środa, 27 czerwca 2012

Jest to powieść oparta na wspomnieniach Diny Rubiny. Miejsce akcji - Taszkient - niesamowite miasto, w którym mieszały się różne tradycje i obyczaje. Skupisko niewygodnych dla władzy "wrogów ludu", przez to posiadające bardzo wysoki procent ludzi wykształconych, uczonych... W całym tym kalejdoskopie postaci wyłaniają się dwie główne: Katia i jej córka Wiera.

Od pierwszych stron powieści można się przekonać, że rodziną są tylko z nazwy. Katia straciła całą swoją rodzinę na wojnie. Walcząc o przetrwanie wyzbyła się wszelkich zasad moralnych. Idzie przez życie nawet po trupach, bo życie jej nie rozpieszcza, a chciwość napędza do działania. Kiedy rodzi niechcianą córkę Wierę, ma się na kim wyładować. Upokarza ją, znęca się, znika by za jakiś czas znów powrócić do swoich zwyczajów. Ale nie jest to przygnębiająca historia o maltretowanym dziecku. Wiera nie jest typem ofiary. To bardzo silna osobowość. Wie czego chce, a chce zajmować się sztuką. Kiedy matka staje się wirtuozką świata przestępczego, nieuchwytną przywódczynią gangu narkotykowego, Wiera izoluje się od matki i zatraca się w malarstwie. Powoli i systematycznie pracuje nad tym, aby ostatecznie zerwać tę emocjonalną pępowinę z toksyczną matką.

Dina Rubina nie pieści się z czytelnikiem. Chwilami te dwie postacie kobiet są wobec siebie bardzo brutalne, a przez to sceny z nimi są wręcz naelektryzowane złymi emocjami. Mimo, że jest to trudny temat, to książkę czytało mi się łatwo, od pierwszych stron zatraciłam się w tej historii. Jestem przekonana, że jest to w głównej mierze zasługa Wiery, która nie rozczula się nad sobą, nie prosi o litość. Jest tak samo silna jak matka, tylko nie tak zepsuta. Ten proces psychologiczny odrywania się od matki był dla mnie wciągający. Zawsze będę podziwiać osoby, które potrafiły wyzwolić się z toksycznych relacji, które pomimo ciężkich przeżyć potrafiły zbudować swój własny świat, przejść na tę słoneczną stronę ulicy.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Niedzielnym rankiem dotarła do mnie cudna wiadomość, że moja krótka wypowiedź na temat inspirowania się chińską kulturą, czyli w moim przypadku feng shui została nagrodzona przez LubimyCzytać.pl książką "Zaprosić księżyc" Ireny Sławińskiej. Ale się cieszę, bo i tak miałam zamiar ją kupić, a teraz nie muszę. Elżbieta Dzikowska jest zachwycona autentycznością tej książki, też chcę się pozachwycać.

Ale póki co piętrzą się w domu dwa stosiki książek i tęskno na nie spoglądam obolałymi oczami. Bo jak się czyta dwie książki i e-booka naraz, do tego pisze się na konkurs, coś tam wrzuci na bloga, podczytuje się blogi innych, to w końcu oczy zbuntować się musiały. Teraz przerzucam się na audiobooki, wytchnienie oczętom trzeba zrobić. Małżonek mi krople skombinował to już lepiej, ale ostatnimi dniami kiepsko było. A swoją drogą to audiobooki uważam za cudowny wynalazek. Jeszcze trochę, a będę ślepa jak kret i wtedy proszę, książki do słuchania będą jak znalazł. Z muzyką też tak miałam, potrafiłam słuchać bez umiaru. Na koncertach swoich ulubionych zespołów ustawiałam się pod samymi głośnikami. Bo jak coś mnie zainteresuje to nie zważam na ograniczenia cielesne, jakkolwiek to dziwnie zabrzmiało ;)

Wczoraj w końcu dopuściłam rozsądek do głosu i zdecydowałam się na spacery wśród zielni. Po południu wybraliśmy się do ogrodu przy Ducketts Grove. Podoba mi się to połączenie delikatnej roślinności na tle surowych murów.

