poniedziałek, 22 lipca 2013

 

Dziś o wszystkim po trochu :)

 

Książkowo jestem w tej chwili pod wpływem trzech ulubionych autorów Marii Rodziewiczówny, Tadeusza Dołęgi-Mostowicza i jeszcze Stanisławy Fleszar-Muskat. A że cała trójka była bardzo płodna twórczo, tak więc mam się do czego ślinić i co jakiś czas udaje mi się kupić bardzo tanio którąś z ich książek. To nic, że tam okładka zniszczona, czy wydanie i szata graficzna z czasów komunistycznych, najważniejsza jest przecież treść, która jest jak amen w pacierzu ta sama, co w nowych wydaniach. Ostatnio zachwycił mnie "Dewajtis" Rodziewiczówny, tylko zakończenie mi się nie podobało, źli nie zostali ukarani i wszystkich autorka zadowoliła roztaczając szczęśliwą przyszłość przed wszystkimi bohaterami. Ale przez całą książkę było bardzo ciekawie :)

Z braku wyżej wymienionych czytam innych. Wczoraj skończyłam czytać "Huśtawkę oddechu" Herty Muller, która dostała literacką nagrodę Nobla w 2009 r. O życiu w obozie pracy w Związku Radzieckim jednego z jeńców. Napisana przepięknym językiem i gdyby nie tragizm sytuacji głównego bohatera można by się tym zachwycić, a tak niestety trzeba się zasmucić... Po takiej książce zwykła kromka chleba, będzie przez jakiś czas wyglądać inaczej niż zawsze.

A po angielsku pochłaniam Roalda Dahla, to również płodny autor i jest jeszcze sporo jego książek w bibliotece, co mnie bardzo cieszy, bo jego historie są bardzo zabawne i przyjemnie się je czyta.

 

To było o książkach, a teraz dylematy ogrodnicze, bo sezon teraz i chociaż dumna jestem z moich okazów, to nie obywa się bez problemów. Największy to z clematisem. Zachorował na uwiąd i jest to śmiertelna choroba dla tej rośliny, jeśli nic się z nią nie zrobi. Najczęściej tylko pędy ma porażone grzybem, a korzenie ma zdrowe. Należy wyciąć pędy do korzenia, żeby wyrosły nowe. Wyrosły na jakiś metr, nawet już pąki ma, będzie kwitł, a tu na dolnych liściach znowu oznaki choroby. Objeździłam dwa centra ogrodnicze w poszukiwaniu odpowiedniego środka grzybobójczego. Był tylko jeden, więc wyboru nie miałam. W domu się okazało , że mam podobny plus zabija także szkodniki. Tyle czasu zmarnowałam :( Używałam go w ubiegłym roku, ale był nieskuteczny. Przeczytałam na starym i nowym opakowaniu dokładnie instrukcję i myślałam, że jasny szlag mnie trafi. Preparat, żeby był skuteczny trzeba  stosować co 10-14 dni, a nie raz i ma się spokój. Tak więc ostatecznie mam duży zapas chemii na grzyba na ten i przyszły rok. Dlaczego nie wyrzucę tej rośliny, aby oszczędzić sobie wysiłku? Bo marzę o kolekcji clematisów. To pięknie kwitnące pnącza o wielu kolorach. Jeśli nie nauczę się zwalczać tej paskudnej choroby na tym jednym egzemplarzu, to mogę zapomnieć o kupnie następnych. Stałam się "specjalistką" od uwiądu. Jak tylko zobaczę clematisy w sklepie od razu szukam oznak tej choroby. Dużo roślin niestety ma, ale upatrzyłam sobie jednego ogrodnika, który ma sklep i u niego nie tylko clematisy, ale i inne rośliny to okazy zdrowia. Tylko niestety nie ma takiego wyboru, jak w centrach. Więc w przyszłości w clematisy będę się zaopatrywać u niego. Na dzień dzisiejszy muszę powalczyć o życie tej jednej rośliny. Może się uda.

 

Wakacje trwają. Michelle była dwa tygodnie na Summer Camp. Zorganizowali w irlandzkim przedszkolu taką półkolonię. Dziewczę bawiło się świetnie zwłaszcza, że pogoda dopisała i dużo przebywali na powietrzu. W ostatni dzień mieli dyskotekę i odebrałam wymalowanego klauna :)

 

środa, 10 lipca 2013

Taki gorąc, że nie ma się ochoty pisać, więc będą tylko zdjęcia. Na początek z ogrodu Altamont.

 

 

 

 

 

A to już moja własna/osobista uprawa( + "pomoc" Michelle). W tym roku postawiłam na petunie i jedną, ale okazałą surfinię (na zdjęciu w wiszącym koszyku). Ona będzie jeszcze większa, liście zaczynają blednąć i zwiększam teraz dawkę nawozu - żarłoczna bestia ;)

 

 

U góry biała petunia, a w dole na zdjęciach bardziej fikuśne odmiany.

 

 

 

I obowiązkowo każdego roku kupuję lobelię.

 

 

Taki mamy babski pokój pod chmurką, czyli mój i córki. Ja czytam, popijam herbatkę, a ona podlewa, zalewa, aż się przelewa. Cud, że te rośliny to wytrzymują ;)

piątek, 05 lipca 2013

Jak przyjechałam do tego miasteczka siedem lat temu, zachwycałam się jego starym budownictwem. Te szyldy ręcznie malowane, ta mnogość kolorów, chodniki o różnorakiej szerokości... Miało to swój urok, ale z czasem spowszedniało i przestało się to zauważać. Dopiero, jak się rzuci okiem na taki obraz, to ma się wrażenie, jakby się w bajce mieszkało. Miejscowy artysta David Byrne namalował ulicę, po której codziennie się kręcę i dom w którym spędziliśmy i spędzamy fajny kawałek życia. Malarz okazał się mistrzem w szczegółach. Nawet widać, że mam uchylone okna:) Dokładnie chodzi o żółto-zieloną chatkę. Nic specjalnego, ale tak się tu zasiedzieliśmy i pewnie ruszymy się dopiero stąd, jak będziemy mieć coś swojego.

Jak to w centrum mam wszędzie blisko, tylko ruch uliczny jest spory. Obraz ten chyba przedstawia czas weekendu, bo w tygodniu samochodów zatrzęsienie. I z właścicielami mieszkania się przyjaźnimy. Jak coś się zepsuje od razu naprawiają, albo dzwonią po fachowca. Poradzą, pomogą, bo człowiek nie zawsze zorientowany. Na angielski też chodzę do sąsiada, książki czytamy, o Irlandii dużo rzeczy mogę się dowiedzieć. Czas leci, a za Polską wcale się nie tęskni :)

 

 

 Obraz jest do sprzedania. Więcej prac artysty można obejrzeć na:

https://www.facebook.com/DavidByrneArt