poniedziałek, 30 lipca 2012

Musiałam jakoś dzieciakom wynagrodzić moje niezdecydowanie w kwestii posiadania lub nie zwierzaka w domu. Dobrze, że nie nalegają. W każdym razie niedzielny spacer po Rathwood zrobił się jeszcze ciekawszy, niż kiedy byliśmy tu ostatnim razem, a to za sprawą trzymanych tu zwierząt. W zasadzie jest to sklep z pięknymi rzeczami do domu i ogrodu, a także restauracja, ale wymyślają coraz to nowe atrakcje dla rodzin z dzieciakami. Dlatego lubimy tu wpadać. W sklepie małżonek zakupił prezent imieninowy dla mnie w postaci purpurowego clematisa ( jak się zaaklimatyzuje na tarasie, to zrobię zdjęcie). A potem poszliśmy spacerkiem podziwiać zwierzaki.

Ta koza stwierdziła, że trawa po drugiej stronie ogrodzenia jest bardziej soczysta.

Chyba nawiązały kontakt ;)

wtorek, 24 lipca 2012

Zaproszona do zabawy przez Kasię.eire z Notatek Coolturalnych, stworzyłam stosowną listę książek, które dobrze mi się czytało :)

Z ostatnio przeczytanych polecam:

1. "Madame" Antoniego Libery, z niesamowitym głównym bohaterem, po przeczytaniu człowiek zaczyna wierzyć, że wszystko może.

2. "Moje życie we Francji" Julii Child, nawet najgorsze antytalencie kulinarne może zmienić się w mistrza kuchni, a przy tym poczuć klimaty Francji.

3. "Pożegnanie z Afryką" Karen Blixen, jak dotąd najcieplej pisząca autorka o rdzennych mieszkańcach Afryki z jaką miałam do czynienia.

4." Miłość w czasach zarazy" Marqueza polecam jako najlepszy romans.

5. "Wierna rzeka" Stefana Zeromskiego też o miłości, bardzo fajnie mi się tego słuchało (audiobook).

6. "Cukiernia pod Amorem" - Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk, ale to pewnie już wszyscy czytali, więc nie ma co polecać;)

 

Z dawniej czytanych polecam:

7. Książki Williama Whartona, moje ulubione to "Ptasiek", "Al", "Tato", "Werniks". Zawsze będę pamiętać jego radę, że najlepiej pisać o tym co samemu się przeżyło, wtedy najłatwiej  dotrzeć do czytelnika.

8. "Dziewczynka w czerwonym płaszczyku" Romy Ligockiej, wciąż tej książki zapomnieć nie mogę, temat ciężki, wojenny, ale warto.

9. "Nikt nie wyjdzie stąd żywy. Historia Jima Morrisona" - miał coś chłopak z geniusza, a zatracił się w samo destrukcji. Tej książki nie mam niestety w posiadaniu. Mój kuzyn, żeby przypodobać się pewnej dziewoi pożyczył ją ode mnie. Dziewczyny nie poderwał, a książka przepadła, nigdy mu tego nie zapomnę ot, co! ;)

10. "Ojciec Chrzestny" Maria Puzo - film się nawet nie umywa, tyle powiem.

 

A tak poza rankingiem, bo śmiałości bym nie miała porównywać tej pozycji i stawiać ją w rzędzie między innymi, moją ulubioną książką o wymiarze duchowym to "Przebudzenie" Anthony de Mello. Kupiłam ją jako zagubiona duchowo nastolatka, przez kilka lat chętnie i często czytałam. Była lekarstwem na wszelkiej ciężkości doły. Potem się kurzyła na półce, a ostatnio przypomniałam sobie o niej i podczas wizyty w Polsce spakowałam Antka do walizy i wywiozłam do Irlandii. I bardzo dobrze zrobiłam, bo ostatnio kwachy mi się porobiły pod sufitem, a po trzech rozdziałach, jak ręką odjął. Po skończeniu tej lektury złapałam się na tym, że wiele za młodu sobie wbiłam tą książką w podświadomość, i nawet nie pamiętałam skąd to wzięłam. W każdym razie wychodzi na to, że mam guru, bo Anthony był nie tylko filozofem, teologiem, psychologiem, ale też jezuitą i duchowym przewodnikiem. Łączył tradycyjną mistykę europejską z filozofią i mistyką wschodu. Muszę jeszcze zdobyć drugą część jego rekolekcji "Wezwanie do miłości".