środa, 20 czerwca 2012

Adam zakończył już rok szkolny w polonijnej szkole (irlandzka szkoła jeszcze trwa). W sobotę odebrał świadectwo z promocją do drugiej klasy. Zadowolony ze szkoły, więc może coś z tego będzie. Zorganizowano  uroczysty apel i program artystyczny młodszych klas, w którym synalek też brał udział. Była taka piosenka o tacie, a potem o czymś jeszcze. Wszystkie dzieci ręce w górę i machają, a Adam z kolegą w drugim rzędzie na scenie udają, że grają na gitarze. Myślałam, że pod podłogę się zapadnę ze wstydu, Hendrix wcielony się znalazł. Wyglądało to tak, jakby się znudzili całą imprezą i odstawili samowolkę. Potem się dopiero dowiedziałam, że oni to już wcześniej wymyślili i zapytali nauczycielki czy mogą. W takim razie powinna ich  wysunąć do przodu z tymi "solówkami" ;) Adam po imprezie ze sto razy pytał czy na pewno go widziałam, bo to niespodzianka dla rodziców była. Oj widziałam tę ekspresję artystyczną, chociaż w pierwszej chwili odebrałam za improwizację.

A dziś chwyciłam za jego plecak, który nosi do polskiej szkoły, a tam książka Wandy Chotomskiej. Dostał nagrodę za aktywność na zajęciach i nic nie powiedział, nie pochwalił się, cisza. W irlandzkiej szkole narzekają, że czy trzeba czy nie trzeba Adam ma zawsze jakieś zdanie. A tu proszę, odznaczyli go za gadulstwo.

Podaję linki do zdjęć na stronę polskiej szkoły, na których jest Adam. Myślę ,że  rodzinę w Polsce to zainteresuje, a może i jeszcze kogoś.

Od czerwca do września wchodzi na mój blog dużo osób szukających informacji o tej szkole. Nie wiem czy znajdują to czego szukają. W każdym razie wyczerpujące informacje można znaleźć przede wszystkim na stronie Polskiej Szkoły Równe Szanse w Carlow  (rowneszanse.info )

 

Zdjęcie w klasie z okazji Euro 2012

http://rowneszanse.info/index.php?view=detail&id=345&option=com_joomgallery&Itemid=19

Zdjęcie klasowe

http://rowneszanse.info/index.php?view=detail&id=347&option=com_joomgallery&Itemid=19

Wręczenie nagrody za I miejsce w konkursie

http://rowneszanse.info/index.php?view=detail&id=327&option=com_joomgallery&Itemid=19

 

wtorek, 19 czerwca 2012

Z chińskiej kultury najbardziej inspirujące i oddziaływujące na moje życie jest feng shui. W Chinach od dawien dawna istniało przekonanie, że istnieje energia elektromagnetyczna zwana przez nich "chi", która jest łącznikiem pomiędzy człowiekiem, a otaczającym go światem. Ponieważ największy wpływ ma na nas dom, w którym mieszkamy, ogród, pomieszczenie w którym pracujemy, tam należy skupić się na organizowaniu i wprowadzaniu ewentualnych zmian w przestrzeni tak, aby miały korzystny wpływ na nasze samopoczucie.

Tak więc bez żalu pozbyłam się wiele lat temu sztucznych kwiatów i suszonych roślin, w zamian ustawiając rośliny doniczkowe i żywe kwiaty w wazonie, które wytwarzają dużo chi i wpływają dobroczynnie na organizm człowieka. Ograniczam, a najchętniej całkowicie pozbyłabym się ze swojego otoczenia tworzyw sztucznych na rzecz tych wykonanych z naturalnych tworzyw (drewno, wiklina, szkło, metal, bawełna). Na pewno też nie zasnę w sypialni na poddaszu ze ściętym sufitem (wrażenie przygniecenia), ale dzięki podstawowym zasadom feng shui wiem, jak ustawiać meble czy przedmioty, aby w ich otoczeniu dobrze się czuć.

