poniedziałek, 31 października 2011

Adam z Michelle zrobili skok na sąsiadów z okazji Halloween. Heh, Irlandczycy, a kompletnie nie byli przygotowani. Diabeł i tak był bezlitosny i wyłudził banany, rodzynki, ciasteczka ryżowe, cokolwiek wyszperali z szafek. Nie mieli wyjścia, inaczej czekał ich psikus. Grunt to umieć się targować;)

Potworny nietoperz wynurzył się z mrocznej otchłani i nawiedził dzisiaj nasz dom...

...dałam się zastraszyć i  wykupiłam się równie strasznymi ciasteczkami;)

 

sobota, 29 października 2011

Dzisiaj mija rocznica pisania tego bloga, z tej okazji pozwalam sobie na luźny i relaksujący wpis:)

Na początek miło mi, że moje skromne zdanie w postaci krótkiej recenzji  "Cukiernia pod Amorem-Hryciowie" zostało zalinkowane na blogowej stronie tejże książki i jej autorki pani Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk. Nie pozostaje mi nic innego, jak w ramach wzajemnej adoracji umieścić linka "Cukierni" w bocznej szpalcie, co też czynię:)

Skoro już jestem przy linkowaniu to muszę też podziękować Klarce Mrozek, blogowej celebrytki onetu, posiadającej drugi blog na blogerze, na którym zdecydowała się umieścić linka do mojej strony. Dzięki temu wiele osób przybywa i w moje progi, niejako pośrednio pławię się w splendorze jej sławy;)

Za linki dziękuję też koleżankom z Irlandii: Taita i Kasia.eire, jak tylko znajduję czas wpadam na Wasze blogi dziewczyny:)

Podziękowania również dla Felicji79, dzięki niej, mogę dopieścić swojego bloga od strony technicznej. Jej instrukcje obsługi są proste jak budowa cepa, a osoba taka jak ja, której nie po drodze absolutnie z "wyższą technologią", powoli wszystko ogarnia:) Dzięki niej popracowałam nad faviconką, gdyż ta bloxowa mi się absolutnie nie podobała. Na efekty trzeba poczekać kilka dni, i pewnie nie u wszystkich się pojawi zmiana, nowi czytelnicy będą mieć na pewno z nową faviconą. Nie jest to coś, co by spędzało mi sen z powiek, ale potrzebowałam tej mini kosmetyki. Bloxowe logo absolutnie mi się nie podoba, nawet wypełniałam ankietę, co by w końcu wyrzucili te żółte pudło i dali coś fajniejszego, ale widać mało nas było przeciw, skoro nadal się męczymy z pudłem;)

Dzięki Felicji udało mi się zrobić w końcu "Księgę Gości", do której zabierałam się od kilku miesięcy. Będziecie mogli wpisywać swoje skargi i zażalenia, fochy i radochy, cokolwiek leży Wam na wątrobie;)

Zamontowanie przeze mnie Google Analyticsa to też zasługa Felicji. Powoli oswajam się z danymi, przykładowo osoba z Taiwanu czytająca mnie przez 13 minut w języku chińskim to był dla mnie na początku szok. Miałam też licznik flagowy przez trzy miesiące, ale z niego zrezygnowałam. Nie była by to rzeczywista liczba odwiedzających, bo blog ma już rok. Po za tym najbardziej cieszą blogującego osoby, które regularnie i z ciekawością go czytają, a nie osoby, które wpadły na chwilę i wypadły bo nie znalazły tego czego szukają. Liczniki liczą wszystkich.

No i specjalne buziaki dla męża mojego, który obecnie jest kilka tysięcy kilometrów stąd. Ostanio skarżył się, że go w niekorzystnym świetle przedstawiam. Przyznaję, zazdrosna ze mnie skorpionica i słowa dobrego na męża mojego nie na piszę, co by nie wodził na pokuszenie, haha. Oczywiście żartuję sobie okrutnie, w ramach skruchy obiecuję się na przyszłość się poprawić:)

