niedziela, 28 sierpnia 2011

Wczoraj wybraliśmy się w góry Wicklow do wczesnośredniowiecznej osady klasztornej w Glendalough, a przynajmniej tego co z tej osady zostało. Byliśmy tu wielokrotnie, ale pierwszy raz z naszą małą Michelle, która o własnych nóżkach biegała po dolinie dwóch jezior.

Osadę założył niejaki Kevin or Coemhghein, który pochodził z jednej z rządzącej rodziny Leinsteru. Jako chłopak studiował i był pod opieką trzech żyjących świętych, byli to: Eoghan, Lochan i Eanna. Potem przybył tutaj, i wraz z kilkoma mnichami założył osadę klasztorną. Mężczyźni uważani byli za świętych toteż szybko zdobyli sławę, zwolenników, nowych uczniów. Kościół św. Kevina pochodzi z VI wieku, a więc chrześcijaństwo tu kwitło na długo przed tym, jak Polska przyjęła Chrzest.

Na zdjęciu Kościół św.Kevina, z dachem z kamienia, a te mury z przodu to pozostałości po Kościele św. Kierana. 

W tle wieża precyzyjnie zbudowana z granitowych łupek, mierząca ok.30m. Wejście do wieży znajduje się 3,5 m nad ziemią. U szczytu są cztery okienka, które wychodzą na czetry strony świata. Wieża ta służyła mieszkańcom do obrony przed atakiem najeźdźców.

 Na poniższym zdjęciu kamienny Krzyż św. Kevina w towarzystwie krzaku fuksji.

Wydeptana ścieżka pod "mostem" z płyt nagrobkowych. Adam zalicza tę trasę bez trudu.

Jeszcze jeden krzyż, tym razem przepięknie zdobiony celtyckimi splotami, nie mającymi ani początku, ani końca.

Ruiny katedry...

 

... i rzeka o wdzięcznej nazwie Glenealo.

 

piątek, 26 sierpnia 2011

Nie jestem posiadaczką "zielonego palca" (czyli taki ktoś, kto potrafi wsadzić w ziemię suchy kij, a drzewo wyrośnie i to w ekspresowym tempie). Są też tacy, przy których rośliny marnieją, wszelkie ich starania są na nic. Uśmiercają roślinę po roślinie. Jestem osobą, która ma dobrą rękę do sadzenia, ale żeby były efekty, trochę muszę się niestety napracować.

Nie jestem też takim ekscentrykiem, jak książę Karol, i nie rozmawiam z roślinami. Nigdy się nie zastanawiałam nad tym, czy mają duszę, ale jestem przekonana, że jak każde żywe stworzenia posiadają energię, i tą energią potrafią wpływać na innych. Przez długi czas myślałam, że ta energia płynie tylko w jedą stronę, znaczy się kontakt z roślinami działa na mnie kojąco i relaksująco, nawet jeśli muszę się przy nich narobić. Potem zaobserwowałam, że gdy znikam na kilka dni, lub co gorsza tygodni, rośliny nawet zostawione pod dobrą opieką niestety chorują, niektóre już nigdy nie odzyskują dawnej kondycji, jakby miały uraz. I tu nie chodzi nawet o mnie, że mam taki "przedziwny wpływ". Miałam pod opieką rośliny sąsiadki, która poszła do szpitala na miesiąc, po powrocie była zdruzgotana wyglądem swoich ukochanych kwiatów. W Polsce miałam dużo pięknych roślin doniczkowych. Po moim wyjeździe do Irlandii większość z nich w krótkim czasie pożegnała się z tym światem, a te co ocalały wyglądają, jakby czegoś im brakowało. Niby urosły od ostatniego widzenia się, ale widać że brakuje im życia. Być może rośliny oswajają się i przywiązują do swego właściciela, tak jak zwierzęta? Takie rzeczy można pewnie obserwować tylko w przypadku ludzi obdarzających swoje rośliny szczególną więzią.