Oczywiście wiele przedmiotów, które korzystnie wpływają na Chińczyków, na mieszkańca Europy mogą nawet zadziałać odwrotnie. Na przykład żaba z trzema łapkami, która przez mieszkańców Wschodu traktowana jest jako symbol przynoszący szczęście, dla mnie nie będzie ona talizmanem, gdyż pierwsze skojarzenie, jakie mi się nasuwa to kalectwo. Taka rzecz nie podniesie mnie na duchu. Podobnie jest z figurkami mitycznych smoków. Chińczycy wierzą w odstraszającą moc tych postaci, mnie kojarzą się z nieszczęściem tak, jak  smok wawelski był utrapieniem dla Krakowa. I choćbym chciała to chińskim smokom "nie zaufam". Wszystko dlatego, że wywodzę się z innego kręgu kulturowego i na wiele rzeczy będę patrzeć z innej strony. Tak więc lepiej żebym powiesiła na ścianie podkowę. Na pewno dobrym rozwiązaniem jest posiadanie kilka drobiazgów wiążących się z dobrymi wspomnieniami lub kojarzące się ze  szczególnymi osobami, bliskimi sercu. Na szczęście współczesne feng shui jest pod tym względem bardzo elastyczne i daje dużo swobody i miejsca na własne eksperymenty.

Feng shui nie jest jakąś magiczną pigułką, po zastosowaniu której można odmienić na lepsze swoje życie. Korzystając z tej starej chińskiej nauki można być bardziej świadomym swoich wyborów. Dla mnie jest narzędziem, dzięki której mogę polepszyć swoją przestrzeń wpływającą na jakość mojego życia. Jednym z ciekawszych sposobów na postrzeganie rzeczywistości.  Nawet przeczytanie choćby jednej książki o feng shui działa na czytającego pozytywnie, więc coś w tym jest :)

czwartek, 14 czerwca 2012

Wczoraj kuzynka przysłała mi zdjęcia z wesela, ale co ja tu będę Wam pokazywać, jak pląsaliśmy po parkiecie czy ciągaliśmy się w wężykach. Niepodważalnie najbardziej emocjonujące były wszelkie konkursy.

Konkurencja poniżej polegała na tym, że w po jednej stronie siedziała rodzina Pana Młodego, a naprzeciw w rzędzie rodzina Panny Młodej. Każdy miał wyznaczoną rolę, tak więc byli: ojciec, matka, syn, córka, piesek, kotek i słonik (jeśli pamięć mnie nie myli). Prowadząca czytała tekst i kiedy ktoś usłyszał w zdaniu siebie pędził dookoła rzędu. Najśmieszniej było kiedy wyczytano słowo "rodzina". Wszyscy rzucali się na huurraa pędem dookoła, mało się nie tratując. Na szczęście obyło się bez wypadków. Na zdjęciu dziewczyny zerwały się do biegu w myśl zasady "zadzieram kiecę i lecę". Ta w jasnoniebieskiej to właśnie ja się wygłupiam, a w środku biegnie dziewczyna brata Ania. Nasze starania i poświęcenie (bieg w rajstopach) nic jednak nie dały, tę konkurencję drużyna Panny Młodej przegrała, nasz słonik czy piesek (już nie pamiętam) przysnął na dwie rundy. Ale zabawa była przednia, śmiechu kupa i kalorie przy okazji spalone;)

 

 A ta zabawa polegała na tym by panowie uwieszoną marchewką przesuwali pudełko papierosów, aż do bramki zrobionej  z krzesła.  W tej konkurencji mój małżonek był niepodważalnym championem. Zostawił daleko w tyle swoich rywali. Oczywiście gratulacje zebrała żona :)

 

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Zacznę od tego, że Eric Emmanuel Schmitt jest zdeklarowanym feministą. Co może poniektórych dziwić, ale czemu nie? W końcu żądanie równości praw kobiet i mężczyzn nie powinno mieć nic wspólnego z płcią posiadaną. Szkoda, że nawet feministki o tym zapominają lub nie chcą wiedzieć.