czwartek, 27 października 2011

Pani Małgorzata normalnie mi podpadła. Trzy tomy sagi ponad czterystastronicowe, ta ostatnia to prawie pięćset stronic miała, i chyba oczywiste jest, że oczekuję mocnego zakończenia. A tu jedne wątki wytłumaczone, inne niedopowiedziane, tajemnice nie wszystkie odkryte, rozczarowana jestem. W pierwszej chwili pomyślałam, że może to taka furteczka dla autorki, aby napisać część czwartą, ale nie ma co się czarować, nie była by to chyba mocna książka. Z całej trójki pierwsza część "Zajezierscy" była najlepsza, pozostałe dwie części już były tylko jej cieniem, ale Cukiernia ma to do siebie, że jak się przeczyta pierwszą część, to ma się ciśnienie na pozostałe. Powieść ma taką moc, że nie można tak sobie pozostawić jej bohaterów, trzeba znać ciąg dalszy i już. Nie chcę opowiadać fabuły, ale powiem o dwóch rzeczach, które mi się podobały. Po pierwsze czytając tą książkę ma się ciekawe tło historyczne, można kawałek historii Polski liznąć i nawet fajnie się to czyta, mimo wojen, powstań, i trudów życia za komunizmu. Druga sprawa to mnogość postaci. W pierwszej części się gubiłam, oglądałam szczegółowo drzewa genealogiczne, index osób, żeby się nie pogubić. W drugiej części zaglądałam na tyły już niewiele, a przy trzeciej ani razu, mimo że dwie pierwsze części czytałam zimą, i od tego czasu mogłam pozapominać niektóre osoby, tymczasem siedziały mi wszystkie w głowie i czekały grzecznie na ciąg dalszy.

Co jeszcze by tu dodać oprócz tego, że gorąco polecam "Cukiernię pod Amorem"? Jest to z pewnością najlepsza książka ostatnich lat napisana w Polsce, która przywróciła mi wiarę w polskich autorów. Przestrzegam natomiast osoby na diecie, po tej lekturze nie sposób się oprzeć słodkościom. Nawet sama w sobie odkryłam chęć pieczenia. Nie żebym zaraz chciała zaprzęgnąć się do jakiejś cukierni, ale w domowym zaciszu to czemu nie. Mam już w planie z moją córeczką pieczenie kilka blach ciastek na Halloween:)

czwartek, 20 października 2011

To druga książka Barbary Ogrodowskiej, jaką mam przyjemność posiadać. Bardzo mnie wciągnął ten cykl "Ocalić od zapomnienia", i już zastanawiam się nad kolejnymi pozycjami:) Natomiast jeśli chodzi o "Polskie obrzędy i zwyczaje doroczne" są ciekawie opisane i zilustrowane, książka jest podzielona na cztery pory roku i w każdym rozdziale są dokładnie opisane wszystkie święta i obrządki, nawet te już zapomniane. Zaciekawił mnie fakt, że wiele zwyczajów było dawniej przez Kościół tępionych, gdyż początki ich brały się jeszcze z czasów przedchrześcijańskich, a więc uważane były za pogańskie, a nawet diabelskie, na przykład topienie Marzanny, oblewanie się wodą w Lany Poniedziałek, Noc Sobótkowa z ogniskami i puszczaniem wianków na wodzie. Pomimo represji wiele zwyczajów pozostało do naszych czasów, wiele idzie w zapomnienie tak samo z siebie. Miło jest czytać, że są w dzisiejszych czasach księża w Polsce, którzy reaktywują obrządki kultywowane na danych ziemiach przed stu czy dwustoma latami.

No, ale nie ze wszystkim się zgodzę. "W naszych czasach, kolędowanie i oryginalne widowiska kolędnicze przestały być obyczajem świątecznym wsi", tak czytam w książce, i trochę się oburzyłam, bo jak to kolędników nie ma? Tam skąd ja pochodzę kolędnicy chodzą po domach. Nie każdego roku się organizują, a jak się zorganizują to nie zawsze do nas zachodzą, a jak się zdecydują zajść, to cytuję mojego męża "gasimy światła, i ani mru mru, udajemy, że nas nie ma, nawet jak będą się dobijać" haha. Bo dzisiaj nikt już nie wierzy, że "gdzie turoń chodzi, tam żytko rodzi" to znaczy, że zajście do domu kolędników było traktowane jako dobrą wróżbę na urodzaj i dobrobyt w przyszłym roku. Teraz postrzegani są jako domokrążcy i naciągacze ;) Ale żeby nie było, to raz ojciec wpuścił do domu kolędników,( gości w domu mieliśmy to głupio było udawać, że nas nie ma). Chłopcy poprzebierani jak trzeba, wydukali stosowne zwrotki jedni lepiej, inni gorzej, śmierć to nawet z kartki czytał(a) pod prześcieradłem latarką sobie pomagając. Ogólnie fajnie było, i gdyby to ode mnie zależało, co roku bym wpuszczała do domu dzieciaki. W dawnych czasach, gdy nie było telewizji ludzie uwielbiali takie widowiska, chętnie nagradzali wysiłek ludowych aktorów, dzisiaj wolimy siedzieć przed TV i oglądać po raz setny na święta "Kewin sam w domu", ha, nawet potencjalni kandydaci na kolędników, też tak wolą spędzać czas, niż się wysilić, kultywować tradycję, a przy okazji troszkę zarobić. Pewnie dlatego kolędnik będzie albo już jest wymarłym "gatunkiem".

