sobota, 30 lipca 2011

Kilka filmów godnych polecenia.

Amerykański film pt. "Jestem bogiem" (2011). Eddie, nieudolny pisarz ulega ciekawości i zażywa pigułkę, dzięki której zamiast 20% jego mózg wykorzystuje 100% swoich możliwości. Z dnia na dzień z nieudacznika staje się atrakcyjny, odnosi sukces, bogactwo, ale... są też skutki uboczne.

Szczególnie interesujące są zdjęcia do tego filmu, oglądającym może się wydawać, że też są po tej pigułce;)

Oglądane przeze mnie ostatnio komedie, zarówno amerykańskie, jak i polskie, wcale mnie nie śmieszyły. Albo nie mam poczucia humoru, albo trzeba być po kilku głębszych, tudzież innych środkach, ewentualnie być idiotą, albo najlepiej wszysto naraz, wtedy z pewnością boki będzie można zrywać. No niestety takie mam wrażenia, żenada i tyle. I w końcu jest! Komedia, która (jak wyczytałam) została entuzjastycznie przyjęta na festiwalu amerykańskiego kina niezależnego Sundance. "Cyrus" (USA 2010) jest opowieścią o rozwodniku Johnym, który poszukuje kobiety marzeń, znajduje ją, a potem poznaje jej syna. Nie było by w tym nic ciekawego, gdyby nie fakt, że chłopak ma 21 lat i jest całkowicie uzależniony od matki. Nie tylko finansowo, ale przede wszytkim emocjonalnie. Pojawienie się Johnego jest dla niego zagrożeniem. Zaczyna się ostra rywalizacja...

 

Następny będzie polski dramat pt."Lincz" (2011), który został sfilmowany na podstawie głośnej sprawy z przed kilku lat. We wsi Włodowo 60-letni recydywista od lat terroryzuje mieszkańców tej wsi. Policja jest bezradna, i w końcu dochodzi do morderstwa, którego sprawcą może być każdy. Film jest trochę tematycznie podobny do "Długu". Ofiary nie wytrzymują psychicznie i same stają się oprawcami. Główna postać jest bardzo interesująca. Wystarczy, że się pojawi, praktycznie nie musi nic robić, a widz czuje, jakby siekiera wisiała w powietrzu. Zresztą wystarczy spojrzeć na plakat, piorunujące wrażenie, z pewnością nie chciało by się mieć takiego sąsiada. Ciężki film, ale warto było go obejrzeć. Emocje gwarantowane.

 

"1920. Wojna i miłość" to polski serial emitowany w polskiej telewizji na wiosnę tego roku, ale biorąc pod uwagę fakt, że polskiej telewizji tu nie posiadam, jestem trochę nie na czasie. Takich filmów proszę więcej, nie dość, że przyjemnie było śledzić losy bohaterów, to jeszcze przy okazji liznąć trochę historii. Film o przyjaźni trzech polskich żołnierzy i ich walce o niepodległą Polskę, akcja dzieje się w latach 1918-1920.

 

16:40, rowena77 , film
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 lipca 2011

Jak leniuchować to iść na całość i na niedzielny obiad wybraliśmy się do włoskiej restauracji. Mieliśmy już tam okazję i przyjemność gościć, toteż bardzo nas ciągnęło, aby znowu tam zajrzeć.

Zastanawiam się nad sekretem tego sosu do fettuccine fantasia. Kucharze tu mają niezłą fantazję;)

 A po obiedzie spacer nad rzeką Barrow w Carlow.

Michelle nie mogła się rozstać ze swoimi skrzydlatymi przyjaciółmi;)

 A wieczorem obejrzymy mam nadzieję ciekawy film, i że lepszy od wczorajszego. Duński film o niewinnym tytule "Just another love story" okazał się rzeźnią. Krew lała się strumieniami, a ja miałam problem, czy wsiąść dzisiaj do samochodu brrr.