Trzy zdjęcia z tarasu, nie jest to niestety ogród, ale zawsze to coś. Przyjemnie jest spędzać czas wśród tej odrobiny zieleni. Poniżej hortensja ogrodowa, mój nowy zakup, pod nią rośnie oregano, trochę wyskubane do zapiekanki śródziemnomorskiej, tak się tłumaczę, bo wygląda na chwasty;)

Po ostatniej zimie stulecia w Irlandii moja kolekcja wrzosów niestety wymarzła, ostał się tylko jeden okaz-twardziel, który niedawno zakwitł.

A to już nowe wrzosy w kolorze białym, fajnie się wkomponowały w czerwoną pelargonię.

 

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

...tak mawiał Jan Nowicki, pewnie miał rację, ale okazuje się, że to co na ekranie niekoniecznie jest takie idealne. Ostatnio oglądane przeze mnie zdjęcia gwiazd na onecie, sprawiły że dostrzegłam inną prawdę. Nawet ikony piękności nie potrafią się bronić przed zębem czasu. Nie pomagają żadne zabiegi, kosmetyki, operacje plastyczne za pewnie kosmiczne ceny. I po co to wszystko? Dlaczego tak niewiele gwiazd potrafi się zestarzeć z godnością, jak na przykład taka Meryl Streep? Dlaczego my, zwyczajne kobiety nabijamy się w butelkę producentom kremów przeciwzmarszczkowych i innych cudotwórców. Jakiś rok temu przeglądam sobie taki magazyn dla pań, i nierozważnie zaczęłam zwracać uwagę na reklamy. Po chwili byłam już przekonana, że potrzebuję koniecznie kremu na zmarszczki, zanim rzekomo będzie za późno, bo wtedy nic mi już nie pomoże. Aby się utwierdzić w swojej decyzji pytam małżonka:

- Myślisz, że powinnam używać już kremu przeciwzmarszczkowego?

- Myślę, że oryginału się nie poprawia.

A Cejrowski w TVN Style tłumaczył kobietom mniej więcej tak "najlepszy na cellulitis jest masaż męża, a jeśli naprawdę kocha, to cellulitis w kochaniu mu nie przeszkadza".Przypuszczam, że gdyby nie reklamy to panowie by nie mieli pojęcia o istnieniu takiego defektu urody:)

Do ciała podchodzę z wielką wyrozumiałością. To prawda, że nie ważę już 53 kilo, tylko 60. Czyli z rozmiaru 36 wskoczyłam do 38, ale po drodze urodziłam dwójkę dzieci. Dzięki temu wyglądam zdrowiej, bo nikt się już złośliwie nie pyta czy mam anoreksję albo gruźlicę. Pewnie, nie jest to jakaś nadwaga, ale nie zamierzam już udawać, że jem jak ptaszek, bo uwielbiam jeść, tylko że wcześniej i tak nikt by mi nie uwierzył:)

Wniosek 1 : trzeba dbać o siebie w każdym wieku, ale nie dajmy się zwariować.

Wniosek 2 : panów też to dotyczy.