A poza tym taka nostalgia mnie wzięła, bo w Irlandii nie ma procesji na Boże Ciało, nie ma Zielonych świątek z brzózkami i tatarakiem, Zaduszek, Dożynek, normalnie mi tego tu brakuje, jak nie wiem co. W zamian mam Halloween i Dzień św. Patryka, ale to już nie to...

piątek, 14 października 2011

Ot, głupawe rymowanki chodzą mi ostanio po głowie, ale humor mi dopisuje, to się mnożą pod sufitem. Dzisiaj w końcu przyjechały książki me wyczekiwane, i koniecznie muszę się pochwalić i zareklamować przy okazji co nieco:) Na początek pozycje dla dzieci.

Kolekcja obiecana dla syna mego jedynego (bo drugie to córa), "Tytus, Romek i Atomek" 25 komiksów, to te pudło po lewej, aż teraz się zastanawiam czy dobrze zrobiłam, bo może go tymi książkami przygniotłam, może za dużo tego, może się zniechęci. Zamiast zachęty do nauki polskiego, otrzymam efekt odwrotny? Ale cieszył się, gdy mu powiedziałam na placu przed szkołą, że książki już są, i nawet taniec radości odstawił robiąc widowisko. Więc chyba będzie dobrze:)

A poza tym...

Przychodzi taki dzień w życiu Czytającego Dzieciom, że ma już dość czytania o Czerwonym Kapturku, Dziewczynka z zapałkami nie wzrusza, a tylko przygnębia, a na widok siedmiu krasnoludków ma się ochotę krzyczeć. I tak było ze mną. Dzieci klasykę znać powinny, ale litości, nie wałkujmy tego bez końca. Przyszedł taki moment, że miałam ochotę poznać nowe historie, zupełnie mi nie znane, i razem z dzieckiem przeżywać je nie znając zakończenia. Gdy Adam miał rok, czy dwa, czytałam mu między innymi krótkie opowiadania Wojciecha Widłaka "Pan Kuleczka" zamieszczone w miesięczniku "Dziecko". To była moja ulubiona gazeta dotycząca pielęgnacji i wychowania maluchów. Miała i pewnie ma nadal swój klimat. Jak przez pryzmat patrzyłam na moje nowe doświadczenie, jakim było macierzyństwo, które stawało się fantastyczną przygodą, no przynajmniej tak mnie się zdawało, dopóki trwałam w lekturze;) Opowiadania o panu Kuleczce, psie Pypciu, kaczce Katastrofie i Bzyk-Bzyku, którzy stanowili zwykłą rodzinę i zajmowali się codziennymi sprawami, przybliżają dziecku otaczającą rzeczywistość, zaciekawiają, zachęcają do własnego odkrywania...itd. No i proszę, już tu zamówienie do Merlina miałam gotowe, ale jeszcze zerkłam na kilka innych stron, a tam książki z panem Kuleczką, wziąć czy nie wziąć, oto jest pytanie. Cały dzień pan Kuleczka chodził mi po głowie, i w końcu musiałam, nie wytrzymałam, książka zakupiona. Trochę się rąbłam bo zamiast pierwszej części, zamówiłam drugą, (to z chwilowego zaćmienia umysłu przejęciem spowodowane) ale nie powinno to mieć znaczenia, bo są to zbiory opowiadań. A po paru dniach kolejne miłe odkrycie. "Pan Kuleczka" jest rekomendowany przez akcję "Cała Polska czyta dzieciom". Normalnie pozostałe książki z tej serii też muszą być obowiązkowo w naszej domowej biblioteczce, wypatrzyłam 5 pozycji, więc do zakupu pozastaje jeszcze 4. Dodam jeszcze, że zapoznać się można z bohaterami bajki na stronie http://pankuleczka.pl  I ostania książka dla dzieci, tym razem z myślą o Michelle księga zawierająca 10 bajeczek "Poczytaj mi mamo", druga część dostępna od listopada, więc z prezentem pod choinkę nie będzie problemu jak myślę. Bardzo ładnie wydana, szata graficzna ta sama co "przed wiekami", czyli za czasów mego dzieciństwa, super, nawet kot Filemon jest:)