czwartek, 21 lipca 2011

Normalnie pakuję się i wyjeżdżam do Gruzji, hehe, nie to oczywiście żart, ale po przeczytaniu tej książki tylko to jedno przychodzi mi na myśl. O ile większość Polaków ma mgliste pojęcie o tym kraju, ja pojęcia miałam troszeczkę więcej. Sugerując się pewnym artykułem z gazety, o wspaniałych Gruzinach stawiających swoje kobiety na piedestale, dumnych gruzińskich kobietach i szczególnym przywiązaniu tego narodu do własnej kultury, będąc nastolatką, marzyłam skrycie, aby przedstawiciela tegoż narodu dane było mi poznać. Los się do mnie nie uśmiechnął hehe, ale ta książka utwierdziła mnie tylko w moich wyobrażeniach. Gruzini mają niezwykłe podejście do obcych. Uprawiają gościnność w wersji hard. Upijają do nieprzytomności szczególnie obcokrajowców (trzeba w końcu wybadać, czy gość przyjechał z miłości, czy nienawiści do tego kraju), a ich gościnność jest wyrafinowaną wręcz torturą. Ale ja nie dla tego alkoholu chciałabym tam pojechać, a raczej pyszności na tych stołach. Z tego co zauważyłam na zdjęciach, domy wewnątrz nie zbyt mają urządzone, ściany często nie otynkowane, a stoły uginają się od przepychu. Mają trochę inne podejście do jedzenia, niż my. Obżarstwo jest tam na porządku dziennym. Naród, który uwielbia biesiadować, wznosić toasty, śpiewać, tańczyć, bawić się, chociaż kto, jak kto, ale oni to tam naprawdę nie mają lekko, i powodów do radości nie ma, a jednak można z optymizmem iść przez życie.

W książce jest wszystkiego po trochu: garść historii, garść kultury, relacji społecznych,  osobistych przeżyć autorów i ich znajomych. A wszystko wymieszane razem, tworzą niezwykłą potrawę duchową, a kilka jej fragmentów szczególnie mnie poruszyły. Większość czytelników przeżywało doświadczenia wojenne Marcina Mellera, ja też, ale poza tym taki fragment:

"-Chciałem wznieść toast za Lecha Kaczyńskiego. Wiem, że za życia nie był zbyt popularny w Polsce. Ale dla nas, Gruzinów, był i jest bohaterem. I wiem, że być może jego przylot do Tbilisi w czasie wojny nie powstrzymał Rosjan i być może Rosjanie zupełnie się nim nie przejmowali. Ale dla nas wtedy liczyło się to, że przyleciał i poczuliśmy, że nie jesteśmy sami"  Podobne toasty autorzy słyszeli w wielu domach...

 

środa, 20 lipca 2011

Blogowa, bo pierwszy raz zdarzyło się, że wykorzystałam przepis z czyjegoś bloga. Ten pochodzi z "Feerii smaków". Sałatka z wędzonym kurczakiem i selerem, bo tak właśnie brzmi jej oryginalna nazwa jest prosta i szybka w wykonaniu, nie powiem że poezja smaków, ale bardzo dobra, a mąż nalega by wpisać ją w domowe menu. Sałatki selerowej jeszcze nigdy osobiście nie robiłam, aczkolwiek wersje z żółtym serem lub szynką zdarzyło nam się jeść "w gościach":)

SKŁADNIKI:

puszka kukurydzy

mięso wędzonego kurczaka ok.550g

5 jaj ugotowanych na twardo

3/4 puszki ananasa (ja wykorzystałam całą, bo ananas przydał się do dekoracji)

słoik marynowanego selera

3 łyżki majonezu

sól i pieprz

WYKONANIE:

Seler, ananas i kukurydzę odsączyć. Następnie jaja, ananasa i mięso kurczaka pokroić,  wszystkie składniki wymieszać razem z majonezem, doprawić solą i pieprzem.

Smacznego:)

 

piątek, 15 lipca 2011

Adam zaczął trenować Taekwon-do od kwietnia, i jak dotąd jeszcze mu się nie znudziło, a nawet jeszcze bardziej spodobało. Trochę ociągaliśmy się z kupnem stroju do tej sztuki walki, bo z dziećmi to nigdy nie wiadomo, może to być tylko chwilowy zapał. Niedawno okazało, że w łamaniu plastikowych plakietek ciosem z nogi  Adam w grupie jest najlepszy, czyli taki mini sukcesik, więc doszliśmy do wniosku, że czas najwyższy sprawić mu odpowiednie ubranko;) No i kilka zdjęć z treningu w niedawno otwartej nowej sali.

"Taekwon-do jest walką bez użycia broni, wymyśloną do celów samoobrony"

"Taekwon-do jest sztuką dyscyplinowania umysłu poprzez dyscyplinowanie ciała"

                Generał Choi Hang Hi twórca Taekwon-do

 

A małżonek ściera się w kolarstwie dosłownie i w przenośni. Po ostatnim wyścigu wrócił poobdzierany. Sukcesów żadnych, ale frajdy to ma z pewnością mnóstwo;)

wtorek, 12 lipca 2011

Kilka ujęć moich podopiecznych roślinek: lobelia, groszek pachnący i goździk brodaty.

