wtorek, 25 września 2012

Ufff... to była najgrubsza książka, jaką przeczytałam. Liczy ona ponad 700 stron. Kupiłam "Jeźdźca miedzianego" Paulliny Simons na kiermaszu. Nie miałam ochoty czytać romansu, ale na ten się skusiłam, gdyż posiada bardzo ciekawe tło historyczne - oblężenie Leningradu przez wojska niemieckie podczas drugiej wojny światowej. Na ten kawałek historii zwróciłam ostatnio uwagę dzięki filmowi "Leningrad"(2009). Oblężenie trwało blisko 900 dni i w wyniku głodu, mrozu, bombardowań i ostrzału artyleryjskiego zginęło przeszło milion ludzi. Mimo tragicznego położenia Leningrad nigdy się nie poddał. Za co otrzymał odznaczenie Miasta-bohatera Związku Radzieckiego, co nie miało znaczenia już dla nie żyjących, a dla tych którzy przeżyli ten koszmar (przypuszczam) marne to było pocieszenie. Film bardzo mi się podobał, więc wrzucam tu plakat.

Chciałabym tu zaznaczyć, że film i książkę łączy jedynie tło historyczne. Więc przejdę teraz do książki. Chwytając za tę powieść pomyślałam sobie: wielka miłość w tak okrutnych czasach? To musi być ciekawe. Niestety nie była to, aż taka rewelacja , jak myślałam. Na początku nie mogłam się przyzwyczaić do głównej bohaterki. Drażniła mnie jej wręcz skrajna dobroć. Wszystkim rozdaje jedzenie, pomaga, przejmuje się, a dla siebie tylko ochłapy z ochłapów. Pan na poczcie jest głodny? Nie ma sprawy już daje mu suchara. Miałam ochotę potrząsnąć tą dziewczyną i krzyknąć - chcesz przetrwać czy świętą zostać! Ona nie miała prawa przeżyć, a mimo to przetrwała. Jak to możliwe? Autorka tłumaczy to powolną przemianą materii, dorzuca też wspomnienia z dzieciństwa, jakoby dziewczę silne nie było, ale najbardziej wytrzymałe z wszystkich dzieci. Do tego dorzućmy, że była zakochana i miała dla kogo przetrwać. Dla mnie to było naciągane. Polubiłam ją dopiero, gdy doszłam do wniosku, że dobroć Tatiany to nic innego, jak brak asertywności. Cóż, zdarza się. Najważniejsze, że była już dla mnie do strawienia. Główny bohater to już chodzący ideał z romansów. Zawsze, no może prawie zawsze pojawia się wtedy, gdy ukochana go potrzebuje. Wystarczy, że dziewczę się zachwieje i proszę już jest w jego ramionach. Co się w życiu praktycznie nie zdarza. Można wyrżnąć zębami w krawężnik i usłyszeć głupi brech za sobą. Nie tylko nikt w locie nie złapie, ale nawet wstać nie pomoże. No chyba, że jest się zjawiskową pięknością, wtedy uraczą tekstem w stylu "hej lala but ci się rozwala"... ale ja zeszłam z tematu ;) No więc Aleksander przystojniak pnie się po szczeblach kariery wojskowej, ma tajemniczą przeszłość i tajemnicze plany na przyszłość. Chociaż relacje z Tatianą są skomplikowane (to chyba najlepsze było w tej książce) ratuje ją przed zagładą.

Dziewczę chroni się na wsi, Aleksander ją odnajduje i... wolałabym spuścić zasłonę milczenia na tę część powieści. Ja się pytam, jak pani Simons mogła postąpić tak paskudnie z postaciami swojej książki. Zadała sobie tyle trudu tworząc świętość z Tatiany, i bohatera wojennego z Aleksandra, i nie mogę zrozumieć dlaczego przerobiła ich na seks-maszynki. Ich wielka miłość zasługiwała na więcej subtelności. Na dodatek w trakcie mieli tak głupie dialogi, że nie mogłam się doczekać kiedy skończą i zaczną poważnie rozmawiać. Widać to nie na moją wrażliwość. Totalne rozczarowanie. Cieszyłam się, kiedy znowu życie im się pokomplikowało i nie mieli okazji na sam na sam.

Co mi się jeszcze nie podobało to nieznajomość autorki realiów życia w Związku Radzieckim. Na przykład Tatiana na wsi chce poczęstować Aleksandra koniakiem. Myślę, że bardziej "stosowny" byłby chyba bimber. Albo kupiła szampon do włosów, i gwiazdeczka od redakcji, że w tamtych czasach szamponu nie używano, a już na pewno nie w Związku Radzieckim. Turlałam się ze śmiechu normalnie. Takich szczególików było trochę. Niech zredaguje ją jakiś fachowiec. Może w Ameryce te bzdety przechodzą gładko, ale Polak czytając ją nie wie czy ma się śmiać czy płakać. Moja ogólna ocena tej książki jest dość wysoka 4.  Ze względu na ciekawie opisane życie podczas oblężenia. To jednak za mało żebym chwyciła za pozostałe dwa tomy...

