środa, 29 maja 2013

O szczęście niepojęte, iż ceremonie komunijne Adama mamy już za sobą. Denerwowałam się bardziej niż na własnym ślubie. Tak było w ostatnią sobotę, a w niedzielę już luzik. Najpierw do polskiej szkoły na Dzień Dziecka, obejrzeliśmy spektakl kukiełkowy "Przygody Janka i złej czarownicy".

Na zdjęciu "aktorzy" przed przedstawieniem. Tutaj jeszcze leżakują, ale wkrótce będą fikać koziołki zabawiając dzieciaki.

 

 

Fotorelację z Dnia Dziecka napisałam na stronie szkoły:

http://www.polskaszkolacarlow.com/dzien-dziecka/

 

 

A tu Michelle ma pamiątkowe zdjęcie z Dziadkiem Mrozem. Takie ma nostalgiczne spojrzenie...  jak każde dziecko uwielbia śnieg.

 

 

Dziewczę przebiera na straganie małych kukiełek. Chętnie zgarnęłaby je wszystkie i zapakowała do bagażnika.

 

 

Potem na obiad do Rathwood,  przypadkiem trafiliśmy na zjazd starych samochodów.

 

 

 

Niestety były ograniczenia wiekowe, żeby wsiąść do tego autka. Jestem niepocieszona ;)

środa, 22 maja 2013

Jako kilkulatka miałam okazję być w cyrku. Frajda i przeżycie ogromne. Jedno wielkie święto rodzinne zwłaszcza, że się spotkało przy okazji dawno niewidzianych kuzynów. Potem byłam już tylko w wesołych miasteczkach.

Będąc nastolatką przechodziłam negację cyrku. Postrzegałam go jako ciemiężyciela biednych, tresowanych zwierzątek. Z perspektywy czasu uważam, że los na przykład  tańczących koni jest prawdopodobnie lżejszy niż koni wyścigowych lub pociągowych. Ale ja się tam nie znam i dzisiaj nie drążę tego tematu.

Kiedy Adam miał trzy lata, a było to już w Irlandii, nie miałam już oporów pójścia z nim do cyrku. Dla radości dziecka rodzic zrobi wszystko. I to była porażka. To nie był cyrk, oni tylko udawali, że są cyrkiem. Było beznadziejnie, dopiero pod koniec pierwszej części wystąpił klaun, który wdrapywał się na lampę uliczną. Ona była chyba z gumy, bo wyginała się na wszystkie strony. Dzieciaki w śmiech, a Adam w płacz bo "pan zrobi sobie bubu". Uciekliśmy  stamtąd w tempie ekspresowym. Drugiej części nie widziałam. Zarzekaliśmy się, że nigdy, przenigdy nie zaszczycimy swoją obecnością żadnego cyrku.

Ale wtedy nie było jeszcze córeczki.

Teraz jest, i w tym roku entuzjastycznie podziwiała plakaty rozwieszone w całym mieście. Mąż twardo stał przy swoim, nie idzie do żadnego cyrku. Adam pomimo, że ma dopiero 9 lat zaczyna wchodzić w etap po tytułem "Z matką i / lub z ojcem pokazywać się to obciach". Ale, jak mogłam odmówić młodszemu dziecku, które nigdy nie widziało, ale bardzo by chciało. Musiałam się złamać i poszłam.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, dziewczę chwilowo zwątpiło. Na zdjęciu ma minę w stylu "o mamuniu w co ja się wpakowałam". Zasłania się plecakiem z prowiantem (cyrk zbyt wiele na nas nie zarobił)  ;)

 

 

Potem się wyluzowała i bardzo uważała, co się dzieje na scenie. Z klaunów się śmiała, akrobatów podziwiała, brawo biła, była idealnym widzem.

Na zdjęciu klaun otwiera kosz na śmieci i za każdym  razem słychać było gangnam style, nawiasem mówiąc jedna z ulubionych piosenek Michelle :)

 

 

 

 

 Misia, jak tylko zobaczyła koniki, pobiegła do droższych miejsc przy ringu. Usiadła na krześle, obejrzała występ i wróciła. Taka z niej fanka ;)

 

 

 

Ogólnie muszę powiedzieć, że Cyrk Gerbola bardzo mi się podobał. Może nie było to jakieś mistrzostwo świata, ale było ciekawie. Nawet sobie obiecałam, że jak przyjadą w przyszłym roku z nowym repertuarem, to wykupię lepsze miejsca i będę miała fajniejsze zdjęcia. Te są robione z dużej odległości i na dodatek z boku.

