy ptaków egzotycznych i preriowych (między innymi orły, sokoły, sowy). Te 2 pokazy znajdowały się w amfiteatrze położonym na najwyższym punkcie parku (góry) otoczonym panoramicznym widokiem. Stąd można było obserwować akrobacje powietrzne w locie swobodnym. Ostatni pokaz jaki obejrzeliśmy to popisy cyrkowe papug.

Poza tym na terenie parku znajduje się Dom Motyli, a także Dom Storczyków, kolekcja kaktusów (niektóre osiągnęły wysokość do 4 m. ) i wiele, wiele innych ciekawych roślin. Atrakcją samą w sobie jest spacer alejkami, gdzie można obejrzeć ptaki, gady, ssaki. Niektóre wybiegi są udostępniane również zwiedzającym, dzięki czemu można z bardzo bliska obserwować zwierzęta :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

czwartek, 19 lutego 2015

 

Ciąg dalszy fotografii z Gran Canarii. Tym razem są to migawki z plaży Amadores. Kiedy przyjechaliśmy do Puerto Rico, było tu niewiele ludzi. Chłodna woda w Oceanie Atlantyckim zniechęca, ale z czasem amatorów kąpieli słonecznych i tych wodnych przybywało. Z każdym dniem plaża coraz bardziej się zapełniała. Miejsce to okazało się mieć o wiele więcej do zaoferowania turystom, niż początkowo sądziłam. Nawet ci, którzy oczekiwali wyjątkowych wrażeń znaleźli coś dla siebie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Małżonek wraca z treningu kolarskiego :)

 

 

 

A wieczorami po dniach pełnych wrażeń, graliśmy w szachy.

 

 

Dzisiaj mamy pochmurny i deszczowy dzień w Irlandii. Ogrzewam się myślą o słonecznych, kanaryjskich plażach :)

 

poniedziałek, 16 lutego 2015

 

Przez całą zimę byłam w miarę zdrowa, a kiedy przyszło mi jechać na wakacje, to się rozchorowałam na dobre. W dzień wyjazdu obudziłam się ze spuchniętą twarzą, bólem głowy i zapchanym nosem. Jednym słowem - zatoki. Poczłapałam do najbliższego marketu i zaopatrzyłam się w tabletki przeciwbólowe. Zapakowałam się w drogę praktycznie w kawałkach. Moje obawy, jak zniosę pobyt okazały się na szczęście bezpodstawne. Gran Canaria zaopiekowała się mną wyjątkowo czule. Klimat wyspy postawił mnie na nogi w dwa dni i obeszło się bez tabletek. Nie mogę jednak polecić tego miejsca jako uzdrowisko, ponieważ mąż dostał alergii, a kiedy wracaliśmy, na lotnisku spotkaliśmy przeziębionych Polaków z temperaturą. W góry wybrali się bez kurtek. Ale dosyć o chorobach.

Gran Canaria okazała się wyspą pełną przeciwieństw, dzięki czemu jest miejscem fascynującym. Poszarpane klify łączą się z piaszczystymi plażami. Wyniosłe góry poprzecinane są zacisznymi dolinami. Miasta prowadzące gwarne, nocne życie na wybrzeżach i ciche, ospałe wioski w górach. Roślinność również ciekawa. Kontrastujące ze sobą kwitnące bugenwille, delikatne wachlarze palm i nastroszone kaktusy, mięsiste liście roślin z rodziny gruboszowatych. W miastach i kompleksach wypoczynkowych roślinność jest sztucznie nawadniana.