Postanowił napisać książkę o trzech kobietach : mistyczce, arystokratce zafascynowanej psychoanalizą i gwieździe filmowej. Wszystkie trzy chociaż nigdy się nie spotykają, żyją w zupełnie w innych epokach, ale mają ze sobą wiele wspólnego. Nie są buntowniczkami, ale uciekają przed swoją rolą matki i żony, jakie narzuca im społeczeństwo. Zrywają z konwenansami i ruszają w głąb siebie. Napisanie tego typu książki wymagało z pewnością długich analiz kobiecej natury, zwłaszcza jeśli jest się mężczyzną. Schmitt dojrzewał do napisania jej przez 15 lat. Efekt bardzo przypadł mi do gustu zwłaszcza, że napisał ją bardzo prostym, wciągającym językiem. Jeśli pozostałe jego książki też są tak napisane to piszczę już z radości.

Ciekawie było czytać o mistyczce z Brugii, jej duchowych przeżyciach, refleksjach, przekonaniach i związanych z nimi decyzji wiedząc, że autor przez 30 lat był niezachwianym ateistą, aż do momentu osobistego przeżycia, które wpłynęło na zmianę jego podejścia do istnienia Boga. Od razu nasuwa mi się podejrzenie, że wiele przemyśleń Anne są prawdopodobnie przemyśleniami Schmitta.

Ale tak naprawdę to najbardziej interesująca była dla mnie Hanna, która tuż po zamążpójściu zafascynowała się psychoanalizą do tego stopnia, że rzuca swoje dotychczasowe życie i sama staje się psychoanalityczką. Przyznaję, że się poryczałam w tych momentach, kiedy Hanna zgłębia swoje "ja". Jako nastolatka uwielbiałam zaczytywać się we wszelkich książkach o psychoanalizie, nawet chętnie bym się poddała hipnozie, aby tylko dowiedzieć się jak najwięcej o sobie. Potem mi przeszło. Nawet o tym zapomniałam, a tu ta historia tak mi wszytko wywlekła na wierzch. Wymiękłam po prostu.

Książka jest pokaźnych rozmiarów, ponad 450 stron, ale nie ma co się przerażać, naprawdę szybko się ją czyta. Wciągnęła mnie na amen już po trzech rozdziałach do tego stopnia, że nie mogłam się już od niej oderwać. Prostota języka to zdecydowany atut tej powieści. Już zacieram ręce na kolejne książki tego autora.

sobota, 09 czerwca 2012

Skłamałabym okrutnie, gdybym tu wpierała ludziom, że jestem kibicem piłki nożnej, bo absolutnie nie jestem. Mogę jedynie wyrazić uznanie swoje dla piłki, a w szczególności dla mistrzostw Euro 2012, bo gdyby miejsca w Polsce nie miały, to nowego lotniska by nie było i autostrady porządnej długo jeszcze też (mam na myśli Wrocław, bo to moje rejony). Widać inaczej się nie dało, a dzięki piłce się dało. Z tego dobrodziejstwa już skorzystałam i korzystać w przyszłości będę, co sobie chwalę, nawet jeśli za cappuccino muszę zapłacić 14 złociszy na lotnisku ( to było moje najdroższe cappuccino, jakie piłam w Polsce), to jednak psioczyć nie będę bo fajne jest. Nawet na te lotnisko głosowałam na internecie, że najładniejsze i rzeczywiście ludzie najwięcej właśnie na nie oddawali głosy. Jakie ostatecznie wyniki sondy były - nie wiem, nie śledziłam.

W związku z powyższym postanowiłam oglądać mecze z udziałem Polski i Irlandii mimo, że fan piłki ze mnie żaden. Po prawdzie, to się okazało, że nie bardzo znam reguły gry, co mi małżonek cierpliwie tłumaczy, ale zapał u mnie jest i chociaż trochę poudaję, że mi zależy, chociaż tak naprawdę wszystko mi jedno. Chłopców moich za to bardzo obchodzi, więc kibicujem żwawo;)

Powyżej Adam przed Polską Szkołą w Carlow. Dzisiaj na zajęciach wszystkie dzieci wysmarowane na biało-czerwono przeżywały wczorajszy mecz Polska - Grecja.

Poniżej irlandzkie sposoby na okazanie zainteresowania Euro 2012.