No i tak krótko o książkach dla dorosłych, bo przecież po przeczytaniu każdej obowiązkowo recenzją uraczę, czy chceta, czy nie chceta.

"Długi marsz" Sławomira Rawicza, niedawno oglądałam i opisywałam tu film "Niepokonani", który jest ekranizacją tej książki. To światowy bestseller, ale w Polsce - niestety nie, i nie wiem czy po tym filmie coś się zmieniło. To trochę smutne, że nasz autor, a przez naszych jakoś niedoceniony.

"Cukiernia pod Amorem" trzecia część sagi pt."Hryciowie" Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk. Jesień nie była dla mnie przykrą perspektywą, gdy pomyślałam, że książkę tę zapowiedziano na tę porę roku:)

Następnie książka podróżnicza "Mój chłopiec, motor i ja" Haliny Korolec-Bujakowskiej i na dodatek love story, a co mi tam, na pewno fajnie się będzie ją czytało.

Z cyklu "Ocalić od zapomnienia" druga pozycja przeze mnie upatrzona "Polskie obrzędy i zwyczaje doroczne". Ten dokument pierwszy wezmę na tapetę, znaczy się zacznę czytać...

Roma Ligocka jedna z moich ulubionych autorek, kobieta z ciężkim wojennym dzieciństwem, mimo lęków ciepło pisząca. Jej "Róża. Obrazy i słowa" to mieszanina wspomnień i obrazów autorki. Jako malarki jej nie znałam i bardzo chciałam obejrzeć jej prace.

No i żeby nie było, że tylko ja i dzieciaki w książkach, to mężowi też się dostało. Właściwie to sam sobie wybrał "Mój powrót do życia" o Armstrongu, i myślę, że też ją sobie przeczytam.

A na zdjęciu moja ulubiona modelka zachęca do czytania książek :)

  

poniedziałek, 10 października 2011

Całkiem udana niedziela za nami. Po obiedzie spacer po Oak Park w Carlow. Rzucaliśmy okiem w las na lewo i prawo, co by może jaki grzybek się trafił, ale niestety same trujące. Adam zafascynował się purchawkami, wystarczyło lekko potrącić takiego grzyba i... wiadomo co. Buty żółte. W domu przejrzeliśmy leksykon grzybów i okazało się, że purchawki są i trujące i jadalne, ale te drugie muszą być młode, żeby nadawały się do jedzenia. Jakoś nie wyobrażam sobie spróbowania potrawy z tych grzybów. A wieczorem rodzinne oglądanie filmu przy pizzy. Akurat te pizzy to nie moje dzieło, niedaleko od nas otworzyli pizzernię na wynos, no i takie dobre robią, że trudno się oprzeć, chyba zbankrutujemy na nie;) Kilka zdjęć ze spaceru...

 

Nasza mała Michalinka

to wyrywna jest dziewczynka

gdy energia się jej wyczerpała

bicepsy ojcu wytrenowała;)

 

sobota, 08 października 2011

Ech... chciałabym mieć taką osobowość rodem z krainy wiecznej szczęśliwości, jak ta wróżka dotykać wszystkich czarodziejską różdżką i zmieniać zdołowonach w radosnych, ale niestety nie mam takiej siły przebicia. Za to w drugą stronę to szybko łapię. Wystarczy zamienić kilka słów z pesymistami (czyt. wpis poniżej) i już jestem rozbita na resztę dnia. Ratuję się, jak mogę. Ocenianiem sytuację z dystansem, albo doszukuję się pozytywów, albo odwracam uwagę na przyjemniejsze rzeczy, ale niestety nie potrafię zarazić innych optymizmem. Z doświadczenia wiem, że jedyne co mogę zrobić to unikać ludzi "na nie", bo po jakimś czasie przejmuję czarnowidzwo i zrzędzenie równie szybko, jak katar czy grypę. Bo tak naprawdę nikt nie potrzebuje moich rad, chce tylko wylać na kogoś wiadro pomyj i sobie ulżyć. Jedyne czego tacy ludzie oczekują ode mnie to potwierdzenia, że mają rację, i ewentualnie dorzucenia swoich bolączek. Ale cieszę się:) Cieszę się dziś, bo mam mnóstwo powodów, chociaż to drobiazgi życia codziennego, ale na nich składa się przecież całe życie.