Klimat bardzo suchy. Temperatura łagodna o tej porze roku. Ok. 20 stopni w dzień i 17 w nocy. Dla mnie w sam raz. Nie jestem zwolennikiem opalania się, spędzałam czas bardziej aktywnie - wędrówki i fotografowanie. Dzięki temu uniknęłam oparzeń słonecznych, a mimo to trochę się opaliłam. W sumie zrobiłam blisko 500 zdjęć. Teraz trudny wybór, które opublikować. Postanowiłam temat Gran Canarii podzielić na 3 części. Dzisiaj część I - Puerto Rico, czyli port, plaża, życie miejskie, a także hotel Bahia Blanca, w którym się zatrzymaliśmy. Zdjęcia robione zarówno w dzień, jak i w nocy. Fotografowanie to muszę przyznać było tam moje ulubione zajęcie, ale Gran Canaria to bardzo wdzięczny temat do robienia fotek :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

wtorek, 03 lutego 2015

 

Nie żebym narzekała na irlandzką zimę, bo to pikuś w porównaniu do tego co doświadczałam w Polsce, ale chłodno jakoś i nieprzyjemnie. Przymrozki w nocy, w dzień 3 - 5 stopni. W górach śnieg, ale w dolinach jak zawsze zielono. 

Na zdjęciu widok na górę Keadeen ( 655 n.p.m.).

 

 

 

A tu szersza perspektywa, oprócz góry Keadeen, po lewej stronie Spinans Hill. A na pierwszym planie nawet jakieś krzaczory kwitną na żółto, wiosna znaczy się blisko. Jak przyświeci słońce to bajka.

 

 

Teraz jednak planuję wyjechać  na Wyspy Kanaryjskie, a dokładnie na Gran Canarię. Wakacje w lutym z dwóch powodów. Małżonek jedzie trenować kolarstwo ze swoim klubem, będzie się szykować do sezonu, a ja chciałabym w wiosnę i lato nie wybierać się za granicę. Nastawiona jestem na zwiedzanie Irlandii, a dokładnie mam w planie głównie ogrody.

Nigdy jeszcze nie wyjeżdżałam tak daleko, więc jestem lekko podekscytowana. Mam nadzieję, że zrobię mnóstwo ciekawych zdjęć w Puerto Rico. Zaczynam pakować walizki ... , a po powrocie powinna być już wiosna w Irlandii :)

 

 

wtorek, 27 stycznia 2015

 

W niedzielę miałam przyjemność spotkać się z artystycznymi duszami, a do tego w bardzo interesującym miejscu, które już od dawna miałam zamiar sfotografować. Przy hotelu i tradycyjnym, irlandzkim barze "Dinn Ri" w Carlow znajdował się kiedyś ogródek piwny. Niedawno wyremontowano to miejsce i zmieniono całkowicie wystrój, którym jestem zauroczona. Stary, francuski styl nadał niezwykły klimat tarasowi. Ceglane ściany, tonacja pastelowa, rośliny poupychane w doniczkach, poduszki i inne drobiazgi tworzą przytulny i rustykalny charakter. Zainspirowałam się niektórymi pomysłami np. koniecznie muszę sobie sprawić regał na rośliny i drobiazgi na swój taras. Też chcę posiadać taki przyjemny zakątek do wypoczynku.

W dzień jest tu słonecznie, a wieczorami zapalane są lampiony i świece. Można też podziwiać gwiazdy przez oszklony dach. Rozmarzyłam się...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

17:56, rowena77
Link Komentarze (2) »
wtorek, 20 stycznia 2015

... coś dla miłośników kotów :)

