poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Cudownie było przenieść się w świat dawnych Chin, obserwując przy okazji losy pewnej arystokratycznej rodziny. Szczególnie ujęła mnie główna bohaterka Słodziutka, która odczuwa najbardziej na sobie powolny, ale nieuchronny koniec pewnej epoki. Wszystko zdąża do upadku. Jeszcze udaje nam się zasmakować ciekawych i barwnych chińskich obyczajów, jeszcze zdążyliśmy poznać stare tradycje, ale tego w rzeczywistości już nie ma w Chinach. Rodzina wyprzedaje ze swoich zbiorów cenne przedmioty liczące 2 -3 tys. lat, których sprzedaż zapewnia przetrwanie domowników na jakiś czas, na określonym według ich pozycji poziomie. Majątek jednak nie guma, kurczy się, a nowych źródeł dochodów nie posiadają. Słodziutka zaczyna edukację w najlepszej w mieście szkole, chociaż ich na nią nie stać. Potem zaczyna się wojna japońsko-chińska. Chronią się w górach, warunki są coraz cięższe...

Wzruszała mnie ta bezradność ludzi, wiatr historii targa nimi w różne strony, a jednocześnie to pogodzenie się z losem. Z tym co nieuchronne. Ta pokora u ludzi, jakby nie patrzeć z wyższych sfer, miała w sobie coś ze szlachetności. Pomimo ogromnych zmian polityczno-społecznych i degradacji starego rodu, członkowie rodziny zachowują w sobie to, co najważniejsze. Przywiązanie do tradycji, prostolinijność, szacunek do siebie i innych.

Jeżeli ktoś nie lubi sztywnych językowo dokumentów, a chce dowiedzieć się czegoś więcej na temat starych Chin i przy okazji mieć lekką do czytania, ale bogatą w wiedzę książkę to "Zaprosić księżyc" jest wręcz idealna :)

piątek, 17 sierpnia 2012

Rzadko się zdarza, że główną bohaterką jest kobieta lat 78. I ja się pytam: dlaczego starsze panie są niegodne uwagi? Wiek nie ma tu nic do rzeczy, jeśli ma się ciekawą osobowość, na dodatek z życiem ciągle się mocuje, a nie wegetuje gdzieś obok. Właśnie taka jest pani Eustaszyna. Wszędzie jej pełno, kobieta-torpeda. Nie ma dla niej spraw nie do załatwienia. Pomimo podeszłego wieku nadal kieruje życiem swoich bliskich, i bynajmniej nie kończy na poradach słownych, ona działa, działa i jeszcze raz działa. Czasem się myli, sprawy nie pójdą, jak trzeba, odkręcić też potrafi, byle by krzywda nie stała się jej rodzinie. Jest tak sympatyczna, że nie można się na nią gniewać.

Oczywiście książka należy do kategorii lekkich, do zrelaksowania się idealna. Sama autorka podkreśla, że trzeba ją brać z przymrużeniem oka. Ja bym ją pod komedię podciągnęła. Oczywiście można przewidzieć, jak się akcja potoczy. Wiadomo, że wszystko się ułoży. Jak elementy układanki, sprytnie wszystko powskakuje na swoje miejsce. Być może czasem odbierałam ją za zbyt cukierkową, ale nie przeszkadzało mi to w czytaniu.

Czy chciałabym taką ciocię, jaką miała Marcja? Nigdy w życiu! Nie zniosłabym osoby, która za mnie podejmowałaby decyzje, nawet jeśli robiłaby to w najlepszej wierze. No, ale pośmiać się, jak inni się męczą to co innego;)

Pani Ulatowska zrobiła ciekawy zabieg. Otóż powiązała w całej tej historii postacie z "Pensjonatu Sosnówka". Uważam to za świetny pomysł, aby przy okazji zareklamować swoje poprzednie książki. Być może sięgnęłabym po nie, gdybym spotkała je w bibliotece. Niestety na zakup się nie porwę. Szukam mocniejszych wrażeń. Natomiast "Przypadki pani Eustaszyny" to najlepsza lektura na wakacje.

środa, 15 sierpnia 2012

Ledwo 78 stron, króciutka ta historia, ale jaka mocna w treści. Nie od pierwszej strony, ale od pierwszych linijek wciągnęłam się w listy do Boga dziesięcioletniego chłopca chorego na białaczkę, któremu zostało niewiele życia. Otóż Oskar nie wierzył w Boga tak, jak jego rodzice był ateistą. On już się nabrał na św. Mikołaja, więc bajek o Bogu nie miał ochoty słuchać. Jest z charakteru przekorny, rezolutny, ot chłopak, który nie lubi jak się go traktuje jak dziecko. Rodziców ma za głupków, bo nie chcą, boją się, stawić czoło prawdzie o tym, że ich syn umiera. Odwracają jego uwagę coraz to nowymi zabawkami, przywożonymi do szpitala.