czwartek, 18 sierpnia 2011

Od razu powiem, że nie jestem wielbicielką romansów, ale skłamałabym wierutnie, gdybym powiedziała, że nigdy ich nie czytałam. Owszem zdarzyło się... no dobra przyznam się, na złamane serce romanse były mi lekarstwem, po 74 książkach zaczęła się we mnie tlić nadzieja, że może warto jeszcze raz spróbować, a po 81 byłam już przekonana do szukania nowej miłości. No cóż, w tamtym czasie nic wznioślejszego nie byłabym i tak w stanie przeczytać. Czego w nich nie lubię, ano tego, że większość jest pisane przez kobiety, i często miałam wrażenie, że dialogi mężczyzn są niewiarygodne. Oni po prostu tak nie mówią! A jak który tak mówi, to już musi być wyrachowanym uwodzicielem i tym bardziej trzeba takich unikać. Nie czytam romansideł, ale trafiłam w końcu na książkę, która mnie sobą zainteresowała. Po pierwsze napisał ją facet. Po drugie noblista, to już coś. Po trzecie na jej podstawie nakręcili film, a więc historia jest interesująca, skoro postanowili w nią filmowcy zainwestować. Po czwarte Shakira użyczyła swojego głosu, a gwiazdy jej rozmachu nie użyczają głosu byle gdzie. No i co o tej książce myślę. Jest wspaniała, ale tylko i wyłącznie dlatego, że Marquez ma wspaniały warsztat pisarski. Pisze o prostym życiu w niezwykły sposób. Tego brakowało mi w filmie. Słów autora. Trzeba jednak przyznać, że wiernie trzymali się książki. Zmiany były niewielkie, drobiazgi wręcz, które nie miały wpływu na całość. A o czym ta książka? Właściwie są tu dwie historie główne i całe mnóstwo pobocznych historyjek, które w zasadzie mogłyby być materiałem na inne książki, tak bardzo są wciągające. Tematem przewodnim jest miłość Florentina Arizy do Ferminy Dazy, która zaczyna się w ich młodości, ale odrzucony przez ukochaną męczy się z tym uczuciem całe życie, a w końcu zdobywa jej serce u schyłku życia. Obok historia Ferminy, która wychodzi za mąż, jak sądzi bez miłości, mimo tego związek ten jest bardzo trwały, aż do śmierci małżonka po ponad 50 latach, co w zasadzie daje jej do myślenia, że jednak bardzo go kochała. W książce są różne rodzaje miłości, poważne, przelotne, młodzieńcze zauroczuenia, stabilna miłość małżonków, i uczucia w jesieni życia, których już nie oczekiwano. Szeroki przekrój i każdy kto kiedykolwiek kochał odnajdzie w tej książce coś o sobie. Można powiedzieć, że jest uniwersalna. A zaraza? Na szczęście o cholerze nie było, aż tak dużo, żadnych heroicznych bohaterów tu nie ma, jedynie doktor, mąż Ferminy zakłada wodociągi i kanalizację w mieście, dzięki czemu przypadki cholery są sporadyczne, mimo że epidemie dotykają inne miejsca w kraju. Morał chyba z tego taki, że lepiej zapobiegać niż leczyć.

środa, 17 sierpnia 2011

Dół, doły, doliny, środek lata, a mnie takie depresyjne klimaty dopadły i odpaść coś nie mogą. Machnęłam ręką na naszą ósmą rocznicę ślubu, jedynie sprawdziłam na wikipedii, jak ją zwą: blaszana, spiżowa albo brązowa. Nawet nie ma zgodności co do nazwy. Małżonek jednak zmobilizował się i wymyślił wyskok do indyjskiej restauracji, czym mnie całkowicie zaskoczył, gdyż nienawidzi curry, a tę mieszankę przypraw w indyjskiej kuchni wrzucają często i gęsto. Wystroiliśmy się i wyszykowaliśmy całą rodziną, a tu zonk! Trzeba wcześniej rezerwować. Dobra, idziemy do jakiejkolwiek, bo wiadomo, jak Polak głodny to zły. Już na dzień dobry dostrzegłam, że w tym przybytku raczej co do jakości usług nie przywiązują wagi. Zacieki na kieliszkach i sztućcach. Wszytko tak, aby było, bez dbałości o szczegóły. Nie myliłam się. Wybraliśmy najprostszy zestaw, żadnych szaleństw, bo to mogło by być ryzykowne. No to dostaliśmy puree z twardymi grudami ziemniaków, a Adam na wpół surowe frytki, smażone w paskudnym oleju. Tego mi było trzeba, żeby się jeszcze bardziej dobić. Kelner zaproponował deser, dziękujemy, nie jesteśmy przecież samobójcami. Spacerkiem do Polskiego Sklepu po zakup gotowego sernika i jabłecznika. Wena kulinarna mnie teraz opuściła, więc idę na łatwiznę. A wieczorem obejrzeliśmy we dwójkę film pt."Miłość w czasach zarazy", tak się złożyło że dzień wcześniej skończyłam czytać książkę, według której nakręcono film. Książka cudowna, a film taki sobie. Jak się wezmę w garść to może coś więcej napiszę.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