Na ogół to człowiek obserwuje i podgląda zwierzęta. Kombinuje jakby je oswoić, zdobywa zaufanie jedzeniem. Ale ja doświadczam teraz odwrotnej sytuacji. Oprócz tego, że mam własnego, osobistego kota imieniem Mike, to jeszcze przychodzi mi na chatę czarny kot z białym kołnierzem, którego nazwałam Stefan. Przychodzi na noc, chroni się przed zimnem. Od razu mówię, to nie jest bezdomna bidulka, która nie ma się gdzie podziać, ponieważ jest dobrze odżywiony i posiada grube, zimowe futro. To kot któregoś z dalszych sąsiadów, ale nie potrafię ustalić czyj on jest dokładnie. Program oswajania mnie ze swoją obecnością Stefan wprowadził od grudnia. Na początku, gdy wstawałam w nocy po picie lub do toalety, przelatywało mi w korytarzu coś czarnego pod nogami, a śmigało tak szybko, że nie byłam w stanie rozpoznać co to. Podejrzewałam omamy lub że śnię na stojąco. Potem rozpoznałam,  kota, ale z zaskoczeniem, no jak to? Przecież mój jest rudy! Siedziałam raz wieczorem zamyślona i takie odniosłam wrażenie, że ktoś się na mnie gapi. Odwracam się, a tu czarny pokazał swój łeb. Wbił we mnie swój koci wzrok i obserwuje. To wychylanie się z za rogu ściany powtarzał wielokrotnie z zawsze ciekawskim spojrzeniem. A dzisiaj nad ranem mnie zaskoczył. Wstałam o 6-tej po coś do picia, zaraz Mike podcina mi nogi, dopomina się o jedzenie, a tu jeszcze Stefan przybiegł. Usiadł 2 metry od nas i czeka. Wzroku ze mnie nie spuszcza. Cóż fajny z niego kot, ale nie stać mnie trzymać jeszcze jednego. "Stefan idz do domu na śniadanie!"

I tu nie chodzi tylko o jedzenie. Najwięcej wydaję na weterynarza. I tak zrezygnowałam z ekstrawagancji jak: microchip, przegląd dentystyczny czy kastracja (mąż okazał się wielkim przeciwnikiem tego zabiegu - solidarność samców). Mike latając po dachach nabawił się kontuzji, a potem na dodatek wdała się infekcja. Zaszczyki, tablety, i wizyty u veta, cackanie się, jak z niemowlęciem (zdjęcie poniżej tego dowodem). Niektórzy się ze mnie śmieją, że inwestuję w kota. Ale ja myślę, że dzieciaki przy tym uczą się odpowiedzialności. Misia zawsze asystuje podczas wizyt u weterynarza, bardzo się przejmuje i wspiera duchowo swojego pupila. Tak więc wartość wychowawcza - bezcenna.

 

 

Tak sobie myślę, że ten Czarny Stefan mógłby zapłacić za nocleg na przykład modelingiem. Potrzebuję fotki na Dzień Kota. Skoro chce prowadzić podwójne życie to trochę by się poświęcił ;)

 

czwartek, 25 grudnia 2014

 

Jak co roku wyciągam plastikową choinkę, która po ubraniu w plastikowe bombki przypomina bardziej Marzannę niż drzewko bożonarodzeniowe, ale jedna rzecz się zmieniła. Moje nastawienie. O ile kiedyś klęłam na tego wiechcia, marząc o żywym drzewku i szklanych, ręcznie malowanych bombkach, o tyle w tym roku błogosławię wręcz i jak w takiej jednej piosence wołam "Plastic is fantastic !" Ktoś się zapyta dlaczego nie sprawię sobie żywej tylko jęczę. Ano rodzina mnie przegłosowała 3 : 1 dla plastika. Kot też się okazał amatorem tworzywa sztucznego, bo żywego ma pełno na dworze, ale sztuczny iglak... ooo to dopiero będzie survival ! Więc jest 4 : 1, a ja i tak w dobrym nastroju. Bo jak sobie pomyślę, jak bym się trzęsła nad tą choinką, żeby mi tych bombek nie pobili, tę nerwówkę i w konsekwencji zjechane święta, to od razu wrzucam na luz. I tak kot grasuje na gałęziach, ostrzy pazury, zrzuca plastikowe bombeczki, Michelle przekłada czterdzieści pięć tysięcy razy ozdoby, bo może na innej gałęzi będzie lepiej wyglądać (akurat), a my się śmiejemy, bo nie ma co płakać nad takim badziewiem.