Oskar poznaje starą i mądrą wolontariuszkę panią Różę, która zachęca go do porozmawiania z Bogiem. Z stąd właśnie te listy. Gdyby nie fakt, że to są ostatnie dni życia chłopca, można by nawet pośmiać się z jego kumpelskich relacji z Bogiem. Właśnie ta relacja bardzo mnie ujęła, taka nie przesiąknięta Kościołem. Rodzi się w nim czysta i szczera wiara, która pomaga mu zaakceptować swój los. Dzięki pani Róży, z którą ma wspaniały kontakt, godzi się też z rodzicami "przepraszam, zapomniałem, że też kiedyś umrzecie".

Na każdej stronie, w każdym rozdziale można wyszukać cytaty, które warto sobie odnotować, takie uniwersalne prawdy. Niby oczywiste, ale jak ktoś (w tym przypadku autor) nie zwróci na nie uwagi, to się ich nie dostrzeże. Dlatego warto tę niewielką książeczkę przeczytać i wynieść z niej, jak najwięcej dla siebie. Polecam.

niedziela, 12 sierpnia 2012

Pozazdrościłam bratu hasania nad Bałtykiem, więc też wybraliśmy się nad morze tyle, że Irlandzkie. Woda za zimna do kąpania, chociaż amatorów kąpieli nie brakowało. Przezornie nie wzięłam dla dzieci kąpielówek i ręczników, za to zapakowałam torbę zabawek do piachu. Pomysł był trafiony, dzieciaki nie chciały wracać do domu :)

.

czwartek, 09 sierpnia 2012

Całkiem przyjemna książeczka. Mimo, że nie czytałam poprzednich trzech części, nie miałam problemu z odnalezieniem się w tej historii. Klaudyna jest tutaj postacią drugoplanową,  jej życie snuje się gdzieś obok głównej bohaterki i jednocześnie narratorki. Książka przypomina trochę dziennik/pamiętnik młodej mężatki, która po wyjeździe męża w interesach, zostaje sama.

Annie od dziecka posłuszna i podporządkowana woli innych wyrasta na "idealną" żonę, która nie zadaje zbyt wiele pytań. Wierzy i ufa w wybory i decyzje męża. Całkowicie przez niego zdominowana. Pomyślałam sobie: oto typ kobieta-bluszcz, a ten jej bunt będzie pewnie polegał na tym, iż z braku swojego mężczyzny owinie się wokół innej osoby. Oczywiście musi to być silna postać. Stawiałam na nieprzewidywalną i drwiącą Klaudynę. Ależ się mile zawiodłam. Klaudyna i owszem miała na początku swój niezamierzony wpływ, ale zakochana i zajęta swoim mężem, dla przyjaciółki nie miała czasu, i bardzo dobrze. Klaudyna jest dla Annie tylko impulsem, punktem z którego się odbija. Poznając prawdę wokół siebie, nie załamuje się. Powoli, ale systematycznie przejmuje kontrolę nad własnym życiem. Obserwowanie tej przemiany to było dla mnie coś wspaniałego.

Oczywiście Annie chciała by być taka, jak Klaudyna. Nie przejmująca się tym co o niej powiedzą, śmiejąca się z tych co jej nie lubią. Ona nie ma czasu na fochy, łapie swoje szczęście i czerpie na maksa radość z życia. Ale Annie jest zbyt spokojna, uporządkowana i opanowana. Rozumie, że powinna iść swoją drogą.

Powieści o Klaudynie Sidonie Gabrielle Colette były niegdyś uznawane jako obyczajowo śmiałe. Próbuję sobie wyobrazić, jakie kontrowersje mogła spowodować ta książka. W końcu zrezygnować z nieudanego małżeństwa w poszukiwaniu własnego szczęścia i dziś nie jest tak łatwo i prosto. Przynajmniej kobiecie nie przychodzi taka decyzja łatwo. Do tego ukazanie ludzi, w jakim potrafią żyć zakłamaniu, chociaż oficjalnie są wzorowi. Wywlec skrzętnie skrywane brudy na światło dzienne. To musiało być mocne.

Ta historia wydawała mi się taka przewidywalna, a tymczasem Colette ciągle mnie czymś zaskakiwała. Do ostatniej strony nie wiedziałam, jak to się skończy. I ten cudowny język, błyskotliwe dialogi, jak dla mnie perełka.

wtorek, 07 sierpnia 2012

Dawkowałam sobie tego audiobooka przez dwa, a może i trzy tygodnie. Nie dałabym rady tak szturmem. Pewne rzeczy mnie ciekawiły, inne męczyły  okrutnie. Janusz Wiśniewski miał dość ciekawy i oryginalny pomysł na książkę. Swoją nieżyjącą matkę, z racji tego, że była rozwódką i miała nieślubne dzieci, umiejscowił w piekle. Z tegoż miejsca matka pisze do niego na facebooku o praktycznie wszystkim. I ten galimatias właśnie tak mnie zmęczył. Pomysł fajny, ale tylko do pewnego momentu. Ta powieść mogłaby być zdecydowanie krótsza o połowę, albo jeszcze mniej i byłaby naprawdę ciekawą książką:

- gdyby zawierała tylko wspomnienia Ireny z jej życia, z życia Janusza, jego brata Kazika, reszty rodziny,

- gdyby zawierała tęsknotę do swoich dzieci, jak to u matki bywa i jest zrozumiałe,

- gdyby były zawarte wyjątkowe momenty z życia jej dzieci, momenty których nie była świadkiem za życia, ale obserwowała je zza światów,

Czyli widziałabym historię kobiety już nie żyjącej, ale nadal pełnej uczuć, przywiązanej do swoich bliskich. Może nie do końca pogodzonej ze śmiercią. To kupuję. Niestety Wiśniewski zbombardował dodatkowo tę książkę swoją wiedzą z fizyki, chemii, i jeszcze kilku dziedzin i to było naprawdę męczące. Ale widać doktorzy habilitowani tak mają, że jak wpadną w ten mentorski ton to... Szkoda gadać (pisać). Dlatego nie kupuję tego pomysłu. Może Wiśniewskiemu, źle z tym, że jego matka jest niewykształcona, nie ma matury i w ten sposób tworzy matkę swoich marzeń. Mam nadzieję, że nie. Poza tym nie podobało mi się, że tworzy swój wizerunek wspaniałego kochanka dla swoich kobiet, które napotkał w życiu i na dodatek wciska to w usta matki. Ja wiem, okładka audiobooka ostrzegała, że nie ma tam tabu. Ale nic na to nie poradzę, nie lubię przechwałek mężczyzn w tym temacie.

Zaraz po przesłuchaniu ostatniego rozdziału, wystawiłam tego audiobooka na sprzedaż. Po chwili go sprzedałam. Janusz Wiśniewski jest na topie. Mam nadzieję, że nowy właściciel bardziej doceni wartość tego dzieła :)

piątek, 03 sierpnia 2012

Wysłałam małżonka po cukinię, a przytaszczył do domu ... to coś.

Angielska nazwa butternut squash wiele mi nie mówiła, dopiero na necie oświeciło mnie, że stałam się przypadkową posiadaczką dyni piżmowej. Cóż było robić, zamiast cukinii wkroiłam do duszącego się mięsa - kostki dyni. Efekt zadowalający. Szukam kolejnych przepisów na te warzywo :)

środa, 01 sierpnia 2012

Dla odmiany fantastyka. Co prawda lubiłam sobie czasem za młodu chwycić za tego rodzaju książkę (dziś kupuję i lubuję się w innych), ale trafił się konkurs, popisałam się zamierzchłą wiedzą i proszę książka "Arka odkupienia" w rękach i wypada w końcu przeczytać. Odwlekałam pół roku, ale w końcu się wzięłam. Do rzeczy więc kobieto.

Mamy rok 2605, a więc daleka przyszłość. Reynolds trochę mnie lekko w kompleksy wpędzał, astronom i astrofizyk jeden, bo cóż ja tam wiem o galaktykach, planetach, konstrukcjach statków kosmicznych. Nawet jeśli są wymyślone, to muszą być przecież prawdopodobne. Tak mi się wydaję, chociaż tak na dobrą sprawę mógł mi tu tony kitu wciskać, a ja i tak wszystko łyknę, bo fajne i już, i widzę to oczami wyobraźni. W każdym razie te "kompleksy" szczególnie się we mnie odzywały kiedy okazało się, że tam mnogo kobiet i to na poważnych stanowiskach. Inkwizytor, królowa, kapitan statku, a nawet niebezpieczny, wojenny przestępca to wszystko baby. I one takie wszystkie obcykane w polityce czy ze sprzętem, zależnie od stanowiska, a ja tu ledwo nadążam ;) Oczywiście głównym bohaterem jest facet o imieniu Clavain. Raz z jednej strony konfliktu, raz z drugiej, zależy jak leży. Trochę mnie ta jego dwulicowość drażniła. On akurat mnie nie zachwycił.

Wojna oczywiście też musi być. Ludzkość się przez te wieki nie zmieniła. Przepychanki o władzę i terytoria to u nas normalka. Zmieniło się natomiast coś innego. Interwencja ludzi obudziła strukturę, która została stworzona do ostrzegania o pojawianiu się istot inteligentnych. Nadchodzi era maszyn, które chcą przejąć kontrolę nad ludzkością. To do świata mechanicznego należy przyszłość, świat organiczny ze swoją biotechnologią wydaje się już zacofaniem... Oczywiście człowiek tak łatwo się nie podda. Przypomniano sobie o niebezpiecznej broni, którą trzeba najpierw odszukać, ale więcej nie opowiem. Poza tym to dopiero tom I, więc wszystko się może zdarzyć.

Ps. Tak mnie jakoś teraz nęci obejrzeć "Gwiezdne wojny", "Diunę", albo coś w tych klimatach :)