poniedziałek, 28 maja 2012

Plakat z "Panem Kleksem" Adama zajął pierwsze miejsce. Dostał dyplom i cieniutką książeczkę. Można powiedzieć, że mu się poszczęściło, bo za drugie i trzecie miejsce to już tylko dyplom i uścisk ręki. Konkurs z okazji "Dnia Książki" zrobiony z rozmachem, a nagrody bieda z nędzą. Szkoda, bo dzieciaki naprawdę się napracowały, ale pewno o fundusze się rozchodzi.

Za to stwierdzam, że udało mi się zaszczepić w synu bakcyla książkowego. Upierał się, żeby mu dać pieniądze na kiermasz.

- Masz, tylko na papierosy nie wydaj.

- Przecież ja nie palę- oburzył się.

- A tego to matka nigdy nie może być pewna. Skąd ja mam wiedzieć, co ty tam wyprawiasz na przerwie w szkole.

Przytargał książki i tak się złożyło, że zaczęliśmy czytać tę samą i teraz nawzajem sobie wyrywamy. Stanęło na tym, że mogę czytać, jak on będzie w szkole, albo jak będzie odrabiał lekcje.

 

A poza tym... jutro wylatuję do Polski. "Nie chcem, ale muszem" jak mawiał nasz wielki wódz. Nagły, ale spodziewany wyjazd, trzeba uporządkować swoje sprawy majątkowe. Pocieszam się kolejnymi książkowymi zakupami...

 

sobota, 26 maja 2012

W ostatnim komentarzu Taita uświadomiła mi pewną oczywistą oczywistość, którą długi czas ignorowałam. Zamiast sprowadzać polskie książki można przecież korzystać z bibliotek. Najbliższą polską bibliotekę mam w Dublinie. Na miejscu owszem mam bibliotekę, ale anglojęzyczną. I tu  się zaczną moje żale, bo z angielskim mi ciągle nie po drodze.

W podstawówce uczyłam się rosyjskiego, co było w tamtych czasach jak najbardziej "słuszne" i poprawne politycznie. Po upadku komuny w szkole średniej nastąpiła zmiana kierunku na niemiecki, co było również jak najbardziej "słuszne" skoro mieszka się pod samą niemiecką granicą. Z perspektywy czasu uważam, że nauka niemieckiego była bez sensu, bo z Niemcami można się dogadać po angielsku (oczywiście szybciej z młodszym pokoleniem). Nawet gdyby jasnowidz, wróżka czy inna Cyganka przepowiedziała mi wyjazd do Irlandii - nigdy bym w to nie uwierzyła, a co za tym idzie nigdy nie wpadłabym na pomysł by uczyć się angielskiego prywatnie.

No dobra, jedziemy dalej. Teraz jestem w Irlandii. Poszłam na podstawowy kurs angielskiego. Języka tego trochę się tylko liznęło (jakkolwiek to zabrzmiało), ale tak naprawdę przypomniało się rosyjski, ponieważ na 10 uczących się osób 7 posługiwało się tym językiem biegle. Siebie oczywiście nie zaliczam do tej grupy, ale ja panimaju szto oni goworiat i bywało nie raz, że mało nie padłam ze śmiechu słuchając ich historyjek z życia wziętych, czym wprawiałam w osłupienie naszą nauczycielkę Irlandkę, która nie do końca zrozumiała "bliskość" słowiańskich narodów.

Naukę angielskiego w Irlandii utrudnia mi dodatkowo fakt, że tubylcy mówią angielskim  w dialekcie gaelickim (tak gdzieś wyczytałam to określenie, nie wiem czy prawidłowe). W praktyce wygląda to tak, jakby ktoś uczył się polskiego, a wylądował między Góralami albo Hanysami. Do lekarza pędzę zawsze do cudzoziemca (na Polaka jeszcze nie trafiłam) i przynajmniej go rozumiem, jak pójdę do Irlandczyka odstawiamy kalambury a la Cejrowski.

Oczywiście czytam po angielsku, bo muszę czytać papiery urzędowe na przykład i męczyć się z formularzami. Doprawdy błogosławiony powinien być dzień, w którym odkryłam, że moje papiery przestały już kołować urząd-dom-urząd-dom-urząd, gdyż wszystko prawidłowo już wypełniałam. Nie mniej jednak wszelkie dokumenty z jakimi się borykałam nigdy zachęcająco na mnie nie podziałały aż tak, abym ochoczo chwyciła się za anglojęzyczną książkę.