Tak sobie myślę, że kiedyś w przyszłości może będę miała tę wymarzoną choinkę, ale za to dzieciaki wyrosną, kot spoważnieje na stare lata i będzie mi brakowało tej beztroskiej radości, więc trzeba się cieszyć tym co się ma. A poza tym ważniejsze jest dla mnie to co pod choinką. W tym roku rodzina się obłowiła w rekordową liczbę 17 książek na Gwiazdkę, chociaż nie tylko książki były prezentami :)

 

Na zdjęciu nasz Ginger Mike w świątecznym wydaniu, z miną niewiniątka.

 

 

 

Wesołych Swiąt !

 

 

czwartek, 18 grudnia 2014

 

Choćby człowiek nie wiem jak się bronił, to i tak musi ulec magii świąt. Nie ma wyjścia zwłaszcza, gdy dziecku dali rolę w Jasełkach i człowiek pędzi do tego kościoła podziwiać swoją latorośl. A że historia lubi się powtarzać, tak i Misia dostała rolę pastuszka, jak wiele lat temu - Adam. I napatrzeć się nie mogłam, jak maluchy może nieporadnie, ale dzielnie odśpiewują, deklamują, gestykulują swoje role, że aż wzruszenie ogarnia. Potem chodzą za mną świąteczne piosenki, nucę, mruczę, magia działa :)

 

 

 

 

 

środa, 10 grudnia 2014

 

Do Waterford już od dawna miałam ochotę zawitać, gdyż jest to miasto, które potrafi się wspaniale promować, ściągając turystów zarówno z kraju, jak i za granicy. O tej porze roku organizowany jest największy festiwal bożonarodzeniowy w Irlandii, który trwa od 21 listopada, aż do 23 grudnia. Mnóstwo atrakcji, szczególnie dla rodzin z dziećmi. Oferta jest naprawdę szeroka, część atrakcji jest płatna, ale też wiele udostępnianych jest za darmo. Każdy znajdzie tu coś dla siebie.

 

 

Po mieście można się przejechać świątecznym pociągiem lub wozem z zaprzęgiem.

 

 

Naszą główną atrakcją były odwiedziny Polskiej Wioski św. Mikołaja zorganizowaną przez miejscową Polonię. Pobyt rozpoczęliśmy tradycyjnym polskim obiadem. Do wyboru są ruskie pierogi, barszcz czerwony, bigos, krokiety, kiełbasa na gorąco lub można się zadowolić pajdą chleba ze smalcem i kiszonym ogórkiem. Na deser wiele ciast domowej roboty, my wybraliśmy sernik i ciasto czekoladowe.

 

 

 

Pobyt w wiosce to wspaniała okazja do zaopatrzenia się w oryginalne prezenty wykonane przez polskich artystów i rzemieślników.

 

 

 

 

 

 

Dla dzieci niezwykła atrakcja. Najmłodsi mogą własnoręcznie wykonać świąteczne pierniczki, które po upieczeniu i udekorowaniu, mogą zabrać ze sobą. Nasza Michelle była zachwycona takim "kursem kulinarnym" :)

 

 

 

 

Spacer po mieście i trafiamy do The South Pole Enchanted Garden.

 

 

 

Dekoracje świąteczne na The Mall.

 

 

 

 

Przepiękna wystawa kryształów w House of Waterford Crystal Christmas Experience.

 

 

 

A Muzeum Zabawek to niewątpliwie najlepsza propozycja dla dzieci, ponieważ nie tylko mogą obejrzeć zabawki, ale także skorzystać z pokoju zabaw.

 

 

 

Jak już nasze dzieciaki wybudowały zamki z klocków przenieśliśmy się do galerii.

 

 

 

 

Rodzice podziwiają obrazy, a potomstwo padło... w poduchy.

 

 

 

Marvel Spiderman Exhibition, coś dla chłopaków...

 

 

 

... a wystawa znajduje się w Greyfriars Church.

 

 

 

Na koniec udaliśmy się do Reginald's Tower...

 

 

 

... gdzie wysłuchaliśmy opowieści o Wikingach i św. Mikołaju, który zawitał do Waterford.