W drodze powrotnej z farmy w Bennettsbridge, zauważyłam znak kierujący do Muzeum. Zaintrygował mnie i uparłam się tam pojechać. Znaki skierowały nas  na prywatne podwórko, na którym znajdowało się to coś zwane muzeum.

Prawdę mówiąc już miałam zarządzić ucieczkę z tego miejsca, ale z domu wyskoczył starszy pan, który szybko się nami zajął. Cóż nie mamy wyjścia, brniemy dalej. Pan trochę niedosłyszący, gdy w końcu skumał, żeśmy z Polski, pokazał nam z dumą kolekcję banknotów i między innymi "polskie perełki".

Potem zostawił nas samych, a mnie aż ciarki przeszły po plecach. Tyle przedmiotów z tak zwaną "duszą" skupionych w jednym miejscu. Każdy ma swoją historię, należał do kogoś, zmieniał właścicieli, dla mnie to za dużo naraz. Atmosfera w tej graciarni, jak dla mnie za ciężka i za gęsta. Właściciel zgromadził te wszystkie skarby dzięki ludziom z całej Irlandii, którzy chętnie przysyłają mu takie rzeczy. Podobne muzeum jest w naszym Tullow, ale tamte akurat jest w wersji mini. Malutki kościółek po metodystach przerobiony na składowisko staroci, podpisane jako Muzeum Tullow. Tutaj to duży hangar, a każdy centymetr tego pomieszczenia wykorzystany na maksa. Sama nie wiedziałam co fotografować, więc dwa zdjęcia takie ogólne tu wrzucam.

Na koniec jeszcze podpis w księdze gości... i w nogi ;)

 

niedziela, 14 sierpnia 2011

Kolejna farma dla dzieci którą odwiedziliśmy, nazywa się Nore Valley Park, i znajduje się w Bennettsbridge w hrabstwie Kilkenny. Farma ta jest przystosowana również pod namioty i kempingi.

A może przejażdżka wozem za jedyne 1,5 euro od osoby? Nie, dziekujemy;)

Mnóstwo zwierząt gospodarskich to standard na takich farmach. Na zdjęciu dwie kumpelki;)

Wieża widokowa.

Ciekawostką są tu zwierzęta leśne, które można poobserwować z bliska.

 

wtorek, 09 sierpnia 2011

Wczoraj wybraliśmy się do tego miasteczka, a katorżniczej nazwie, nigdy nie mówię je prawidłowo, a pisząc sprawdzam z dziesięć razy czy dobrze. Coś mi ta nazwa nie idzie i tyle. Mimo tego lubię tu czasem zaglądać, mają tu fajne centum ogrodnicze, a poza tym samo miasteczko jest przyjemne do spacerowania. Na zdjęciu poniżej Ogród Millenium.

Ogród Muzyczny, a dokładniej chodzi o "Cztery pory roku" Vivaldiego. Na zdjęciu, sądząc po kłosach, mamy do czynienia z latem;)

Widok na Czarny Zamek, a przynajmniej to co z niego zostało.

Rzeka Barrow i XIV- wieczny most, jeden z najstarszych w Europie.

 

Centrum ogrodnicze, kilka zdjęć z pokazowego ogrodu.

O ile na większość roślin mogę sobie tylko popatrzeć, gdyż nie jestem posiadaczką ogrodu, to dział kuchenny mile mnie zaskoczył. Sprowadzono tu naczynia Le Creuset, oderwać się od nich nie mogłam, co prawda nic nie kupiłam, ceny kosmiczne, ale będę miała ten sklep na uwadze w przyszłości. No i jeszcze restauracja. Mąż i dzieciaki huurraa na desery, a ja skusiłam się na tartę, tym razem z serem brie i bekonem. I ciągle sobie obiecuję, że też takie będę robić w domu, tylko większe, bo ta na zdjęciu jest w wersji mini, dla jednej osoby.

