niedziela, 25 sierpnia 2013

Maja to moja nowa modelka, która bardzo chętnie pozuje, a ja skrzętnie to wykorzystuję. Na poniższym zdjęciu wygląda, jakbym przygotowała specjalne tło do sesji zdjęciowej, ale nie uwierzylibyście, kot leży po prostu w wannie. Odpoczynek po porannym hokeju, jaki sobie urządza codziennie bawiąc się korkiem od szamponu właśnie w wannie.

 

 

Jeżeli chcesz wiedzieć, co ma na myśli kobieta, nie słuchaj tego co mówi – patrz na nią.

 Garfield 

 

 

Mruczę więc jestem.
Życie bywa skomplikowane, więc lepiej się zdrzemnąć.

Garfield



Drugie zdjęcie na tarasie. Kot wygrzewa się na drewnianej podłodze, ale zapewniam nie jest tak przez cały czas. Maja, jak na kociaka przystało jest bardzo aktywna. Polowanie na owady zakończyło się użądleniem przez pszczołę. Musiałam wyciągać żądło z łapy. Ale pomimo przygód czasem niewesołych, nie zniechęca się.

Teraz przeszkadza w pisaniu tego postu. Już drugi raz piszę ten tekst :)

Szczęśliwie córka odczuliła się i nie ma już alergii na kota. Brała lekarstwo przez tydzień, potem zrobiłam przerwę, wystąpiła jeszcze wysypka, dostała lekarstwo jeszcze kilka razy i od tamtej pory spokój. Nie ma żadnych objawów, więc okazuje się, że można dzieciaka odczulić.

Mam teraz nowy rytuał czytania. Biorę książkę, zieloną herbatę i dodatkowo jeszcze kota. Po każdym rozdziale relaksuję się głaskaniem futrzaka. Polecam :)


czwartek, 22 sierpnia 2013

 

Ależ miałam niedawno cudny widok z okna. Niby nic takiego, a jednak cieszy.

 

 

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

 

I znowu będzie o Tullow. Wczoraj byliśmy na wystawie dla rolników, która tradycyjnie co roku w sierpniu ma miejsce w naszej mieścinie. Umieszczam kilka najciekawszych zdjęć, głównie z pokazów zwierząt. Najbardziej podobały mi się konie i ich urodą będę się zawsze zachwycać. Kto wie, może kiedyś nauczę się jeździć na koniu, bo to moje takie zamierzchłe marzenie.

Szkoda, że nie wystawiano kotów. Jestem teraz Wielkim Hodowcą Kota i jeśli chodzi o zwierzaki , to ten temat najbardziej mnie interesuje;)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 Zwierzątka są fajne, ale to kosiarki najbardziej zaintrygowały Michelle :)

piątek, 09 sierpnia 2013

Zawsze, jak spaceruję po mieście zwracam uwagę, jak kwiatami zdobi się budynki, place. Dzięki tej odrobinie natury, jaką się "przemyca" w te betony i asfalty przyjemniej jest latem. Nie zawsze rośliny są w dobrej kondycji (jak to w mieście), ale niektórzy dokładają starań, aby ich rośliny zdobiły i przyciągały wzrok przechodniów i przyszłych klientów.

 

Na The Square kompozycje w skrzynkach, w tej chwili dominują swoją czerwienią pelargonie.

 

 

Pub "Tara" zdobią zwisające begonie.

 

 

Bratki i lobelia umieszczone w skrzynkach na starym rowerze.

 

 

Tutaj napis "Shop" zasłonięty przez wiszące koszyki. U dołu ciekawa kompozycja z taczką. Dominuje lobelia.

 

 

Przyklasztorna rabata z czerwono kwitnącymi krokosmiami.

 

 

Restauracja "Riverbank" obwieszona surfiniami.

 

 

Tak wygląda Tullow o tej porze roku :)

poniedziałek, 05 sierpnia 2013

 Z kotką samą w sobie problemów nie ma, śpi, bawi się, je ( tu bym odnotowała, że apetyt dopisuje, aż nadto, ale nie mogę przesadzać z karmieniem, bo zrobię z niej tucznika). Problemem natomiast jest alergia Michelle na kota, ale jak przeczytałam na stronie koty.pl, nie jest to, aż tak poważna sprawa:

 "Jeśli nie chcemy, by nasze dziecko "miało alergię na koty", adoptujmy lub kupmy kota - małe dzieci szybko odczulają się w codziennym kontakcie z substancją alergizującą - obecność zwierzaka jest naturalnym sposobem odczulania"

W każdym razie Michelle bierze lekarstwo rano i wieczorem, a kota nie oddamy nigdy. Nasz sąsiad również ma alergię na kota i  absolutnie nie zrezygnował ze zwierzaka. W schroniskach nie cierpią słowa "alergia", bo jest to wygodna wymówka do pozbycia się już niechcianego, często nieprzemyślanego prezentu dla dziecka.