Cieszę się, że wszyscy są zdrowi.

Cieszę się, że syn dobrze się uczy w szkole irlandzkiej, a do polskiej chodzi z entuzjazmem, którego się nawet nie spodziewałam. Obchodzono niedawno Dzień Drzewa i Adam zapewniał irlandzką nauczycielkę, że w Polsce też rosną kasztany, dęby i brzozy, bo uczył się tego na środowisku w Polskiej Szkole. Więc cieszę się też, że w dwie strony wykorzystuje swoją wiedzę.

Cieszę się ze spacerków z moją małą Michelle, jak ładna pogoda to koniecznie na dłuższą wędrówkę. Kiedy córa  wyrośnie z tych spacerków, i będzie miała swoje sprawy, jak nic będę musiała sobie sprawić psa, bo spacery w pojedynkę już nie są takie fajne, a małżonek niestety bardziej woli kolarstwo, niż włóczyć się ze mną;)

Cieszę się, że kolejny stosik polskich książek zamówiliśmy. Razem z synem przebieramy nogami z radości, bo jedzie do nas w sumie 8 książek i 25 komiksów. Po niedzieli będę tęsknym wzrokiem wypatrywać w oknie kuriera. Na wieczory jesienno-zimowe nie ma nic dla mnie lepszego, niż dobra książka:)

Cieszę się nawet, jak jest brzydka pogoda (dzisiaj była akurat bardzo ładna, ale to rzadkość w Irlandii), bo podczas niepogody więcej przebywam w kuchni robiąc ciasto, albo bardziej czasochłonny obiad. A chociażby takie pierogi. Za nic w świecie nie siedziałabym nad nimi, kiedy za oknem piękne słońce, ale w czasie deszczu to przyjemność. No i szykujemy się z Michelle na robienie ciasteczek na Halloween. Mamy już foremki w kształcie nietoperza, ducha, kota i księżyca. A w listopadzie spróbujemy zrobić rogale świętomarcińskie. Może to święto rodem z Poznania stanie się i naszą, rodzinną tradycją?

Cieszę się, że pokazałam dzieciom film, który był pierwszym filmem, jaki widziałam w kinie, a mianowicie "Akademia Pana Kleksa". W ostatnią niedzielę wieczorem całą rodzinką usiedliśmy i oglądaliśmy część pierwszą. Adam po filmie stwierdził, że koniecznie musi obejrzeć część drugą, więc jutrzejszy wieczór mamy już zaplanowany.

Cieszę się, chociaż nie... chyba jednak się nie cieszę bo to dla mnie problem. Znalazłam dzisiaj koło domu iPhona i nie wiem co mam zrobić z tym fantem. Na Gardę z tym nie chcę iść i zatrzymać też nie chcę. Pozostaje wywieszka w sklepie, może znajdzie się właściciel, wtedy się ucieszę:)

 

poniedziałek, 03 października 2011

Kilka zdjęć z Galerii Sztuki Współczesnej w Carlow. Od razu powiem, że na sztuce się nie znam, co akurat mi wielce nie przeszkadza w odbieraniu jej na swój sposób :) Poza tym przy okazji zachęcam syna do tworzenia własnych prac, i udzielania się w konkursach plasycznych. A dzisiaj po lekcjach Adam ma nam pokazać swoje prace wywieszone w szkolnym korytarzu. Musimy koniecznie je obejrzeć:)