 

 

 

 

poniedziałek, 11 lipca 2011

Dosłownie frunęłam przez tę książkę, przeczytana jednym tchem. Tak gładko i sprawnie autor wciągnął mnie w swoją opowieść o Węgrach, z perspektywy Węgra i Polaka, oczami miejscowego i turysty. "Polak, Węgier dwa bratanki", ja bym dodała, że Węgier to nawet młodszy i nieporadniejszy braciszek Polaka. Bo na przykład Polska za wszelką cenę robi z siebie męczęnnika, i świat się tym interesuje, nie w sensie, że zaraz pomaga, ale się interesuje. Męczeństwo Węgrów nikogo nie obchodzi, oprócz nich samych, i na tym polega ich tragedia. My lubimy narzekać, a oni pławić się w smutku. My, jak mamy dość życia w Polsce, pakujemy walizy i wyjeżdżamy, w poszukiwaniu innego raju, Węgrzy tylko gadają, że wyjadą, a tak naprawdę nie potrafili by nigdzie indziej żyć. Masowej emigracji Węgrów nie będzie, no chyba, że jakaś przymusowa;) Nie mogę zrozumieć fenomenu tej książki, w zasadzie nie powinna zachęcać do odwiedzenia tego kraju, a jednak chciało by się tam zajrzeć. Trochę miałam inne wyobrażenie o Węgrach. Nie byłam tam, ale mój dziadek tam był, przywiózł na pamiątkę dla mnie kilka pocztówek, na którym na ludowo ubrane kobiety i dziewczęta prezentują lokalne smakołyki na stołach i jeszcze do tego choinka ubrana w ręcznie robione ozdoby. Urzekła mnie wtedy ta cepelia. I rzeczywiście według Vargi Węgrzy doskonale potrafią kupczyć swoim folklorem, uwodząc turystów. Na węgierskie potrawy może i bym się skusiła, ale chyba do ulubionych bym nie zaliczyła, są ostre i na smalcu. Trudo jednak sądzić coś, czego się nie próbowało;) Ogólnie książka bardzo mi się podobała, lubię taki prosty język o rzeczach ważnych, dzięki czemu człowiek zastanawia się nad sednem sprawy, i nie dochodzi znaczenia poszczególnych słów. Taka inteligentna prostota, która szybko zjednuje sobie czytelnika. Warto było przytrzymać zamówienie, aby dostać jeszcze tę książkę. A tytułowy turul to mityczny ptak Węgrów, skrzyżowanie orła z gęsią :)

piątek, 08 lipca 2011

Cudowna książka, jedna z serii "Ocalić od zapomnienia", której to serii bacznie się przyglądam, i zamyślam skompletować. "Tradycje polskiego stołu" jest książką według autorki o kulturze pożywienia i obyczajach polskiego stołu, o tradycyjnych produktach i potrawach, o upodobaniach i nawykach żywieniowych Polaków, o tym wszystkim co warto ocalić od zapomnienia, o naszym dziedzictwie kulinarnym. Gdybym trafiła na tę książkę w pierwszym roku emigracji, pewnie czytałabym ją ze łzami w oczach;)

 Pozwalam sobie wypisać kilka ciekawostek z tej książki.

 A więc co my tu mamy... najpierw rozdziały dotyczące podstawowych produktów. Na początek zboża i potrawy zbożowe, a więc są tu chleby, które wypiekane były w domach w specjalnych piecach chlebowych. I co ja się tu dowiaduję, dziewczyna, która nie potrafiła jeszcze upiec chleba, a rwała się do zamążpójścia, była wyśmiewana. To ja bym chyba starą panną została, bo mnie ani polski, ani irlandzki chleb nie wychodzi, no ale pieca chlebowego też nie mam. Nic się tym jednak nie przejmuję, w sklepach chlebów różnistych pod dostatkiem, a najbardziej ciekawy chleb, jaki jadłam w Polsce, to chleb pasterski, robiony podobno na serwatce, który w kształcie bardziej przypominał niekształtny bąbel, za to smak niezapomniany.

 Co tam ciekawego dalej...  kluski śląskie, które często gotuję, znane były dawniej, jako kluski biołe, guminowe, z karfelmelu, albo niemieckie. Heh, człowiek się uczy całe życie.

Rogale świętomarcińskie, do których się przymierzam, to tradycyjny przysmak poznański pieczony od XIXw.  W 2008 roku uzyskał Chronione Odznaczenie Geograficzne, certyfiktat Komisji Unii Europejskiej w Brukseli.

