wtorek, 29 lipca 2014

Dzisiaj na przystanku autobusowym zaczepił mnie pan w stanie nietrzeźwym, toteż gadka do nieznajomej osoby czyli mnie (niestety padło na mnie, bo nikogo w pobliżu) poszła mu całkiem gładko. Nie ukrywam, że kombinowałam jak by się tu wymigać z tego podejrzanego towarzystwa, ale okazało się, że znaleźliśmy wspólny temat i czas oczekiwania na busa, skrócił się choć trochę.

- Byłaś może w Czechach? - pyta pan.

- Byłam.

- A pracowałaś w Czechach? - drąży temat.

- Nie, nie pracowałam.

- A ja pracowałem. Nawet nie wiesz jak bardzo wtedy kochałem Zawidów. A wiesz dlaczego?

- Bo to Polska! W Zawidowie jest przejście graniczne z Czechami. Rozumiem, że nie mogłeś się doczekać, aż będziesz po polskiej stronie.

- Właśnie! Dokładnie tak!

 

No cóż, po 8 latach emigracji stwierdzam, że tęskni się za polskością, ale już niekoniecznie za życiem w Polsce. Jedni na emigracji sobie lepiej z tym radzą, inni gorzej. Ten pan należy do osób, które się nie zaaklimatyzowały w nowym miejscu. Cóż, bywa i tak.

Ale warto było przyjechać znów do kraju, rozejrzeć się i dojść do wniosku, że jednak lepiej mi w Irlandii. I nawet Polskę wolę w Irlandii, bo chociażby np. będzie wystawa w Dublinie w sierpniu o powstańcach AK i żałuję ogromnie, że jej nie zobaczę...

Przypuszczam, że gdybym kiedyś nie wyjechała do Irlandii, pakowałabym dzisiaj walizy do Niemiec. Tak więc dobrze, że już to mam za sobą ;) Nie dlatego, że w Polsce tak ciężko, ale dlatego, bo zawsze chciałam spróbować żyć w innym kraju, poznać inną kulturę, obyczaje, wypróbować jak się żyje gdzie indziej. Taka tęsknota poznawcza :)

sobota, 26 lipca 2014

 

Znalazłam chwilę czasu, aby napisać parę słów, aczkolwiek jestem teraz bardzo zapracowana. Przez chwilę żyję trochę innym życiem, co sprawia , że na wiele rzeczy patrzę trochę inaczej, gdyż jakby to ująć, wraz z nabyciem nowych doświadczeń, automatycznie perspektywa na wiele spraw się poszerza. 

Prywatnie natomiast rzuca mi się w oczy to, jak bardzo Polacy próbują ingerować w czyjeś życie, pouczać i ustawiać po kątach. Natomiast nie zajmują się sobą. Tak, jakby nic nie było do zrobienia. Na dłuższą metę bardzo by mnie to irytowało, ale na chwilę da się jakoś wytrzymać. Bardzo się pilnuję, aby nie dać się wciągnąć w ten tok myślenia.

Pomimo ograniczonego czasu wolnego udało mi się przeczytać "Inferno" Dana Browna, opowiadania Marii Dąbrowskiej "Ludzie stamtąd" i " Trzy tygodnie z moim bratem" Nicholasa i Micaha Sparks. Natomiast w zakupach książkowych preferuję tylko i wyłącznie polskich autorów. Po powrocie pochwalę się stosikiem książkowym :)

Na fotografowanie coś mi brakuje inwencji twórczej. Ale raz mnie natchnęło. Wiatraki o zachodzie słońca, czy zachód słońca z wiatrakami, jak zwał tak zwał, temat interesujący. Dwa lata temu jeszcze ich nie było, a teraz las wiatraków wkoło. Niejeden zrobił lokalną karierę polityczną na propagowaniu wiatraków lub na walce przeciwko ich ustawianiu. Bo najważniejsze, żeby się działo. Daleka jestem od oceniania tego przedsięwzięcia. Po prostu delektuję sie upalnym latem, a zachody słońca są zawsze magiczne. I niech tam będzie - z wiatrakami. A ta góra w tle, to już po niemieckiej stronie.

 

 

 

sobota, 19 lipca 2014

 

Jak to Cejrowski mówi lepiej nie planować podróży i jechać na wariata. Bo jak się zaplanuje i coś pójdzie nie tak, człowiek się wkurza, a tak może sobie powiedzieć, o proszę nie było planowane, a wydarzyło się. Mój pobyt w Polsce dziwnie się potoczył, inaczej niż planowałam. Po pierwsze miało być wiejsko-sielankowo, ale chyba już miastowa jestem, bo straciłam odporność na te paskudne, krwiożercze owady, które tak okropnie mnie pokąsały. Spuchło się trochę niestety. Poza tym złapałam pracę na miesiąc czasu, i wyrwałam do miasta. Na 7 tyg pobytu w ojczyznie - 4 spędzę w robocie. Co już wakacjami sielankowymi nazwać tak do końca nie można. Na szczęście to praca biurowa + mały magazyn,  nie jest tak ciężko, jakbym miała na przykład w pocie czoła owoce zbierać w tym upale. Zresztą co do przyrody to ja teraz z dystansem i nieufnością - taka opcja nie wchodziłaby w grę. Tak więc zostało mi 3 tyg roboty, a potem 2 tyg wolne i fruuu... do Ireland.

Wniosek nasuwa mi się niejasny: planować czy jechać na wariata? Bo ja planowałam, a wyszło na wariata. A może z tego planowania wariactwo mi wyszło?

 Ps. Stosik książkowy rośnie, zdobyłam prawie wszystkie tytuły, które mi się marzyły. Poluję jeszcze na nową książkę Cejrowskiego "Wyspa na prerii", która od niedawna jest w księgarniach, no ale pewnie gdzieś w Warszawie, bo na obrzeżach kraju już niekoniecznie. W każdym razie wypatruję i może uda mi się ją kupić do końca mojego pobytu. A znając siebie to na tej jednej się nie skończy.

poniedziałek, 07 lipca 2014

Człowiek rwał do tej Polski spragniony polskiej literatury, którą miał nadzieję za darmochę w bibliotece wypożyczyć i co? I jajco! Wzięli się za remont tegoż przybytku, akurat w wakacje. Rodzina wspomaga mnie książkami, ale marzyłam o innych tytułach. Wczoraj udało mi się zdobyć w księgarni 2 tytuły, które zamierzałam tu na miejscu kupić. Taka drobna pociecha.

Dzieciaki pomimo upału szaleją na łonie natury. Ekspansja chaszczy mnie z deka przeraziła. Kiedyś była taka i taka ścieżka, można było tędy przejść i tamtędy pójść, zobaczyć to i owo, a teraz bez maczety nie przejdziesz. Na zdjęciu potomstwo moje na wypasie, dorwali ochoczo dzikie maliny.

 

 

Babcia jest w posiadaniu 4 kotów i psa. Koty na widok Misi uciekają przerażone w popłochu, nieprzyzwyczajone do miętoszenia i pieszczot. Pies wręcz przeciwnie domaga się uwagi. Nawiązała się nowa przyjaźń.

 

 

Sielskie wakacje na wsi rozpoczęte :)