I TO TRZEBA ZMIENIć. Przede wszystkim nastawienie. Ja po prostu muszę pokochać ten język, zachwycić się nim. Oczywiście nigdy nie zastąpi mi polskiego, ale przydatność życiowa byłaby nieoceniona w mojej sytuacji, więc miłość byłaby tu wskazana. Jak pomyślałam tak zrobiłam. No może nie jestem jeszcze tak zaangażowana uczuciowo jakbym chciała, ale jest postęp w postaci zainteresowania. Chwyciłam za książki, które syn kupił na szkolnym kiermaszu w swojej irlandzkiej szkole. Zaczęłam pierwszą "Charlie i fabryka czekolady"  Roalda Dahl. Blisko 200 stron. Zaskakujące było to, że tak wiele słów znam, i nawet sobie tego nie uświadamiałam. W każdym razie podkreślam wyrazy, których nie znam i potem sprawdzam znaczenie, ale i tak bez tego rozumiem treść, co uważam za najważniejsze. I proszę się nie śmiać, że cieszę się z powodu czytania książki dla 8-10 latków. Samoukiem w końcu jestem. Nie chwycę się tak ni z gruchy ni z pietruchy na Oscara Wilde czy Jamesa Joyca, od razu byłaby klęska.

Podsumowanie: Kubusiowi Puchatkowi było wygodnie chodzić do spiżarki po kolejny garnek miodu, ale pewnego dnia zapragnął dostać się do miodu na drzewie. Tylko, żeby się tam dostać trzeba się wysilić. A ja mam chęć dostać się do tego miodu z pobliskiej biblioteki. Mam tylko nadzieję, że trudności, a przede wszystkim własne słabości nie zniechęcą mnie do tego celu.

sobota, 19 maja 2012

Ostatnio na warszawskich targach książki pojawił się Jonathan Carroll. Jakieś dziesięć lat temu zaczytywałam się w jego książkach, do dziś mam wiele jego cytatów i skrupulatnie je przechowuję. Lubimyczytać.pl zbierało pytania do wywiadu z nim i przedstawiło mu najciekawsze. Naskrobałam jedno, nie załapało się. Załuję, że nie wymyśliłam więcej, a z dziesięć co najmniej, a co! Druga taka okazja może się już nie trafić. Teraz już po ptakach, ale wywiad świetny, bardzo mi się podobał. Można obejrzeć na stronie:

 http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/818/jonathan-carroll-odpowiedzial-na-wasze-pytania

 Oczywiście kilka cytatów z wywiadu też sobie zapisałam:)

"...dom jest tam, gdzie człowiek czuje się najlepiej" Carroll przeprowadził się ze Stanów do Wiednia, i tam czuje się, jak w domu. Ja czuję się dobrze w Irlandii. Jeszcze jestem tu, jak na walizkach, ale marzę by zapuścić w końcu korzenie na dobre. Do Polski to tylko turystycznie.

"Najlepsze książki, jakie przeczytasz pozostaną z Tobą na zawsze." A pewnie, że zostaną. Nie oddam nikomu, nie pożyczę i nawet się nie przyznam, że mam;) A w sensie duchowym, każda książka coś nowego wnosi do mojego świata. A te najlepsze potrafią nawet wszystko przewartościować w głowie.

"Jeśli (książka) po 50 stronach spodoba ci się czytaj dalej, a jeśli po 50 stronach nie spodoba ci się odłóż ją i przeczytaj coś innego. Nie ma nic gorszego niż przymus". Szkoda, że tej rady nie miałam pod ręką, gdy czytałam "Pamiętniki" Paska. Kiedyś chyba mój nauczyciel z polskiego zachwycał się tymi "Pamiętnikami" i obiecałam sobie, że jak trafię to przeczytam, ale specjalnie nie szukałam tej książki. Ostatnio trafiłam na e-booka i myślę - czas najwyższy zmierzyć się z tym dziełem. Umordowałam się z archaizmami i ledwo żyję, a pamiętam tylko kilka przygód. Nie warto było. Nigdy więcej się tak nie wpakuję. 50 stron i jak nie wciągnie - do widzenia. Swięta racja, nie ma nic gorszego, jak przymus, najgorszy jest ten, w którym człowiek sam się zmusza. Trudno, jakoś przeboleję, że nie załapałam mentalności XVII - wiecznego szlachcica.

"Najważniejsze to móc codziennie rano powiedzieć, że robisz to co lubisz". To chyba marzenie każdego. Zaskakujące jest to, że Carroll wymienia tu obok pisania gotowanie, uprawianie ogródka, wyprowadzanie psów na spacer. Równy chłop z niego i tyle.