Dzisiaj dotarła do mnie wygrana książka "Zaprosić księżyc" Ireny Sławińskiej, już zacieram ręce z radochy. Wymieniłam też jedną ze swoich starych książek na "Różowe tabletki na uspokojenie" Krystyny Jandy. Lubię tę aktorkę nawet jeśli gra tylko rozhisteryzowane kobiety, to i tak robi to świetnie. Z jej felietonami też miałam do czynienia i stwierdzam, że język pisany pani Krystyny również bardzo przypada mi do gustu. W zasadzie za jedną swoją książkę utargowałam dwie używane. Jakaś uśpiona żyłka handlowa się we mnie obudziła ;) Druga to lekka pozycja na lato "Nie będę Francuzem (choćbym nie wiem jak się starał)" Marka Greenside, tym razem dla odmiany męski punkt widzenia.

Ale najpierw trzeba się uporać z tym piętrzącym się stosikiem :)

wtorek, 17 lipca 2012

Gdyby ktoś mi przepowiedział, że po 10 latach będę znowu śmigać rowerem w życiu bym nie uwierzyła, bo nawet nie miałam takiego marzenia. Ale stało się - jeżdżę, i to z powodu dziwnego zbiegu okoliczności. Ale po kolei.

Historia zaczyna się nie wesoło. Kilka lat temu Adam dostał rowerek. Po dotkliwym upadku nie chciał absolutnie słyszeć o nauce jazdy na rowerze. Odpuściliśmy licząc na to, że mu przejdzie i sam się kiedyś przekona. Lata minęły, sprzęt się kurzył, Adam z niego wyrósł, oddaliśmy praktycznie nowy rower w dobre ręce. Dla Michelle się nie nadawał, bo to był typowo chłopięcy model. Ostatnio zorientowałam się, że w irlandzkiej szkole organizują dni rowerowe. W te dni wybrane klasy zamiast siedzieć na lekcjach, wyjeżdżają na swoich rowerach w teren. Adama klasa jeszcze się nie załapała na taki wyjazd, ale w przyszłym roku szkolnym można się już spodziewać, że pojadą. Przyznaję, że bardzo mi się podoba ta idea propagowania przejażdżek rowerowych po okolicy wśród dzieciaków. Tylko co ja mam począć z upartym Adamem ?

Podjęliśmy z mężem decyzję o kupnie odpowiedniego roweru dla syna i choćbym nie wiem co, nauczenia go jazdy. W sklepie Adam miał tak zbolałą minę, jakbyśmy dziecku krzywdę wielką robili, że my ten rower mu kupujemy. I pomyśleć, że gdzieś tam w świecie jest cały tabun dzieciaków marzących o rowerach.

Skoro małżonek uprawia kolarstwo wydawało się naturalne, że nauką jazdy zajmie się on. Po pierwszym treningu ojciec wrócił zły, a syn rozżalony. Po drugim treningu ojciec wrócił jeszcze bardziej zły, a syn jeszcze bardziej rozżalony. Na trzeci trening poszłam razem z nimi zobaczyć w czym rzecz. No cóż, dla kolarza łapanie równowagi i jazda jest oczywistą oczywistością, dla dzieciaka z traumą nic nie jest proste, a wszystko wręcz nie do pokonania. W każdym razie małżonek poniósł trenerską porażkę i synem zajęłam się ja. Po drugiej lekcji ze mną Adam stwierdził, że to fajna zabawa i codziennie chce trenować. Na początku uczył się na pustym parkingu. Po dwóch tygodniach stwierdziłam, że czas już uczyć go jeździć po ulicy. Mąż nie chciał się tego podjąć, a ja nie mam roweru, przecież nie będę biegła za dzieciakiem. Trzeba kupić kolejny rower dla mnie.

Przejrzałam strony internetowe z rowerami i mniej więcej miałam wyobrażenie mojego ideału, jaki chcę posiadać. Mąż pewnie myślał, że jak się nie znam, to kupi mi jakieś badziewie i będzie miał spokój, ale ja uparcie kręciłam nosem. Wisiało nad nim widmo nauczania syna, więc uważałam, że to ja rozdaję karty. W końcu znalazł francuskiego Lapierra, który pod względem wizualnym zauroczył mnie od pierwszego wejrzenia, a po próbnej przejażdżce wiedziałam już, że jesteśmy sobie przeznaczeni.

I tak sobie jeżdżę z synem bocznymi drogami, gdzie ruch niewielki. Pracujemy teraz nad tym, aby Adam trzymał się brzegu ulicy nawet wtedy, gdy nie ma samochodów. Musi wyrobić w sobie ten nawyk. W centrum naszej mieściny musimy prowadzić rowery, za duży ruch i Adam mógłby wpaść w panikę. Myślę, że do końca wakacji będzie miał jazdę opanowaną i nie powinien sprawić problemów swoim szkolnym opiekunom.

