niedziela, 28 października 2012

Nawet nie wiem kiedy, a tak szybko zleciało i "Raptularz z Irlandii" obchodzi 29 października drugie urodziny. Z tej okazji konkurs, do wygrania książka, której akcja toczy się oczywiście w Irlandii.

OPIS Z OKŁADKI:

Opowieść o Bridzie, młodej irlandzkiej dziewczynie, i o jej duchowych poszukiwaniach. Na swej drodze Brida spotyka mędrca, który uczy ją, jak radzić sobie z lękami i własnym cieniem oraz kobietę, która wprowadza ją w arkana magii. Zadne z nich nie ma najmniejszych wątpliwości, że dziewczyna ma dar, ale tylko od niej zależy, jak go wykorzysta. Musi wybrać między uczuciem, a pragnieniem przemiany. Musi odpowiedzieć sobie na najważniejsze pytania. Wzruszająca opowieść o miłości i tęsknocie za Drugą Połową.

O AUTORZE:

Paulo Coelho - jest jednym z najpopularniejszych autorów współczesnych, a jego książki ukazały się w 66 językach w 150 krajach. Ma stałe rubryki w najpoczytniejszych magazynach prasy światowej. Jest doradcą UNESCO, Posłańcem Pokoju ONZ, członkiem Brazylijskiej Akademii Literatury, laureatem wielu prestiżowych nagród. W Polsce czterokrotnie otrzymał tytuł Asa Empiku.

ZASADY KONKURSU:

Jeżeli znasz i lubisz twórczość Paula Coelho napisz w komentarzach swój ulubiony cytat, z którejś z jego książek. Jeżeli nie znasz, a chcesz zdobyć tę książkę poszukaj cytatów w necie i wpisz w komentarzach najbardziej do Ciebie przemawiający. Wygra oczywiście ta osoba, której cytat najbardziej przypadnie mi do gustu, a więc wybór zwycięzcy będzie bardzo subiektywny.

W komentarzach proszę również wpisać swój adres e-mail.

Konkurs trwa od 28 października do 17 listopada. Wyniki konkursu podam 18 listopada.

POWODZENIA :)

sobota, 27 października 2012

Mimo, że w Polsce święto Halloween jest jeszcze mało popularne to w polskich szkołach na terenie Irlandii zwyczaj przebierania się w stwory i zabawy z tym związane są chętnie naśladowane z irlandzkich szkół. To kolejny dzień szaleństw dla wielbicieli mrocznych postaci i kolejna okazja do zdobycia słodyczy i innych drobiazgów. A w naszej szkole konkursów nie brakowało.

A ten miły chłopiec  w czerwonym pozwolił mi pogłaskać swego kotka, w zamian za obejrzenie mojego aparatu ;)

A tu mój następny kolega, który świetnie liczy na palcach :)

niedziela, 21 października 2012

Wczoraj oficjalnie rozpoczął się rok szkolny w Polskiej Szkole Społecznej w Carlow. Pani Kasia, która jest kierownikiem naszej placówki poprowadziła apel. Dzieci miały ustawić się w szeregu, ale emocje wzięły górę i pani Kasia, jak zwykle zresztą, oblepiona była stęsknionymi dzieciakami. Jak ona to robi? Widziałam też jej imponujące portfolio. Nie mam wątpliwości, że jest to odpowiednia osoba na to stanowisko.

W związku z tym, że szkoła jeszcze nie ma swojej strony internetowej wrzucam tu dwa zdjęcia z wczorajszego apelu. Rodzice, którzy wypatrzą na zdjęciach swoje pociechy mogą (a nawet powinni) skopiować je dla swoich prywatnych potrzeb.

Informujemy też, że dnia 27.10.2012 r. w sobotę w naszej szkole organizujemy zabawę roku - HALLOWEEN. Wszystkich uczniów zapraszamy do świata duchów, potworków, wróżek i czarodziejów. Dlatego zachęcamy dzieci do przebrania się w kostiumy.