poniedziałek, 10 września 2012

Tralala hopsasa, już po wszystkim. Nie było tak źle u dentysty, jak sobie wyobrażałam. Borowanie elegancko na znieczuleniu. Nie zdziwiło mnie wielce, gdy okazało się, że dziura w zębie była bardzo duża. W końcu tak mnie wymęczył ten ząb w połączeniu z zatokami tej zimy, że na samą myśl, abym miała znowu tak cierpieć dało mi niezłego kopa, aby jak najszybciej coś z tym zrobić. Bo ten ząb to taki tajniak był. Z wierzchu piękny i tą urodą zwodził mnie, dentystę i lekarza. Ten ostatni szpikował mnie antybiotykami i silnymi tabletami przeciwbólowymi, ale co mógł zrobić. Dopiero niedawno odkryłam , że coś się "widocznego" dzieje z tym zębem,  i że teraz na pewno dentysta się nim zajmie. No i się zajął.

A wracając do domu kupiłam po drodze piękny okaz różowego wrzosu do mojej kolekcji. Nagroda za dzielność musi w końcu być ;)

niedziela, 09 września 2012

Ostatnie słoneczne i ciepłe dni lata próbuję wykorzystać na ile się da. Spacery po ogrodzie Altamont (z pobytu którego wrzucam kilka zdjęć), przejażdżki z synem na rowerach na coraz dłuższe trasy. Adam już całkiem nieźle jeździ i teraz nie może się doczekać szkolnych wycieczek rowerowych, a tu jak na złość cisza, tylko o basenie słychać. A jutro mam wizytę u wyrwizęba. No że też nie mógł mnie w piątek przyjąć, miałabym spokojny już weekend, a tak miejsca sobie znaleźć nie mogę :(

 

niedziela, 02 września 2012

Nie, nie zapomniałam o blogu, ale zajmuję się teraz kilkoma innymi rzeczami i coś za coś. Z recenzjami książek jetem daleko w tyle, i odpuszczam sobie to na jakiś czas. Bo książki łykam, jak zwykle w tempie jedna za drugą.

Wczoraj odnotowuję kolejne odkrycie kulinarne. Otóż w Carlow w centrum miasta tradycyjnie rozkładają się w soboty lokalni wytwórcy produktów spożywczych. Ot, taki market pod chmurką. Mieliśmy kilka spraw do załatwienia, więc obiad planowałam późno. Przechodząc w pobliżu straganów namówiłam całą rodzinkę na naleśniki. Dla dzieciaków z nutellą, dla mnie z pesto i żółtym serem, dla męża za brakło. Pani sprzedawczyni tłumaczyła się, że jak piękna pogoda to zawsze ma za dużo klientów i biedna nie nastarcza. Mąż musiał się obejść smakiem i rodzinka, która za nami się ustawiła też musiała odejść z niczym. Ale w końcu tu pełno jedzenia i nikt nie wyjdzie stąd głodny, jeśli nie chce. Po drugiej strony ulicy pan grilluje hamburgery, więc małżonek skusił się na jednego. Przyznaję, że nie cierpię hamburgerów i w ogóle tego całego amerykańskiego jedzenia, które nigdy nie podbiło mojego podniebienia. Przysiadłam przy fontannie delektując się swoim naleśnikiem ze smutkiem tylko stwierdzając, że nie robię takich cieniutkich i delikatnych i trzeba będzie mi popracować jeszcze nad techniką, a pomysł pesto + żółty ser = rewelacja. Przychodzi małżonek ze swoim hamburgerem, wzdycha i się zachwyca, bo jeszcze takiego dobrego nie jadł. Zaintrygował mnie i dałam się skusić na gryza. Szok normalnie, wszystko zależy od jakości produktów, z których się robi. Bułka wygląda i smakuje, jak bułka. Mięso świeże, dobrze przyprawione, nie przypomina tych trocin, jakimi raczą bary szybkiej obsługi. Niebo w gębie. Po drodze jeszcze mnie dziewczę zatrzymało na degustację chleba z rodzynkami. Też za nim nie przepadałam, znając jego supermarketowy smak i jakość. I znowu niespodzianka. Znów pyszności. Musieliśmy uciekać, bo jeszcze chwilę, a zapakowałabym wszystko ze straganów w torby i spłukałabym się do ostatniego centa;)

Trochę się denerwuję bo czeka mnie wizyta  u dentysty. Jutro pójdę się zarejestrować. Pół roku temu dentysta zapewniał mnie, że wszystkie zęby mam zdrowe, ale wyszło szydło z worka, znaczy się ząb psuł się od środka, teraz się skruszył i no co może być, oczywiście dziura. Koniecznie trzeba jak najszybciej coś z tym zrobić, nie zamierzam czekać, aż zacznie boleć. Tym niezbyt optymistycznym akcentem kończę i zanurzam się w swoich lekturach. Trzeba się oderwać od niezbyt wesołej rzeczywistości...