środa, 06 czerwca 2012

Ot pisać się nie chce, ciepło się zrobiło, na czytaniu spędzam wolny czas i na grzebaniu w skrzynkach z roślinami. A jak deszcz to na lubimyczytać.pl zakładam karty książek, których nie ma w serwisie, a które ja mam osobiście  w rękach i wszelkie dane też. Więc wpisuję tak po kilka dziennie, żeby wszystko mi się zgadzało i na półce i w wirtualnej biblioteczce. A poza tym inni też korzystać z tego będą, więc jakby nie patrząc pracę społeczną wykonuję;)

Kilka ujęć z tarasu. Co nieco zakwitło, chociaż do pełnej eksplozji barw i kwitnienia wszelakiego jeszcze z miesiąc trzeba poczekać.

U góry oprócz kwiatów, jeśli ktoś ma bystre oko, dostrzeże szałwię i szczypior. U dołu bratki o drobniejszych kwiatach i goździki brodate, jakoś w tym roku trafiły się wszystkie pstrokate.

A teraz łubiny. Zakwitły już dwa kolory z czterech posiadanych. Trzmiele się uwijają i bardzo dobrze, bo nasiona mamie obiecałam.

Poniżej zakwitł ten czerwony łubin, o którym tak marzyłam. Jak widać marzenie to nie zostało spełnione. Ciemny róż z bordo, to nie soczysta czerwień, chociaż kolorystycznie pasuje mi do reszty roślin na tarasie. W ostatnią niedzielę wypatrzyłam w sprzedaży łubiny  o pięknej czerwieni, żółci i ciemnym fiolecie. Sadzonki już z jednym kwiatem, więc klient wie co kupuje. Wszystkie bym chętnie zgarnęła do domu, niestety brak miejsca ostudza moje zapędy.

niedziela, 03 czerwca 2012

Ufff... po kilku dniach pobytu w Polsce wróciłam już do domu w Irlandii. Trochę niechętnie się tam wybierałam, nie wiedziałam czego tak naprawdę się spodziewać, ale moje obawy okazały się bezpodstawne, a pobyt zaliczam do bardzo udanych. Wszystko poszło gładko, sprawnie i po mojej myśli, a potem to już tylko przyjemne spędzanie czasu z mamą, którą mogłam się nacieszyć z wzajemnością przez te kilka dni.

Zrobiłam zakupy książkowe w jednej księgarni. Dla siebie kupiłam "Małą maturę" Janusza Majewskiego. Widziałam film i tak mi się spodobał, że książce się nie oparłam. Druga pozycja to "Zrób sobie raj" Mariusza Szczygła. Już dawno miałam na niego "chętkę", myślałam o jego "Gootlandzie" ale był tylko raj, więc go zakupiłam, na pewno też piknie będzie;) I jeszcze " Na fejsie z moim synem" Janusza Wiśniewskiego. Wcześniej czytałam tylko jego felietony w "Pani", spodobał mi się i tak napaliłam się na książkę, którą przy kasie w księgarni wymieniłam na audiobooka, aby nie obciążać bagażu. Dzieciakom wzięłam "Leksykon zwierząt".

Odwiedziłam z mamą naszą bibliotekę. Tyle smacznych kąsków, a ja nie mogę po nie sięgnąć buuuu... ale ból. Bibliotekarka zapewniała, że moja karta nadal jest otwarta i jakby co, to mogę brać książek ile wlezie. Marne to dla mnie pocieszenie, bo i tak nic nie mogę wypożyczyć, zaraz trzeba wracać.

A poza tym truskawki nadal w Polsce smakują, jak truskawki. Sernikom też nic nie brakuje. I całkiem przyjemnie było na chwilę znowu być dzieckiem, gdy mama podsuwa pyszny obiadek;)

Poniżej zrobiłam zdjęcie komórką małego kotka o imieniu Rico. Ma zaledwie dwa tygodnie i mieści się na jednej dłoni. Moja mama ma cztery koty, a teraz rośnie piąty. Szkoda, że nie mogłam go zabrać ze sobą, ale dzieciaki by się cieszyły.