Powyższe zdjęcie dedykuję mojej mamie, która trzyma kciuki za powodzenie tej "misji" :)

poniedziałek, 16 lipca 2012

Mamy lato , chociaż w Irlandii wcale nie jest to odczuwalne. Częste deszcze nie pozwalają w pełni cieszyć się letnią porą roku. Wychwytuję chwile kiedy jest ciepło, chociaż niekoniecznie musi być słonecznie ważne, żeby się pogoda nadawała do przesiadywania na tarasie. Akurat na tej szerokości geograficznej nie mogę sobie pozwolić na grymasy ;)

Zagęściło i zazieleniło się na tarasie, już nie ma gdzie nogi postawić - tak ciasno.

Goździki brodate, surfinia, lobelia - którą praktycznie wszędzie wciskam, gdzie tylko miejsce znajdę, hortensja - szczęśliwie przeżyła zimę, a teraz rozkręca się z kwitnieniem.

W ubiegłym roku miałam trzy surfinie (białą, różową i fioletową), kwitły pięknie, ale w tym roku miałam ich nie sadzić. Inne rośliny się rozrosły i nie mam miejsca. No, ale jak pojechałam raz do centrum ogrodniczego i znalazłam nieznaną mi dotąd odmianę, jak mogłam się nie skusić. Upchnęłam ją na poręczy, wygląda na zadowoloną. Białe z fioletowym środkiem i widocznymi fioletowymi żyłkami. Ja to nazywam "wytarty fiolet" (zdjęcie powyżej).

Lobelii cała skrzynka. Tych kwiatów nigdy dość, jak już zaczną kwitnąć w czerwcu to ciągną, aż do zimy. Bukszpan w niebieskiej wazie, ostatnie dwa lata chorował, ale w tym roku wygląda na to, że udało mi się go uratować.

niedziela, 15 lipca 2012

Kolejna książka podróżnicza inaczej. Tym razem napisana przez mężczyznę. "Jadąc do Babadag" to wędrówka po krajach europejskich, do których raczej się nie jeździ, bo jak sami mieszkańcy twierdzą - nie ma po co, tu nic nie ma. Andrzej Stasiuk wcale tak nie twierdzi. Polska, Słowacja, Węgry, Rumunia, Słowenia, Albania, Mołdawia, to kraje w których autor zatraca się do końca. Wcale nie wybiera zabytków, nie szuka atrakcji turystycznych. On uprawia wręcz masochizm podróżniczy. Zadziwia mnie swoimi zachwytami nad rozpadającymi się wioskami, zgnuśniałymi miasteczkami. Bo bogactwo zawsze coś udaje, a bieda jest taka prawdziwa. I on się w tym lubuje, a jak pięknym językiem to opisuje, aż chciało by się widzieć świat, jakim on go widzi. Artysta pełną gębą. Piękno odkrywa w brzydocie. Do tego minimalista...

Szacun dla niego za kunszt literacki tylko, że ... no właśnie jakoś nie mam chęci spakować plecaka i wyruszyć jego szlakiem.

PS. Książka bez dialogów.

wtorek, 10 lipca 2012

"Księżyc nad Taorminą" jest zbiorem felietonów Romy Ligockiej publikowanych na łamach "Pani" w latach 2010-2011, a także  trzy teksty, które autorka napisała specjalnie do tej książki. Będąc na emigracji mam rzadką okazję czytać swój ulubiony miesięcznik, więc tym bardziej ucieszyłam się, że mam w rękach książkę zawierającą właśnie plik tych tekstów. Wyszedł z tego całkiem przyjemny zbiorek o podobnej tematyce, wszystko spójne, przyjemnie się było w nich zaczytać i od czasu do czasu rzucić okiem na ilustracje, zdjęcia, dużo się dzieje w tej książce.

Temat? Ogólnie rzecz ujmując chodzi o podróże, ale nie tyle z punktu widzenia typowego turysty co raczej osoby, która wędruje sentymentalnie po swoich dawnych miejscach. Są też nowe podróże, Roma porównuje je z tym co już zna, by za chwilę dać się ponieść klimatowi miejsca, dać mu się pochłonąć, bada je przez pryzmat swego wrażliwego, kobiecego oka. Bywając to tu to tam zanurza się jednocześnie w świat swoich myśli, uczuć, nostalgii.