Do zobaczenia :)

piątek, 19 października 2012

SZANOWNI RODZICE

KOCHANE DZIECI

 

Z radością informujemy, że Polska Społeczna Szkoła w Carlow rozpoczyna zajęcia lekcyjne w sobotę dnia 20 października 2012 r. w godzin. od 9.00 - 14.00. Szkoła mieści się w budynku Bishop Foley School, Station Road (przy dworcu kolejowym w Carlow). Szczegółowe informacje pod numerem: 0894856749 lub mailem

rada.rodzicow11@wp.pl

 

Zapraszamy Rada Rodziców

Grono Pedagogiczne

 

 

14:09, rowena77
Link Komentarze (6) »
środa, 10 października 2012

Tym razem nie tylko nowe, ale i używane książki w ręce mi wpadły. Zdjęcie do bani - wybaczcie, za to spróbuję co nieco opisać. Od jakiegoś czasu szczególnie bliski stał się dla mnie okres dwudziestolecia międzywojennego. Więc na początek "Dziewczęta z Nowolipek". Akcja toczy się wcześniej, bo przed pierwszą wojną światową, ale Pola Gojawiczyńska napisała ją w 1935 i wrzucam ją do swojego "worka" lat 20, lat 30 być może niesłusznie, ale mój worek moja sprawa. Widziałam film na podstawie tej powieści z 1937 roku i bardzo mi się podobał. Skusiłam się na książkę i cóż się okazało. To co zawsze: film jest mierny w porównaniu z książką. Tylko gdybym wiedziała, że jest to wersja kieszonkowa (nazywam ją katorżniczą dla oczu) z mikroskopijnymi literkami to może dałabym sobie spokój, a tak niestety jeszcze nie mogę dojść do siebie. Na zdjęciu to ta książka na samej górze. Mimo, że jest to wydanie z 1970 roku nabyłam ją w bardzo dobrym stanie. Te zniszczenia na okładce przyznaję się to moje dzieło. Bo jak ja się wyginałam z tą książką, z jednej strony wciągająca, a z drugiej nie nadająca się do czytania (przynajmniej dla mnie). A w treści jaka ponadczasowa, polecam :) Jeszcze jest film "Dziewczęta z Nowolipek" z 1985 roku, być może w ten weekend sobie obejrzę, ale wątpię czy dorówna książce.

Z dwudziestolecia międzywojennego udało mi się też zdobyć książki Tadeusza Dołęgi - Mostowicza "Kariera Nikodema Dyzmy" (pewnie każdy widział film), "Swiat pani Malinowskiej" i "Trzecia płeć". Już się nie mogę doczekać kiedy się do nich dopadnę ;)

Zbiór felietonów Krystyny Jandy "Różowe tabletki na uspokojenie". Lubię tę aktorkę i jej felietony też, więc na pewno nie będzie to nudna lektura.

"Tost" słynnego kucharza Nigela Slatera wygrałam w konkursie w Notatkach Coolturalnych za popisanie się wiedzą na temat gwiazd kulinarnych z TV czy książek. Nawet nie sądziłam, że to będzie dla mnie temat - rzeka;)

"Nie będę Francuzem (choćbym nie wiem jak się starał)" Marka Greenside, zabawny tytuł, zabawna książka. Już przeczytałam i jestem zaskoczona: Amerykanin dochodzi do wniosku, że życie w Stanach wcale nie jest takie cudowne, oni przecież zawsze tak idealizują swój kraj. No, ale nie dochodzi do tych wniosków od razu, tylko z czasem, jak coraz bardziej poznaje życie we Francji.

"Cmentarz w Pradze" powieść kryminalno - szpiegowską Umberto Eco może chwycę ją do czytania na czas Halloween? ;)

wtorek, 02 października 2012

Tak mnie naszło na kilka refleksji po przeczytaniu "Tajemnic Lubania" Janusza Skowrońskiego. Dla mnie Lubań to miejsce szczególne. Tu urodzili się moi rodzice, ja i mój syn. Rodzice mamy przyjechali na te poniemieckie ziemie z lubelszczyzny. Dziadek od strony taty był ze Lwowa, a babcia z Poznania. Kilka razy byłam w Poznaniu, ale nie czuję większych sentymentów do miejsc dzieciństwa czy młodości moich przodków. Może odrobinę są szczególniejsze, bo dużo słyszałam o tych miejscach od dziadków, ale nie składają się na moją przeszłość. Stąd ten lekki dystans. Co innego Lubań (niem. Lauban), a słuszniej byłoby napisać jego okolice. Moje życie zaczyna się od Siekierczyna (niem. Geibsdorf), gdzie babcia kupiła dom, potem rodzice kupili dom we Włosieniu (niem. Heidersdorf).

