poniedziałek, 26 września 2011

Kilka zdjęć z niedzielnego spaceru po ogrodzie Altamont.

Hortensja w wersji niebieskiej...

... a tu wypatrzyłam róże w filolecie.

Michelle zachwycała się kaczkami:) 

 Tak barwna rabata pod koniec września to rzadkość.

 

środa, 21 września 2011

"Katoniela" skatowała mnie, jak Kliczko Adamka. Wytrwałam z bólem do ostatniej strony tylko dlatego, że mimo wszystko gładko się ją czytało. O tej książce wiedziałam tylko tyle, że to mocna rzecz. Mało wymowne, następnym razem jak zdecyduję się na kupno książki, baczniej przejrzę opinie. Ot myślałam sobie, że mam dystansik do spraw religijnych, znaczy się szacunek do starych religii, i takie pobłażanie do nowych nurtów duchowego poszukiwania. No więc ja z tym dystansikiem, jak ten Budda na kwiecie lotosu medytuję, a tu mnie książka łupnęła między oczy. A o czym ona? O życiu pewnej Anieli, która wierzy w Boga, wychowała się w rodzinie katolickiej, ale z Bogiem to ona na bakier. Na dodatek zachodzi w ciążę z fanatykiem katolickim, i niechętnie, ale w końcu daje się namówić na ślub kościelny, aby przyszły ojciec dziecka uniknął skandalu. Jak bardzo to nieudany związek można sobie wyobrazić. Aniela jest osobą wulgarną i bez ogródek wywala hipokryzję męża i tych wszystkich pobożnisiów, jakimi jest otoczona. Wszyscy mają z nią "krzyż pański" bo za nic w świecie nie chce się podporządkować. Bluzga, ale trudno jej w wielu kwestiach odmówić racji. Tyle, że człowiek jest nauczony tak mniej dosadnie rozprawiać o sprawach Kościoła. Przekleństwa mieszają się z proroctwami z Pisma świętego, i ta mieszanka ciężka do strawienia okazała się dla mnie. Jedyne co dobrego wynikło z jej przeczytania to to, że odkryłam iż jestem osobą bardziej wierząca niż myślałam, i bardziej katolicką niż sądziłam. I obraziła mnie okrutnie. Ale czego mogłam się spodziewać, skoro nawet sama autorka twierdzi, że pisała tę książkę ze złością. Co ja sobie myślałam, że pozytywne wibracje odbiorę podczas jej czytania?

piątek, 16 września 2011

Wczoraj spędziłam ciekawy wieczór na takim mini koncercie. Do Tullow przyjechał chór z Zakonu św.Elżbiety z Mińska na Białorusi. Była to być może jedyna okazja w moim życiu posłuchania pieśni liturgicznych po rosyjsku.

Zakonnice koncertując zbierają datki na cele charytatywne, którymi na codzień ich zakon się zajmuje. Prowadzą szpital, pomagają sierotom, bezdomnym, osobom uzależnionym od alkoholu i narkotyków.

Można też było kupić sobie pamiątkę, obrazy i inne drobiazgi zakonnice wykonały własnoręcznie. Na zdjęciu poniżej przepiękne ikony.

 

 

poniedziałek, 12 września 2011

A dokładnie to syn mnie zasypał, codziennie przynosi torbę jabłek od sąsiada. Nie nadążam z przerabianiem tylu owoców. Piekę ciasta z jabłkami, kompoty z jabłek już wszystkim zbrzydły, no i  powidła z jabłek upycham w słoje jakie tylko się da.  I końca nie widać.

-Mamo chcesz jabłka?

- Nie chcę! Nie przynoś już więcej!

- No to ci przyniosę.

I po chwili mam kolejną górę jabłek.

 

piątek, 09 września 2011

O jak ja nie chciałam tej książki skończyć, taki cudowny klimat, taki język staroświecki, chociaż od współczesnego autora. No utopił mnie we wspomnieniach swojej babki i wcale nie miałam ochoty z tamtąd wracać;) Szkoda, że książka nie była dłuższa:) Co się najbardziej rzuciło mi w oczy, to wielki szacun Dehnela do swojej babki, rzadko spotykany wśród młodych ludzi. Bo czy ktoś chciałby borykać się z czyjąś starością tak dobrowolnie, jak on.

Babka miała, jak sama twierdziła więcej szczęścia w życiu, niż rozumu. Dzięki temu przeżyła pogodnie, i bez wielkich tragedii najtrudniejsze lata wojny. Spotyka na swojej drodze tylko dobrych Niemców, a tacy przecież też byli. Nie każdy chciał iść na wojnę. Wielu po prostu musiało. Opisuje zasady panujące na polskiej wsi, o tym, że nawet złodzieje mieli swój kodeks honorowy, i jeśli któryś się z tego wyłamał, na przykład okradając sierotę, został zlinczowany przez swoich kolegów po fachu, a to była z pewnością gorsza kara, niż areszt. O Zydach, którzy według niej pięknie potrafili się targować. O tym, że niektórzy Polacy w czasie wojny dorabiali się na majątkach po nich. Pewna kobieta kupiła za grosze wóz rzeczy pożydowskich, a jej mąż jak to zobaczył spalił wszystko, żonę sprał i cała wioska patrzyła, że na krzywdzie ludzkiej nie będzie się dorabiał, a że żonę ma głupią to i dostała za swoje. Mnóstwo podobnych historii o ludziach, mających twardy kręgosłup moralny, i o czasach trudnych, gdzie na dobry gest nie każdego stać.