 

 

 

Nie byliśmy w stanie obejrzeć wszystkich atrakcji świątecznych, jakie ma do zaoferowania to niezwykłe miasto, ale z pewnością przyjedziemy tu nie raz i w przyszłości chętnie skorzystamy z oferty turystycznej Waterford :)

 

 

wtorek, 02 grudnia 2014

 

Wystawa obrazów w Visual Arts Centre w Carlow. W tym sezonie podobało mi się tak średnio, ale zachwyt mój ogromny zdobyły dwa obrazy przedstawiające dzieci nad brzegiem wody. Poruszyły moje czułe struny instynktu macierzyńskiego, gdyż widzę na nich po prostu moje dzieciaki. Nic na to nie poradzę. Skojarzenie mam tylko jedno.

 

 

 

Podobny obraz mam w domu, tylko nad brzegiem morza, a dziewczynka tak samo obrócona tyłem, włosy jak u mojej Michelle. Zachwycałabym się nim godzinami.

 

 

Balet o którym marzyłam obchodząc swoje urodziny również już zaliczony. Nie zdobyłam biletów w Carlow, ale za to mogłam obejrzeć sobie Dunamaise Arts Centre w Portlaoise. Scena ciasna, widownia również, publiczność rozgadana, nawet komuś zadzownił telefon podczas występu, co nie powinno mieć miejsca, to minusy, natomiast sam balet "Jezioro łabędzie" Czajkowskiego to niesamowite przeżycie. Piękna scenografia, romantyczna, bajkowa opowieść i najlepsi tancerze w Irlandii. Niektórych pamiętam z poprzedniej sztuki "Carmen" z ubiegłego roku.

W kawiarni Dunamaise przed spektaklem, małżonek machnął mi "sweet fotkę", ale chciałabym zwrócić uwagę na dwie rzeczy na tym zdjęciu. Regał z książkami - bardzo podobają mi się biblioteczki w miejscach publicznych. Takich inicjatyw propagowania czytelnictwa oby jak najwięcej. Druga rzecz to plakat filmu "Ida" Pawlikowskiego. Polskie akcenty w irlandzkich ośrodkach kultury cieszą mnie ogromnie.

 

 

 

W ostatnią niedzielę odbył się koncert bożonarodzeniowy okolicznych chórów z hrabstwa Carlow. Mój syn śpiewał w szkolnym chórze ze dwie piosenki. Nie żeby chciał, bo śpiewak z niego raczej marny, ale skusił się na niespodzianki, jakie obiecała im nauczycielka. Jak się potem okazało za słodycze i brak zadania domowego w poniedziałek. Twierdzi, że warto było. Koncert odbył się w hotelu Mount Wolseley w Tullow ( na zdjęciu już w dekoracjach świątecznych).

 

 

 Przeglądając ofertę Visual Arts Centre w Carlow na przyszły rok wypatrzyłam ciekawe spektakle dla dzieciaków. W styczniu teatr kukiełkowy "Jaś i Małgosia", w marcu "Czarnoksiężnik z krainy Oz", a w kwietniu balet dla dzieci. A teraz w grudniu Adam jedzie na "Aladyna" razem ze szkołą. Dobrze, że teraz jest więcej atrakcji dla dzieci, bo za bardzo nie było, gdzie się wybrać, co najwyżej do kina, ale kontakt z żywym aktorem to przecież zupełnie inna bajka, i żaden film mu nie dorówna.

 

poniedziałek, 24 listopada 2014

 

Cudowna niedziela za nami, spędzona w górach Wicklow, w mojej ulubionej miejscowości Glendalough. Pogoda wyjątkowo sprzyjała. Zaliczyliśmy rundę dookoła jeziora szybkim marszem. Dotlenieni, rozruszani, z naładowaymi akumulatorami, możemy zmierzyć się z nadchodzącym tygodniem :)

Kilka zdjęć z wycieczki