Książka Skowrońskiego wciągnęła mnie od pierwszych stron.  Nie ma tu suchych historycznych danych. Autor spotkał się z mnóstwem ludzi zarówno byli to Polacy, jak i Niemcy. Według ich wspomnień próbował rozwikłać wiele interesujących zagadek dotyczących Lubania. Nie wszystkie udało się rozwikłać, ale kto wie co jeszcze odkryje Skowroński.

I tak na przykład poszukiwaczy poniemieckich skarbów nigdy nie brakowało. W podziemiach klasztoru Sióstr Swiętej Marii Magdaleny od Pokuty miał być ukryty skarb. Oczywiście władze miasta zainteresowały się tą sprawą, ale nic nie znaleziono oprócz śladów, że ktoś ich uprzedził;) Czytając to przypomniałam sobie, jak rodzice kupowali dom. Jeden z pokoi był przekopany. Poprzedniemu właścicielowi przyśniło się w nocy, że Niemcy w tym miejscu zakopali skarb. Nic nie znalazł. Ciekawe tylko, jak głęboki wykopał dół, zanim dał sobie spokój. Były to już lata dziewięćdziesiąte, a starszemu panu nadal się marzyły niemieckie bogactwa ;) Bo tak prawdę mówiąc znajduje ten, kto nie szuka. Mając 4 lata bawiłam się w piasku i proszę, wygrzebałam zardzewiały karabin. Dorośli śmiali się ze mnie "pewnie jeszcze czołg wykopiesz".

Plac w Lubaniu przy ulicy Tkackiej i Mikołaja już nigdy nie będzie dla mnie taki sam. Dotychczas był we wspomnieniach tylko miejscem zabaw z kuzynami. Tymczasem 8 marca 1945 Goebbels na tym placu odwalił propagandowe przemówienie "nigdy nie nadejdzie ta godzina, w której skapitulujemy". Rozdał medale żołnierzom, wśród których był szesnastoletni chłopak Wilhelm Hubner z Hitlerjugend. Potem osobiście przyjął go w Berlinie Adolf Hitler. Jak oni wtedy potrzebowali takich bohaterów do tej swojej propagandy i jak nic to już nie dało. Armia Czerwona "wyzwalając" Lubań zniszczyła 60% miasta. Ci Niemcy, którzy jeszcze wspominają swój Lauban, opuścili go jako dzieci. Wzdychają do miejsca swojego dzieciństwa tak, jak mój dziadek wzdychał całe życie do Lwowa.

Tuż przy Baszcie Brackiej stał Kościół Swiętego Krzyża. W połowie lat 50-tych został wyburzony. Powstała legenda, że kościół został zamordowany przez Partię. Stał blisko budynku Komitetu Powiatowego PZPR i z niego w 1956 roku odpalono ładunki wybuchowe, które zniszczyły kościół. Plac, który tam powstał nigdy mi się nie podobał. Dopiero jakiś czas temu położono tam kostkę brukową, powstały ogródki piwne. Trochę ładniej, tylko dziwnie się teraz czuję wiedząc, że kiedyś stał tam kościół.

Takich historycznych ciekawostek o miejscach i ludziach tu żyjących jest wiele w "Tajemnicach Lubania". Podoba mi się, że autor "nie udaje", że przed 45 rokiem nic tu nie było. Zdobył zaufanie tak wielu ludzi, a oni chętnie dzielili się swoimi wspomnieniami, pamiątkami, zdjęciami, wierszami... a wszystko po to, aby inni mogli więcej wiedzieć o tym mieście, jakim jest Lubań.

 Zamiast okładki książki wrzucam tu kilka moich zdjęć z tego niewielkiego miasteczka na Dolnym Sląsku.

Widok na Kościół św. Trójcy

Baszta Bracka, za nią stał Kościół św. Krzyża, na zdjęciu widać kawałek bloku, a za nim jest plac.

Rynek  i zrekonstruowane sukiennice.

Restauracja "Tęczowa" i hotel.

To tu ostatnio bawiliśmy na weselu. Pamiętam też, jak byłam małą dziewczynką babcia zabrała nas (wnuków) do tej restauracji na niedzielny obiad. Menu nie było wyszukane: rosół i schabowy z ziemniakami. Ale, jak na tamte czasy całkiem nieźle. Potem szliśmy na miasto i na deser kupowaliśmy lody. Fajne, beztroskie czasy :)