sobota, 01 października 2011

Była już rzecz o kuchni i o telewizji, chociaż nie mam pojęcia teraz, po co pisałam o tej drugiej skoro nie ma w moim życiu zbyt znaczącego miejsca. Co prawda małżonek zamontował mi tu telewizję irlandzką, i tu już młodsze dziecko najczęściej korzysta z bajek. Więc nie jestem tak całkowicie odcięta od świata telewizyjnego, ale co w trawie piszczy to też nie mam pojęcia. No ale ja tu o książkach, więc najlepiej od początku. Kiedyś pisałam o tym, jak moja babcia zapisała mnie do biblioteki, gdy miałam 5 lat, u nas w domu pasja czytania przechodziła po kądzieli. Pamiętam babcię i mamę zanurzoną w książkach i ten obraz tak mi się utrwalił, że było to dla mnie oczywiste, że i ja po książki sięgać będę często i gęsto. Teraz ten obraz próbuję utrwalić moim dzieciom, zarówno synowi, jak i córce. Adamowi czytam od 5 miesiąca życia (!) Wiem, że to bardzo wcześnie, i niektórzy mogą się popukać w czoło, bo przecież takie niemowlęta i tak nic nie rozumieją, ale jak się do nich mówi to też nie rozumieją, aż pewnego dnia załapują o co chodzi, i tak samo jest z książkami. Na początku nie chodzi o rozumienie, ale o ten rytuał. Siadamy, czytamy, jesteśmy ze sobą blisko. Po pewnym czasie obowiązkowo musiałam mu czytać bajki na dobranoc, a spróbowałabym się wykręcić, to dopiero był raban. Czytam mu chociaż ma już 7 lat, ale coraz rzadziej, gdyż zachęcam go do samodzielnego czytania. Zawsze wieczorem przegląda książki, musi popracować nad czytaniem po polsku, z angielskim nie ma problemu. Tak sobie pomyślałam, że sprawię mu komiksy Papcia Chmiela. Pamiętacie "Tytusa, Romka i Atomka" ? Były takie komiksy, chłopcy je uwielbiali. W Merlinie wypatrzyłam 25 komiksów z Tytusem w kolekcjonerskim pudełku. Mamy w Irlandii trochę polskich książek, uzbierało się z czasem, a komiks jakoś ma tylko jeden "O Kwapiszonie, niezwykłym Poznaniu, tajemnicy listu..." Bohdana Butenko, i często do niego zagląda, bo są tam zdjęcia z Poznania, na których rysownik umieścił swoje postacie, a Adam jest bardzo ciekawy Polski:) Gromadzimy coraz to nowe bajki, ale pewnego dnia dzieciaki z nich wyrosną, więc te w dobrym stanie zasilą bibliotekę czemu nie. Są też takie pozycje, które za nic nie oddam, nie pożyczę,  ani prośbą, ani groźbą wydrzeć sobie nie dam;) Ulubienice, które pozostaną w naszym rodzinnym domu, ewentualnie w przyszłych domach moich dzieci, jeśli będą chciały czytać po polsku oczywiście:) Tak dzisiaj powertowałam na półce i znalazłam taką jedną uniwersalną perełkę - "Pan Błysk" Tolkiena, którą napisał i zilustrował tę książkę dla własnych dzieci. Z jednej strony wydrukowano angielski rękopis Tolkiena, a z drugiej strony tekst po polsku. I tak przyjemnie się ją czyta, taka "ciepła", idealna na dobranoc.

 Najbliższe plany zakupu książek dla dzieci to właśnie te komiksy dla Adama i wypatrzyłam też zbiór "Poczytaj mi mamo" dla mojej Michelle. Kiedyś były takie mini książeczki, które mama chętnie mi kupowała, a teraz zebrano je w duże książki (na razie wydano część pierwszą) i co najważniejsze szata graficzna jest taka sama. Czytanie tej książki będzie nie tylko frajdą dla mojej małej, ale przede wszystkim ucztą duchową dla mnie, taki powrót do dzieciństwa:)

Chciałabym tu jeszcze dodać, że naprawdę nie mam nic przeciwko telewizji bo są tam naprawdę fajne programy edukacyjne dla dzieci, i można powybierać ciekawe pozycje. Swego czasu mój syn uwielbiał programy typu "zrób to sam" i potem pomysły, które z tamtąd czerpał próbował z lepszym lub gorszym skutkiem realizować:) I to było fajne. Natomiast oglądanie wszystko jak leci, albo bezmyślne skakanie po kanałach pilotem to po prostu strata czasu.

A misja uwiecznienia w głowie dziecka obraz czytającej matki chyba mi się powiódł, bo w szkole z okazji irlandzkiego Dnia Matki, Adam miał napisać w jednym, dwóch zdaniach coś o swojej mamie i to narysować, i co napisał? "Moja mama czyta książki i chodzi na zakupy" haha