czwartek, 26 czerwca 2014

Jeszcze delektuję się irlandzkimi pejzażami, zanim wyruszę do Polski. Korzystam ze sprzyjającej pogody i ładuję wewnętrzne akumulatory. Jezioro, las, łąka... cudnie, letnio, wprowadzam się w wakacyjne klimaty.

 

 

 

 

 

Przy okazji przyglądam się ludziom i ich pasjom: głównie wędkarzom, ale trafił się też gołębiarz, który wypuszczał swoje gołębie na pierwszy lot, jak twierdził.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Ależ nas miła niespodzianka spotkała. Dostaliśmy zaproszenie na uroczyste zakończenie roku szkolnego w przedszkolu Misi. Dlaczego niespodzianka? Bo Adam nie miał nigdy takich atrakcji. Zarówno po skończeniu roku szkolnego w przedszkolu (chodził do innego), jak i w podstawówce nie było żadnych uroczystości z tym związanych, a świadectwo przysyłali pocztą.

Wracając do tematu, stawiliśmy się obowiązkowo całą rodziną podziwiać naszą małą absolwentkę przedszkola.

 

 

 

Do irlandzkiego przedszkola uczęszczały dzieci różnych narodowości. Panie przedszkolanki na pożegnanie przygotowały gratulacje w językach ojczystych swoich uczniów. Plakat dla polskich dzieci, co prawda brakuje w nim jednej literki w słowie "przedszkola", ale to drobiazg, najważniejszy jest gest.

 

 

A po uroczystości - góra słodkości :)

 

 

Ech... jak ten czas zleciał. Dopiero co zaprowadziłam Misię do przedszkola, a tu póltora roku zleciało i od września już będzie uczennicą podstawówki.  Nadziwić się nie mogę, jak te dzieci szybko rosną.

środa, 18 czerwca 2014

U Adama w szkole zorganizowano wycieczkę rowerową, fajna sprawa, ale nie pojechał. Wpadłam na szalony pomysł, aby dwa dni przed rajdem wyciągnął sprzęt i trochę potrenował, bo przecież jest nie w formie. Jego ulubiony sposób spędzania wolnego czasu to konsola/internet/książki. Nic co ma związek z ruchem ( ruch palców się nie liczy), tak więc wskazane by było, aby trochę się poruszał. Na początku plan mój szedł gładko: ojciec rower mu napompował, odkurzyli, dopieścili, poszli do parku. Po godzinie syn wraca wściekły i ranny, z brzuchem obdartym, a rowerem uszkodzonym. Nic poważnego i w przypadku syna i roweru, ale nie chce słyszeć o żadnej wycieczce. Zraził się i tyle. I mimo, że ci którzy nie pojechali musieli się uczyć, wrócił ze szkoły zadowolony. Rower mogę powiesić chyba jako ozdobę, jak ten na zdjęciu motorower na dublińskim płocie. Tylko trochę muszę poczekać, aż nabierze wartości zabytkowej;)

 

 

I tu bym chciała sobie teraz upuścić trochę żalów w stylu "jaka ta młodzież dzisiaj", że kiedyś to były czasy, a dzieciaków nie można było zagonić do domów, bo hulały na podwórku/parku/placu zabaw/lesie, a teraz tylko patrzą w te komputery i świata nie widzą. Ale nie mogę, bo mi córa całą teorię zaprzecza. Jej nowa pasja to deskorolka. Już dawno ją sobie upatrzyła czteroletnia cwaniarka, tylko nijak nie mogła mnie namówić na kupno. Ciężko mnie namówić na zakupy nieplanowane, twarda jestem, ale ojciec miękki jak masło, więc zaciągnęła wiadomo kogo do sklepu następnym razem. Trzeba było widzieć ten tryumf i satysfakcję na jej twarzy, kiedy wkroczyła do domu z pudłem. Tak więc śmiga. W parku zrobili też rampy pod deskorolki, ale jeszcze nie jest tak dobra, aby po nich jezdzić. Nabrała za to pewnych manier, które podpatrzyła u starszych chłopaków np. jak się zgrzeje ściąga bluzę i niedbałym (ale wyuczonym) gestem odrzuca. Wie też z doświadczenia swojego i innych małych dzieci, że jeżeli upadnie i się rozpłacze to oznacza koniec zabawy i powrót do domu. Ostatnio uderzyła się w rękę, schowała się za rampę, kucnęła, zdusiła płacz, a potem jakby nigdy nic powróciła do zabawy.