Ja bardzo długo zastanawiałam się nad przyjęciem zwierzęcia pod swój dach. Bo ja nigdy nie oddaję nikomu swoich zwierząt. Zakładam, że będą ze mną aż do śmierci.

W ostatnią sobotę pojechaliśmy do supermarketu z produktami dla zwierząt i byłam tak samo zagubiona, jak 10 lat temu w dziale dla niemowląt. Macierzyństwo mnie wtedy przeraziło. Ale człowiek po to zbiera doświadczenia, żeby później lepiej sobie radzić. Tak więc, po pierwszym oszołomieniu postawiłam na przetestowanie kilku produktów i wybranie najbardziej odpowiadających mnie i oczywiście kotu. Z karmami sobie poradziłam, ale żwirki do kuwety to dla mnie nowość. Zbrylające, niezbrylające, bezzapachowe lub zapachowe (lawenda, pomarańcze, aloes), a żel krzemionkowy to już dla mnie kosmos. Nasza Maja na razie siedzi w domu, ale będzie kotem tzw. "wychodzącym" na świeże powietrze, w tej chwili kuweta jest dla niej konieczna. Przyznaję, że mam stracha ją wypuszczać, bo w koło mieszkają dorosłe koty i nie wiadomo, jak na nią zareagują. Niech się dobrze przyzwyczai do naszego domu, żeby wiedziała gdzie ma wracać.

Kot ma też misję do wykonania. Ostatniej zimy myszy w naszym domu były wręcz bezczelne. Odstraszacz na gryzonie emitujący ultradźwięki na dłuższą metę okazał się nieskuteczny. Mam nadzieję skończyć z tym "towarzystwem" raz na zawsze.

 

czwartek, 01 sierpnia 2013

W dzieciństwie miałam dom pełen zwierząt. Ojciec trzymał psy, mama koty, a ja papużki faliste, świnkę morską, a potem chomiki. Zawsze było co pogłaskać. Odkąd mam syna już niechętna byłam do opieki nad jakimkolwiek zwierzakiem. Nie chciałam dokładać sobie obowiązków, bo zwierzę to nie tylko przyjemność. Oczywiście doceniam dobry wpływ zwierząt na rozwój dzieci itd., ale kto będzie sprzątał - oczywiście, że ja, bo kto? W ubiegłym roku byłam bliska kupna świnki morskiej. Już byłam w sklepie, już wybierałam klatkę, zakręciłam się i uciekłam, bo muszę to jeszcze przemyśleć. Oczywiście się rozmyśliłam. Dobrze, że dzieciaki nie naciskały.

W tym roku jednak podjęłam decyzję, że chcę przygarnąć kota. Obejrzałam sobie stronę internetową schroniska dla zwierząt i się podłamałam całą tą adopcyjną procedurą. Tydzień później małżonek był u kolegi, który miał dwa koty i jednego chciał się pozbyć. I na dodatek ten do pozbycia się był taki, jaki chciałam, podobny do Garfielda, tyle że kotka. Za to młodziutka 2-3 miesiące, więc szybko się do nas przyzwyczai.

Na początku chciałam dać jej imię po prostu Ruda, ale Adam ciągle poprawiał wszystkich w domu, że kot nie jest rudy tylko koloru orange, i że to nie ładnie mówić o kimś , że jest rudy. Od sąsiada za to dowiedziałam się, że mam kota koloru imbirowego. Ostatecznie dostała imię Maja.

Kotka jest bardzo przyjazna, pieszczoch z niej i wszyscy ją uwielbiamy. Martwiłam się, jak to będzie z załatwianiem potrzeb fizjologicznych, ale niepotrzebnie, bo okazało się, że jest nauczona korzystać z kuwety i nie ma z nią żadnych problemów.

 

Adam zaoferował swoją pomoc:

- Mamo mogę nakarmić kota?

- Oczywiście, a umyjesz też miskę?

- A to może dzisiaj ty nakarmisz - usłyszałam odpowiedź.

 

 

Tak więc Maja jest moja, ale radochę ma cała rodzina :) Teraz zadaję sobie pytanie, jak mogłam dotąd żyć bez kota?