Ciekawostki o warzywach: Polacy bywając na ucztach we Francji, czy we Włoszech brzydzili się surowymi warzywami uważając, że wywołują choroby, na szczęście królowa Bona przełamała te uprzedzenia :)  A taka rzepa, to całkiem zapomniane obecnie warzywo w Polsce, pewnie dlatego, że jadali je głównie ludzie biedni, a w Irlandii rzepa króluje na stołach, no i najbardziej znane ziemniaki, zwane inaczej jako kartofle, grule, pyry, bulwy, pulki. Sprowadził je do Polski Jan III Sobieski, który się nimi objadał, pomimo tego Polacy jeszcze długo się nimi brzydzili, uważając za szkodliwe zdrowiu. No, ale głód jest najlepszą przyprawą, toteż w XIX wieku w chudych latach, przekonali się do smaku ziemniaka i dzięki temu jemy je do dziś:)

Przyprawy, zresztą bardzo drogie, importowane, były wręcz nadużywane, gdyż oznaczały zamożność domu, wystawny poziom życia i wysokie kwalifikacje kucharza.

Mięsiwa, tutaj taka informacja - wieprzowina najpierw była uważana za gorsze mięso, i jadało je tylko pospólstwo, na pańskich stołach pojawiały się mięsa wołowe, baranie, dziczyzna i drób. Dopiero znacznie później wieprzowina w Polsce stała się popularna. Osobiście bardzo lubię piec mięsa, które wcześniej marynuję w czerwonym winie, z dodatkiem ziaren jałowca, i dzisiaj się za tę potrawę zabieram, będzie co podjadać na zimno podczas weekendu:)

Pozostała część książki jest poświęcona posiłkom codziennym, odświętnym, postnym, w czasach dostatku, i w czasie biedy. Cała książka jest bogata w zdjęcia, obrazy, grafiki, na każdej stronie coś się dzieje. Garść kulinarnych przepisów być może też się przyda, kto wie, może na te łatwiejsze się skuszę. Książka cudowna, świetnie nadaje się na prezent dla ceniących sobie tradycję.

środa, 06 lipca 2011

Najpierw mała Michelle oskubała mamie kwiaty...

 ... a potem udawała, że nic się nie stało. Ma się ten urok osobisty :)

poniedziałek, 04 lipca 2011

To przewrotne przysłowie powtarzam sobie, jak mantrę, za każdym razem, gdy zaglądam do szafy. A teraz do zaglądania dołączyła Michelle, która jeszcze od ziemi nie odrosła, a stroi się, że hej. Z szafy praktycznie by nie wychodziła;) Przypomina mi się wtedy moje dzieciństwo. Moja babcia przez większość życia utrzymywała się z krawiectwa. To były czasy, kiedy w sklepach nic nie można było dostać, i trzeba było kombinować. Dziewczęta pilnie patrzyły w telewizję, i wychwytywały co się obecnie nosi. Potem trzeba było zdobyć materiał, i biegiem do krawcowej, pod warunkiem, że ta była otwarta na wszelkie nowości. I taka właśnia moja babcia była, a dzięki niej dziewczyny pozbywały się kompleksów względem europejskich koleżanek.  Szyła też dla starszych pań. Pamiętam miała w szafie odświętne garsonki, spódnice, sukienki. Nawet lisa i perukę też miała w posiadaniu. Brakowało chyba tylko kapelusza, ale to była by zbyt wielka ekstrawagancja, jak na tamte czasy. W ładne niedziele szykowała się we własnoręcznie uszyte ubrania do kościoła, robiąc sobie darmową reklamę. Po takich niedzielach sypały się zamówienia. Każda zadowolona klientka przyprowadzała koleżanki, toteż babcia zawsze miała co robić. A ja?  Między przymiarkami karmiła mnie pierogami, dawała do zabawy worki z okrawkami różnych materiałów. W czasach, gdy wszystko było szaro bure i nijakie, worki były jak zaczarowane. Nie pozwalała mi tylko na bawienie się cenniejszymi materiałami, a takie uważała materiały pochodzące z Niemiec. Ale myślę, że to z racji "unikatowości", a nie z powodu ich urody:) Jak byłam nastolatką, babcia już nie szyła, była na emeryturze, i broniła się przed szyciem, jak tylko mogła. Wolny czas poświęcała na pasję czytania. Zawsze miała stertę gazet i książki z biblioteki. I to ona, gdy miałam 5 lat zapisała mnie do biblioteki gminnej, i wypożyczała ze mną pierwsze bajeczki. Jak na osobę pracującą w domu była nie tylko oczytana, świetnie się orientowała w polityce, gospodarce, i miała poglądy na niemal każdy temat, nawet najbardziej kontrowersyjny. Tak, robiła na mnie wielkie wrażenie, zwłaszcza, że mama była raczej taką szarą myszką. Można powiedzieć, że babcia była moim pierwszym autorytetem i cieszę się, że do końca miałyśmy ze sobą świetny kontakt. Odwiedzałam ją dość często, rozmawiałyśmy ze sobą zawsze dużo. W ostatnich latach jej życia naogół były to wspomnienia wojenne i powojenne. Starsi ludzie lepiej pamiętają młodość, niż dzień wczorajszy. Mnie to nie przeszkadzało nigdy. Miałam wrażenie, że dzięki temu ratuję te wspomnienia od zapomnienia.