 

Na koniec ankieta dla Was;)

Po przeczytaniu recenzji książek w Raptularzu z Irlandii masz ochotę:

A biec do księgarni w celu dokonaniu zakupu i nieważne, że jutro nie masz na chleb

B zapisać się w bibliotece na listę oczekujących i doczekać w końcu pięknego dnia, w którym będziesz trzymać tę książkę w rękach nawet jeśli potrwa to lata

C nie czytam tego bloga, oglądam tylko zdjęcia

D pogięło cię kobieto z tymi książkami

 

Biorąc pod uwagę statystyki (na 100 czytających przypada 1 komentujący) nie spodziewam się żadnych komentarzy.

piątek, 18 maja 2012

Są tacy pasjonaci, którzy objeżdżają Irlandię wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu dolmenów, ja do nich nie należę, ale jak potknę się o takiego kamola to na pewno się nim zainteresuję. Poniższy leży niedaleko Carlow i zwie się Brownshill. Pierwszy raz oglądałam go kilka lat temu, środek zimy, zdjęcia ponure, nie ma co pokazywać. Niedawno wpadliśmy tam drugi raz, sceneria wymarzona, kwitnący rzepak, słonecznie, lekko chmurkowo.

Dolmen jest prehistoryczną budowlą megalityczną o charakterze grobowca. Pionowo wkopane głazy są przykryte wielkim płaskim blokiem skalnym. Ten na zdjęciu największy kamień waży 150 ton. Głazy te pierwotnie były przykrywane kopcem z ziemi.

 I pomyśleć, że 5 tys. lat temu ktoś postawił swoim przodkom pomnik, a on trwa sobie tak do dziś :)

wtorek, 15 maja 2012

Prawdę mówiąc jeszcze nigdy mi się nie trafiła książka, która miałaby tyle błędów drukarskich co "Lawendowy pył". Szkoda, że tak niedbale podeszło się do wydania tej powieści. Natomiast złego słowa o treści napisać nie mogę, bo nawet nie wiem kiedy, jak się wciągnęłam i te drobne mankamenty jakoś przełknęłam. Sagę rodzinną napisały trzy kobiety - babcia, mama i córka. Jest to historia rodziny sięgająca początków XIX w., aż do czasów współczesnych. Najbardziej emocjonujące były dla mnie czasy wojenne. Mimo, że kobiety nie walczyły, to jednak ciężko było im przetrwać najpierw okupację niemiecką, a potem radziecką.

Ogólnie miałam wrażenie, że mężczyźni w tej sadze robią tylko za tło. Albo idą walczyć, albo areszt, wywózka na Sybir, a jak już taki pojawi się w domu to alkohol, hazard. Nie wszyscy są "be", ale to na kobietach głównie spadł ciężar utrzymania rodziny i przetrwania trudnych czasów. Tu nie ma miejsca na sentymenty, podwijają rękawy i pracują, kombinują i uciekają ratując życie sobie i dzieciom. Parafrazując pewną reklamę, są bohaterkami w swoim domu.

Szczególnie zwróciłam uwagę w tej powieści na podejście matek, babek do przyszłości swoich córek. Starsze pokolenia chciały mieć swoją rodzinę jak najbliżej siebie. Niech wychodzą córy za mąż, ale za chłopaka z tej samej wioski, żeby takie babcie mogły na nich patrzeć i cieszyć się nimi. To  zatrzymanie jak najbliżej siebie potomków jest zrozumiałe. Czasy trudne, nikt nie chciał wyjeżdżać z rodzinnych stron, kurczowo trzymali się wszyscy razem, aby nie stracić ze sobą kontaktu. Potem następuje powoli rozluźnienie. Kolejna córka wyjeżdża do innego miasta. Rodzina się rozjeżdża. Pod koniec książki Małgorzata z mężem decyduje się na wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Potem wraca do Polski, ale córkę posyła do szkoły amerykańskiej. Zostawia jej drzwi na świat, z których potem skorzysta, albo nie. Decyzję pozostawia jej. Tak mnie wtedy refleksje wzięły, że posyłając syna dodatkowo do polskiej szkoły, też  zostawiam mu drzwi, ale w drogę powrotną. Nasze wybory, które wydają się nam dobre, niekoniecznie muszą być dobre dla naszych dzieci. Wczoraj miała miejsce taka rozmowa z synem, która bardzo mnie zastanowiła.

 

- Lubisz chodzić do polskiej szkoły? - pytam.

- Bardzo lubię!

- Dlaczego?

- Bo uczę się tam polskiego, a jak będę dorosły to wrócę kiedyś do Polski!

- Tak???

- A kto mi zabroni! - odparł butnie.

 

Oczywiście chłopak jest dopiero w pierwszej klasie, mam nadzieję że ten zapał do nauki polskiego mu nie minie w dalszych latach;) W każdym razie chciałabym pozostawić dzieciom prawo wyboru. Niech same zdecydują w przyszłości, gdzie jest ich miejsce na świecie.