Podróże te przeplatają się z historiami przypadkowych osób, które znajdując u Romy uważnego słuchacza opowiadają o swoim życiu, otwierają przed nią duszę. A Roma lubi słuchać, chętnie zatrzyma się przy kimś, kto tej rozmowy bardzo potrzebuje. Nie spojrzy z niecierpliwością na zegarek, nie odwróci się na pięcie i nie pójdzie w swoją stronę. Wysłucha... a potem historie te stają się dla niej inspiracją do pisania. Mam wrażenie, że pani Roma musi wszystko potem przelać na papier, albo płótno. Przerobić to w sobie, a potem odzwierciedlić to w sztuce...

PS. Wszystko, co wychodzi spod pióra pani Romy jest u mnie mile widziane. Cieszę się jeszcze na te kilka książek Ligockiej, które mi pozostały do kupienia, bo oczywiście postanowiłam skompletować sobie jej książki i wracać w chwilach, w których potrzeba mi balsamu dla duszy.

niedziela, 08 lipca 2012

Część trzecia z Dublina.

Po obiedzie zaszliśmy do Muzeum Leprechauna. Jest to skrzat zamieszkujący Irlandię, z zawodu szewc, z natury złośliwy figlarz. Skrzaty te znają miejsca, gdzie ukryte są skarby. Jeśli ktoś złapie go, być może zdradzi miejsce przechowywania skarbu, ale nie odda go tak łatwo, stąd powiedzenie, że skarb leprechauna leży po drugiej stronie tęczy. Te bajkowe postacie mierzą ok. 93 cm. Wpuszczono nas do pomieszczenia, w którym mogliśmy zobaczyć meble z perspektywy leprechauna. Na zdjęciu Michelle na ogromnym fotelu.

Krzesła też nie mniejsze.

Adam próbuje dostać się do szafki.

Bycie ojcem oznacza niestety poświęcenie;)

Mam cię przystojniaku! A teraz mów prędko, gdzie schowałeś ten garniec złota!

Wow! Dzięki :)

piątek, 06 lipca 2012

Część druga z naszego jednodniowego pobytu w Dublinie.

Po zwiedzaniu Ogrodu Botanicznego czas na obiad. Podjechaliśmy do centrum w poszukiwaniu restauracji. Trafiliśmy, no właśnie, jak byłam na zewnątrz nie miałam pojęcia gdzie wchodzę, zaaferowana pilnowaniem dzieciaków. W tłumie mogły łatwo się zgubić, więc na hasło męża "wchodzimy tu" nie protestowałam. A w środku po rozejrzeniu się oświeciło mnie, że jestem w tym słynnym kościele przerobionym na pub, o którym kiedyś  czytałam na jednym z blogów.

Kościół św.Maryi w Dublinie został wybudowany na początku XVIII wieku. W 1964 roku został zamknięty. Wykupił go w 1997 roku John Keating i poddał go gruntownej renowacji, która trwała 7 lat. W 2005 roku został otwarty bar, a w 2007 budynek przejęli nowi właściciele poszerzając zakres usług. Powstała restauracja, piwny ogródek, a piwnicę pod kościołem przerobiono na klub nocny, gdzie co weekend organizowane są dyskoteki.

Historyczną ciekawostką jest to, że w tym oto kościele brał ślub w 1761 roku Arthur Guinness założyciel słynnego irlandzkiego browaru Guinness.

Postanowiłam, że skonfrontuję swoje odczucia religijne z tym oto przybytkiem. Zamówiliśmy po kościelnym gulaszu - specjalność tej restauracji. Po takiej nazwie oczekiwałabym smaku, no co najmniej takiego, że klękajcie narody zwłaszcza, że po naszej lewej siedzieli turyści z Niemiec, a po prawej Irlandczycy ;) Niestety żadnej rewelacji nie było, a jeśli chodzi o moje duchowe wrażenia powiem, że restauracja jeszcze mieściła się w granicach mojej tolerancji, ale gdybym miała ochotę na dyskotekę, wybrałabym inne miejsce.

Nieczynne kościoły wolałabym widzieć ewentualnie jako muzea albo galerie, najlepiej o tematyce sakralnej. Takie miejsca życzyłabym sobie, aby były otoczone szacunkiem, w końcu to były miejsca kultu i to nawet nie istotne czy chodzi o kościół, meczet czy synagogę. Odczucia miałabym podobne. No, ale ja to ja. Inni tak nie myślą. The Church na ulotkach chwali się 600 tysiącami odwiedzin rocznie, a na jego stronie internetowej wyczytałam już 700 tysięcy czyli sukces ekonomiczny. Niewątpliwie jest to atrakcja turystyczna, nie tylko ja robiłam wtedy w tym miejscu zdjęcia.