W każdym razie dziewczę było zachwycone, a to najważniejsze, bo to dla niej cała ta atrakcja :)

niedziela, 19 maja 2013

... bo tyle właśnie kosztowała mnie ta papierowa Kraina Wróżek. Wycinanka, ale nie trzeba nożyczek, wszystkie elementy elegancko się odrywają od stron. Fajnie się to składa, ale trzeba cierpliwości. Dodatkowo wzmacniałam niektóre elementy taśmą klejącą, chociaż nie jest to konieczne, a bawiłam się z tym dwie godziny. Dziewczę, jak widać zachwycone. Dotychczas wycinanki sprowadzałam z Polski, ale ostatnio całkiem przypadkiem trafiłam u nas. (może nie dość się rozglądałam).

Pamiętam, jak byłam mała mama prenumerowała mi czasopismo dla dzieci "Miś", potem "Swierszczyk" i "Płomyczek", ale najfajniej wspominam "Misia", bo w środku były wycinanki. Pierwsze co, to zaglądałam właśnie na tę stronę z ciekawości, co tym razem jest tam do składania. I chociaż w sklejaniu pomagała mi mama, tak jak dzisiaj ja pomagam małej, to potem zabawa jest przednia, nawet jeśli te zabawki nie są trwałe. Może właśnie dlatego nie zdążą się znudzić :)

 

niedziela, 12 maja 2013

Nagły i niespodziewany zaszczyt i wyróżnienie mnie spotkało, iż wczoraj zasiadłam w obradach jury konkursu recytatorskiego "W krainie wierszy Juliana Tuwima". Chociaż radochę miałam wielką, musiałam robić surową minę i wczuć się w rolę;) Wychodząc z domu chwyciłam jeszcze w ostatniej chwili książkę "Julian i Irena Tuwim dzieciom". Jest tam większość wierszy, z których korzystali uczniowie. Tak by mi nie wkręcano, że się umie, jak się nie umie;) A przyznaję, że potrafię wyrecytować tylko jeden wiersz Tuwima, krótki "Kotek". Pamiętam go, gdyż często używam tego wiersza do dzisiaj. Inne, których się uczyłam lub często czytałam zostały w pamięci już tylko fragmentarycznie. Największą popularnością cieszył się oczywiście wiersz "Okulary" o panu Hilarym. Większość uczestników ma zadatki na aktora, polityka, dziennikarza, wszędzie tam, gdzie trzeba wyjść do ludzi, przekazać treść i zdobyć przychylność słuchaczy. Niektórzy może i z tekstem mieli problem, ale nadrabiali miną, luzem, widać, że świetnie się przy tym bawili rozśmieszając publiczność. Tacy (przynajmniej u mnie) mieli więcej punktów niż ci, którzy technicznie wykonali wszystko bez zarzutu, ale brakowało tego kontaktu z publicznością. Z każdym kolejnym wyrecytowanym wierszem stawało mi w oczach dzieciństwo. Dla nich (uczniów) te wiersze to nowość, a dla nas rodziców to wspomnienia z beztroskich czasów:) Relację z konkursu napisałam na stronie:

 http://www.polskaszkolacarlow.com/w-krainie-wierszy-juliana-tuwima/

Publikuję tu plakat wykonany przez uczniów z okazji Dnia Książki. Apel o szanowanie książek kieruję przede wszystkim do użytkowników bibliotek. Oprócz treści nie chcielibyśmy oglądać zagiętych rogów, notatek z sensem i bezsensownych gryzmołów, kółek po kawie, czy spłaszczonych owadów. Dbajmy o książki dla siebie i dla innych. Niech odwdzięczą się nam niesamowitymi podróżami w głąb duszy autora :)

 

 

czwartek, 09 maja 2013

"Dziewczynkę w czerwonym płaszczyku" czytałam jakieś 10 lat temu, utknęła mi do tego stopnia w pamięci, że chętnie sięgam po inne książki Romy Ligockiej. Nawet doszło do tego, że kolekcjonuję jej książki (kilka mi jeszcze brakuje). Pod koniec ubiegłego roku ukazała się kontynuacja dziewczynki pt. "Dobre dziecko". Ja tę książkę po prostu musiałam mieć.

Wyobrażałam sobie, że po ciężkich doświadczeniach wojennych, getcie, walce o przetrwanie, może być już tylko lepiej. Tymczasem dorastającej dziewczynie nie jest łatwo odnaleźć się w powojennej rzeczywistości. Smierć ojca, potem nieakceptowany przez Romę romans matki z żonatym mężczyzną, niszczy wewnętrznie dziewczynę. Złe relacje z matką, trauma powojenna, anoreksja i depresja, wszytko to sprawia, że czuje się winna, odepchnięta, samotna, izoluje się i ucieka w świat książek. Są to bardzo intymne wyznania napisane pięknym językiem, charakterystycznym dla tej autorki. W książce podobał mi się też "Pamiętnik Anny Abrahamerowej" (babci Romy) z czasów świetności tej rodziny, a także zdjęcia z młodości pisarki i jej rysunki, które odzwierciedlają jej duszę. Chociaż wszystkie książki Ligockiej są bardzo osobiste, tę będę jeszcze długo pamiętać.