Nasuwa mi się taki wniosek, że każdy ma prawo do swoich pasji. Nawet jeśli rodzice mają swoją wizję co do swoich dzieciaków, to lepiej dać im swobodę i wolny wybór tego co najbardziej lubią robić. Jak dorosną trzeba będzie zaakceptować ich życiowe wybory, które tym bardziej mogą odbiegać od naszych marzeń i lepiej się wprawiać zawczasu, żeby potem nie dostać palpitacji, albo innego globusa ;)

środa, 11 czerwca 2014

W niedzielę wpadliśmy na Carlow Arts Festival trochę poobcować ze sztuką. Pomysłowość organizatorów nas zaskoczyła, motywem przewodnim stały się robótki na drutach. Ileż to pracy trzeba było włożyć, aby stworzyć takie efekty. Nie mogę wyjść z podziwu. 

 W kawiarni zastaliśmy taczkę z włóczkowym kwieciem.

 

Gustowny śmietnik :)

 

Dekoracyjne lampiony, w nocy wyglądają pewnie jeszcze lepiej.

 

Bajecznie kolorowe rowery. 

 

Wiszący kwietnik.

 

I wiele, wiele innych dekoracji z włóczki. Można było również podziwiać obrazy w galeriach i na ścianach budynków.

 

Podczas festiwalu odbywały się pokazy cyrkowe, teatr uliczny, czy występy zespołów muzycznych. Tak się złożyło, że akurat trafiliśmy na zawody sportowe, a mianowicie bieg na szpilkach. Zawodniczki przed biegiem lansowały się ku uciesze nie tylko przechodniów, ale też i pracowników restauracji.

 

 Panna młoda wzbudzała powszechny zachwyt.

 

Panie z brodą to już normalne zjawisko i nie ma się czemu dziwić. Skarpetki chroniące nogi przed obtarciem, to naprawdę dobry pomysł.

 

Panie startowały grupami w stylowych kreacjach.

 

 

 

Prawdziwych mężczyzn też można było spotkać. Michelle z obstawą;)

niedziela, 08 czerwca 2014

 Z okazji 25 - lecia wolnych wyborów w Polsce, które zapoczątkowały przemiany demokratyczne w Europie Środkowo-Wschodniej, miałam przyjemność uczestniczyć w spotkaniu, które miało miejsce wczoraj w Centre for Creative Practices w Dublinie. Organizotorami wydarzenia były "Forum Polonia" i "Jesteś u siebie. Zagłosuj!" - organizacja, która aktywizuje Polaków do uczestniczenia w wyborach. Toast z okazji wolności wzniósł ambasador, a następnie odbyła się debata na temat " Imigranci mogą uczestniczyć wyborach, jeśli mieszkają przez co najmniej 5 lat". Podsumowując, wieczór spędziłam w przyjemnej atmosferze, a przed wyjazdem zdążyłam jeszcze obejrzeć film Wajdy "Wałęsa. Człowiek z nadziei", chociaż bardziej polecam książkę Danuty Wałęsy "Marzenia i tajemnice" o tamtych czasach.

 

 

 

 

wtorek, 03 czerwca 2014

Tak można określić w skrócie pogodę w Irlandii. Ostatnio przejeżdżaliśmy przez góry Blackstairs. Zdjęcia może nie są jakieś oszałamiające, bo po pierwsze góry tutaj to raczej pagórki według polskich standardów, po drugie nurzaliśmy się w chmurach zamiast pławić w słońcu, ale zawsze to inna perspektywa niż w dolinie i pomimo mgławicy udało się odrobinę pejzażu uchwycić. A konie (oprócz jednego osobnika) nie były zainteresowane pozowaniem. Może innym razem;)