Babka Dehnela pięknie opowiadała o swoim życiu, swoich bliskich i znajomych przenosząc słuchacza do krainy wspomnień, a on potrafił słuchać, dzięki czemu powstała ta książka o niezwykłym klimacie. To z pewnością dla niego najpiękniejsza pamiątka po niej...

środa, 07 września 2011

Piłkę kopać chcesz, na trawę śpiesz.

Zagraj razem z nami, zagraj z kolegami.

Rankiem kiedy świt puka do drzwi

Ciągną młodych w pole harce i swawole...

 

Przygoda, przygoda każdej chwili szkoda

świat jest piękny, czy to znasz?

Otwórz oczy patrz,

Otwórz oczy patrz! itd.

 

Taaak, nauczyłam się tej piosenki z reklamy i wkurzam mych chłopców-sportowców swoim fałszowaniem. Oni tak twierdzą, bo mnie to się wydaje, że śpiewam pięknie;) Ale nie o moich zdolnościach wokalnych tu miałam pisać. Adam zakomunikował mi, że drugi rok z rzędu będzie klasowym bramkarzem bo:

- ... jestem bramkarzem bo to moja piłka, ja decyduję kto będzie ze mną grał, i nikt mi nie powie, że mam nie grać, bo ja tu rządzę!

- Heh, a mój ojciec zawsze powtarzał, że na bramce stoją największe patałachy.

Nie ma co się czarować, Adam w piłkę nożną jest cieniutki Bolek, jak zobaczyłam jak jego czarnoskóry kolega z Nigerii gra, to napatrzeć się nie mogłam. Tak mu się pięknie piłka lepiła do nogi. Gdzie tam Adamowi do niego, ale przyznać muszę młodemu, że nieźle to sobie wykalkulował. Na początku biegał za chłopakami i jęczał, że piłki nawet nie dotknął, albo skarżył się, że nie chcą z nim grać. A potem doszedł do wniosku, że weźmie z domu piłkę, stanie na bramce, zbierze nową drużynę i... zacznie rządzić. Pewnie, jakby była posada sędziego, to pierwszy by się zgłosił.

Bo najważniejsze to odnaleźdź swoje miejsce tak na boisku, jak i w życiu. Wtedy człowiek będzie szczęśliwy :)

  

piątek, 02 września 2011

Ech, jaki tam przegląd, ledwo naskrobałam o dwóch filmach, a miało być o przynajmniej czterech, ale głowy nie mam teraz do pisania, zaaferowna jestem, jak zresztą zawsze o tej porze, rozpoczęciem roku szkolnego.

Nie pamiętam już kiedy oglądałam western, a jeśli go oglądałam to musiał to być jakiś staroć. Powiem więcej, myślałam że już tego gatunku nie produkują, a tu proszę sławę i Oskara zdobył film pt."Prawdziwe męstwo" ( USA 2010). Bynajmniej nie mężczyzna gra tu główną rolę, a 14 letnia Mattie, która postanawia pomścić śmierć swojego ojca. Nie ma lekko, musi mieć wielki tupet, aby w świecie twardzieli postawić na swoim. Plakat za to do tego filmu mnie całkowicie rozczarował, gdyż dziewczę zepchnięto na bok, a z nazwiska to wymienili trzech facetów, ją pomijając. Można powiedzieć, że nawet na plakacie nie jest jej  lekko;) Pewnie dlatego, że nie jest sławna, ale po tym filmie to musowo dziewczę karierę zrobić musi, i basta! A o co chodzi w filmie? To co w każdym westernie. Jest zbrodnia to musi być kara, nie ma innej możliwości. Nie ma nic zaskakującego w tej historii, natomiast aktorstwo pierwsza klasa.

 

Veronika Guerin to postać mi znana od dawna, można powiedzieć współczesna bohaterka narodowa Irlandii. Nie wiedziałam natomiast, że nakręcono o niej film, ale od czego ma się blogowe koleżanki, Taita go wypatrzyła, a gdy ja nań spojrzałam, film ten mieć koniecznie musiałam:) Nawet się zrymowało. O czym film? Tak w skrócie to o dziennikarce, która postanowiła wytoczyć wojnę gangom narkotykowym serią artykułów w prasie.  Zapłaciła za to najwyższą cenę, własne życie. Mogą ginąć tysiące ludzi i nikt się tym nie przejmie, a zginie jeden ale TEN człowiek i śmierć ta poruszy miliony i zmieni świat. Właśnie o tym jest film. Po śmierci Veroniki przestępczość w Irlandii w ciągu roku spadła o 15%. Zmieniono prawo tak, aby majątki mafii przechodziły na własność państwa. Film od początku trzyma w napięciu, wiadomo jak się to skończy, niby widz jest na to przygotowany, ale końcowe sceny to już wyciskacz łez. Przejmująca irlandzka muzyka, sceny z osiedla narkomanów, nadal są takie dzielnice, gdzie taksówkarze nie jeżdżą. Film warty obejrzenia, nie tylko dla tych co się interesują Irlandią. Z jednej strony historia jest ponadczasowa, czyli walka ze złem, ale z drugiej strony, porusza współczesny problem społeczny, jakim jest handel narkotykami. No i co? Wychodzi na to, że w Irlandii to kobiety mają jaja;) "Veronica Guerin" 2003 prod. Irlandia, USA, Wielka Brytania.

 

12:07, rowena77 , film
Link Dodaj komentarz »