Mimo wszystko wychodząc stamtąd miałam w głowie jedną myśl:  świat zwariował albo ja nie nadążam.

Ciekawe czy w Polsce taki pomysł miałby szansę na realizację?

środa, 04 lipca 2012

Muszę przyznać, że ujęły mnie wyznania pani Danuty Wałęsy. Oczywiście nie ma co ukrywać, nie jest to język literacki. Pani Danuta jest prostą kobietą, którą los rzucił na arenę międzynarodową. Wspominając swoje życie często się powtarza, dużo nie pamięta, ale słuchając tego audiobooka miałam ochotę powiedzieć "spokojnie pani Danuto, to nie przesłuchanie, niech pani po prostu opowie swoją historię". Mimo, że jest to język potoczny cieszę się, że na potrzeby tej książki nie przerobiono go, nie wygładzono, dzięki czemu jest bardzo autentycznie. Ma się wrażenie, że znajoma wpadła na kawkę i tak zeszło się na wspomnienia. A jest co wspominać... odebranie nagrody Nobla w imieniu męża czy spotkania z Janem Pawłem II, to oczywiście piękne chwile, które wynagrodziły jej ciężkie życie.

Bo pani Danuta to przede wszystkim matka ośmiorga dzieci i żona. Na pierwszym miejscu stawia zawsze rodzinę. Zaangażowanie się męża w działalność polityczną negatywnie odbija się na bliskich, ale jest silną, zahartowaną kobietą i bezustannie walczy o ich dobro. Ubolewa nad tym, że chroniąc dzieci nie rozmawiała z nimi o sytuacji politycznej w kraju, ani o tym jak bardzo ojciec rodziny jest zaangażowany w opozycję. Widzi to jako poważny błąd wychowawczy. Ja tak nie uważam. W tamtych czasach bezpieczniejsza dla dzieci była niewiedza. Teraz jest inaczej, rozbudza się w dzieciach ciekawość do świata, ale nie wtedy. Taka wiedza mogłaby przysporzyć im tylko problemów. Po co pozbawiać je beztroskiego dzieciństwa.

Myślę, że ta publiczna spowiedź na pewno pomoże dowartościować się pani Danucie jako kobiecie, żonie i matce. Jej ciężki los podzielało wiele kobiet w Polsce. Wiele czytelniczek odnalazło w tych zwierzeniach siebie i swoje postrzeganie świata. Na spotkaniach z czytelniczkami pani prezydentowa wymienia się doświadczeniami, dzięki czemu "pozytywnie ładują swoje akumulatory" jak często mówiło się w domu Wałęsów.

A ja cieszę się, że zamiast książki kupiłam audiobooka. Wybrana przez panią Danutę lektorka pani Dorota Kolak sprawiła, że miałam wrażenie, że gościłam w swoim domu Pierwszą Damę. Szkoda tylko, że ona sama nie lubi tego określenia :)

poniedziałek, 02 lipca 2012

Niedzielę spędziliśmy w Dublinie. Mam tyle zdjęć z tego pobytu, że postanowiłam podzielić ten materiał na trzy części tematyczne. Dziś wrzucam część pierwszą z National Botanic Gardens. Powstał on w 1795 roku i posiada kolekcję 17 tysięcy gatunków roślin, więc jest co oglądać.

W tej oto szklarni podziwialiśmy kolekcję pelargonii i fuksji. Wypatrzyłam kilka swoich ulubionych odmian.

Alpine House z roślinami górskimi.

Te okazy chociaż z wyglądu niepozorne, to jednak są największymi twardzielami. Wytrzymują najtrudniejsze warunki klimatyczne. Przez ogrodników wykorzystywane są do obsadzania skalniaków.

Piękny widok na Palmiarnię...

... a w środku oczywiście rośliny tropikalne i... mżawka.

Nawet banany rosną.

Ta szklarnia przeznaczona jest dla kaktusów i sukulentów.

Najpiękniejszy jest o tej porze roku Ogród Różany.

Chyba nie będę oryginalna jeśli powiem, że róże to moje ulubione kwiaty :)

Na przekąskę dla dzieciaków wzięłam torbę suszonych owoców. Pewna wiewiórka zainteresowała się, co takiego dobrego Michelle ma do jedzenia. A że trafiła na "przyjaciółkę wszystkich zwierząt" została poczęstowana suszoną morelą.

 Organiczny warzywniak.

Warzywa i owoce z takiego ogrodu to samo zdrowie.

I na koniec rabaty z niskimi roślinami jednorocznymi.

Oczywiście tych zdjęć z Ogrodu Botanicznego mam znacznie więcej, wybrałam tylko najciekawsze.