No i miałam nic nie kupować, ale nie! Przy wyjściu musiałam jeszcze chwycić paprotkę i szparagus doniczkowy na pocieszenie;)

 

Tak ostatnio marudziłam o tak zwanych "dobrych radach", i proszę! Pstryczek w nos! Pojechaliśmy do księgarni po książki do szkoły dla Adama. Nie dostaliśmy ani jednej pozycji. Pracująca tam Polka poradziła nam by jechać do innego sklepu i podała mniej więcej namiary, zapewniając nas, że są świetnie zaopatrzeni. Nie musiała tego robić, przecież odesłała nas, jakby nie patrząc do konkurencji. Irlandki zawsze zbywały nas - książki będą za tydzień, a potem bywało różnie. Mąż, zawsze taki chodzący optymista, nie miał ochoty szukać tego sklepu, od razu chciał się poddać. Nalegałam, w końcu nie mamy nic do stracenia. Sklep znaleźliśmy daleko za miastem. Bez samochodu, to myślę, że buty można zedrzeć za nim się tu dojdzie;) Siedzimy w samochodzie we czwórkę, mąż idzie na zwiady, to we trójkę. Po pięciu minutach dzieciaki zaczynają się nudzić, po dziesięciu minutach zaczynają się szturchać, po piętnastu minutach na tylnym siedzeniu jest już mała bitwa. No co ten ojciec, sam  drukuje te książki! Znajduję jakieś batony, buzie i ręce na razie zatkane, ale to zajmie im raptem kilka minut, i bitwa zacznie się od nowa. W końcu wraca z torbą zapchaną książkami. Nie mogę uwierzyć, są wszystkie! A w ubiegłym roku jeszcze we wrześniu szukaliśmy książek.

 

niedziela, 07 sierpnia 2011

Zamiast wymuskanego ogrodu, trochę dzikości. O ile w poprzednich latach nie było tu co podziwiać, to w tym roku roślinność "eksplodowała".

Kontakt ze zwierzętami to dla maluchów zawsze wielka radość.

Michelle będzie musiała jeszcze trochę podrosnąć i przede wszystkim dorosnąć do posiadania własnego zwierzątka. Adam niestety nie zdał egzaminu z opieki nad zwierzęciem.

- Nakarmiłeś kota? - pytam o kota sąsiada, za którego karmienie Adam dostaje zapłatę.

- Ja wiem kiedy mam karmić kota, nie musisz mi ciągle o tym przypominać!

- Kot też chciałby wiedzieć, kiedy karma zaszczyci swoją obecnością miskę!- rzucam.

-To nie było śmieszne!

-Bo nie miało być!

Póki co na razie nie zaryzykuję zwierzaka w domu, mimo że sama w dzieciństwie byłam otoczona mnóstwem zwierząt, i pewnie dlatego wiem, jaka to duża odpowiedzialność.

 

poniedziałek, 01 sierpnia 2011

Zdjęcia z naszej wczorajszej niedzielnej wycieczki do Russborough, posiadłości położonej w malowniczej scenerii gór Wicklow.

Dom został wybudowany w 1741 roku przez Josepha Leesona, hrabiego Milltown, a udostępniony dla turystów od 1978 roku.

W budynku znajduje się wystawa obrazów, kawiarnia, sklep z pamiątkami. Dla dzieci atrakcją był przede wszystkim labirynt z żywopłotu. Nieźle się tam nabiegaliśmy;)

Podziwianie widoków i zbieranie kwiatów;)

 A z czerwonego mostu prowadzącego na wysepkę już niewiele zostało.

 Takie trochę artystyczne zdjęcie mi wyszło, trzeba dostrzec piękno w brzydocie ;)