Wracając do rzeczywistości. W Polsce owszem dziewczyny ładnie się ubierają,jest na co popatrzeć,  a potem wracają do domu i przebierają się w byle co, żeby to ładne nie zniszczyć. Taka jest brutalna prawda. Kobieta do sklepu pójdzie wymalowana, ale mąż w domu już nie ma na co popatrzeć. W Irlandii jest jeszcze gorzej. Wszystkie stawiają na wygodę, co oznacza szary, wyciągnięty dres, no ewentualnie różowy, i kompletnie nie przejmują się swoim wyglądem. Wystroją się owszem do pubu na piątkowy, czy sobotni wieczór, ale widać z daleka, że szpilki są dla nich męczarnią. O przysłowiowym wdzięku można zapomnieć. Oczywiście uogólniam, ale tak to postrzegam. Irlandczycy uważają, że ważne jest to co w środku człowieka, a nie na zewnątrz, czyli sfera duchowa, osobowość, charakter. Nie szata w końcu zdobi człowieka. Ja też mogłabym się podpisać pod tą ideą, ale myślę, że ignorowanie swojego wyglądu, to tylko krok do niechlujstwa. No i mam zawsze problem otwierając szafę. Zbyt bardzo nie można się "odstawić" bo wygląda się głupio wśród dresów. Trzeba gdzieś pomiędzy, czyli ładnie, ale wygodnie, i żeby uniknąć przebieranek za każdym razem, gdy chcę wyjść z domu ;) Ech... i chyba nie będę orginalna, gdy zanucę " ja nie mam co na siebie włożyć, bo to szmata, a to łach ", bo prawdziwa kobieta nigdy nie ma dość ubrań w szafie, inaczej nie jest kobietą, tylko babo-chłopem, i tej wersji się trzymam. Cóż zrobić, próżność;)

Na zdjęciu moja mała elegantka, dzięki której znów życzliwszym okiem spojrzałam na spódnice i sukienki.

niedziela, 03 lipca 2011

Najpierw nakręcono film, potem dopisano książkę, i ja je też w takiej kolejności zaliczyłam. Spodobał mi się scenariusz do tego filmu, i stąd moje zainteresowanie książką, która nie ma charakteru fabularnego, tylko bardziej dokumentalny. Wnuk Lionela, terapeuty króla Jerzego VI, korzystając z rodzinnego archiwum, odkrywa nam kulisy współpracy i przyjaźni tych dwóch panów. Ale ta forma też mnie wciągnęła, dopowiedzianio to czego w filmie nie było. Ktoś zainteresowany tematem, mógł go jeszcze bardziej zgłębić.

Na początku podziw i współczucie dla człowieka, który nie był  przygotowany do tego by zostać królem, nie miał też do tego predyspozycji z racji swojej wady wymowy, nieśmiałości i kompleksów spowodowanych tą wadą. Po niespodziewanej abdykacji swojego brata Edwarda VIII, objął tron, i ciężko pracował nad odczytami, stając się powoli dobrym mówcą. Król jeszcze, gdy był księciem pracował nad swoim jąkaniem z terapeutą Lionelem Logue, czyniąc duże postępy. Lionel odgrywał przed królem super dobrego tatusia, był niesamowitym psychoterapeutą, pomimo że nie miał żadnego tytułu doktora. Dzięki niemu i dzięki wsparciu żony król Jerzy VI podołał swoim obowiązkom władcy. Potem jednak zaczął mnie ten wątek nużyć. Wybuchła wojna, a on jak ten melancholik wiecznie użalający się nad sobą. Ludzie dzień w dzień borykający się, jak przetrwać ten trudny czas, tragedie, bezsensowna śmierć wielu niewinnych, a on ma problem z orędziem bożonarodzeniowym, wygłaszanym przez radio, które podniosło by na duchu swoich poddanych. Już nie mogłam wydobyć sympatii do tego człowieka, no i jeszcze rozczarowanie na koniec. Uważam, że Lionel Logue za swoje zasługi powinien dostać tytuł szlachecki od króla.