Wracając do książki jest jeszcze drugi tom tylko bardzo cienki (ok 180 str.)w porównaniu z częścią pierwszą (ponad 500) to jestem rozczarowana. I teraz jest dylemat kupić czy nie? Mam dużo czasu do zastanowienia, na przeczytanie czeka pokaźny stosik książkowy, więc zanim go ogarnę to trochę minie;)

czwartek, 10 maja 2012

Dziś ostatni wpis z cyklu "pocztówek". Nawet nie sądziłam, że podczas krótkiego, zaledwie tygodniowego pobytu w rodzinnych stronach będę miała tyle materiału do pokazania.

Wystawa "Via regia - szlak wędrówki gatunków" została zorganizowana przez goerlitzkie Muzeum Historii Naturalnej Senckenberga i najpierw była pokazywana w języku niemieckim w Goerlitz, a teraz po polsku w Zgorzelcu. Na dzień dobry witający nas pan zaproponował przewodnika. Odmówiliśmy, poradzimy sobie. Pan jednak nie przejął się naszą odmową i rozpoczął swoją opowieść o wędrówkach gatunkach. Opowiadał z taką pasją, że nie mieliśmy serca mu przerywać;)

Szlak handlowy via regia łączący wschód z zachodem Europy prowadził przez Frankfurt, Lipsk, Zgorzelec/Goerlitz, Wrocław i Kraków. Ze znanych osób wędrowali nim Goethe, August II Mocny czy Napoleon. Wraz z ludźmi wędrowały również rośliny i zwierzęta. Wystawa jest o tych gatunkach, których  przybycie na Górne Łużyce i Sląsk miało lub ma duży wpływ na życie ludzi i otaczającej przyrody.

Już w średniowieczu pojawiły się w Łużycach śródziemnomorskie zioła, które przywędrowały w bagażu zakonników benedyktyńskich i cysterskich. Nasz pan przewodnik pokazał nam buteleczki z ziołami. Zapewniłam, że znam je wszystkie i stosuję je w kuchni. Zrobił minę niedowierzającą i podsunął mi do powąchania tymianek.

Szlakiem Via regia przemieszczały się zarówno wielkie zwierzęta ( przez pięć wieków przepędzano liczne stada bydła ze stepów czarnomorskich do Turyngii), jak i mikroby niewidoczne gołym okiem (epidemie dżumy czy tyfusu plamistego).

W średniowiecznej Polsce pluskwiak czerwca polskiego miał duże znaczenie gospodarcze. Uzyskiwano z niego karmazyn  służący  do barwienia na czerwono skór, wełny i jedwabiu. Szlakiem via regia eksportowano go na Europę. Dopiero po odkryciu Ameryki barwnik z czerwca polskiego został wyparty przez tańszy czerwiec kaktusowy.

Nie mam pojęcia, jak można chcieć mieć zdjęcie z takim paskudztwem. Ale kto zrozumie mężczyznę, chyba tylko drugi mężczyzna;) Model czerwca powiększony jest 60 - krotnie.

Aby powiększyć możliwości łowieckie królów i książąt sprowadzano do Europy Srodkowej i wypuszczano na swoich włościach nowe gatunki zwierząt. Bażant pochodzący z Azji przywędrował do Europy razem z Rzymianami. Pod koniec średniowiecza przywożono je między innymi i na Sląsk, rozmnażano i wypuszczano na wolność.

Innym sprowadzonym zwierzęciem w celach łowieckich jest muflon. Pierwsze osobniki przywieziono w Sudety w 1902 roku. Na zdjęciu muflony przywiezione do Saksonii z gór Harz w 1965 roku. Najpierw oswojone żyły w zagrodach i tam się rozmnażały. Potem wypuszczano je na wolność.

Szlakiem via regia przybywają również zwierzęta na gapę. Na przykład jeszcze 20 lat temu ślimaki nagie były nieznane w Polsce, ale dotarły do nas autostopem wraz z transportem owoców i warzyw z Hiszpanii i Portugalii. Zaaklimatyzowały się tu i mają się bardzo dobrze, ku zgrozie warzywnych ogródków.

Granica Unii Europejskiej na via regia znajduje się dzisiaj koło Przemyśla w południowo-wschodniej Polsce. Pośród przewożonych towarów celnicy znajdują gatunki chronione. Często są przewożone w nieodpowiednich warunkach i giną. Szacuje się, że celnicy przejmują tylko 5 - 10% przemycanych zwierząt.

Na zdjęciu znajdują się znalezione przez celników żółwie stepowe, wykopywane koparkami z piasku, unieruchamiane taśmą klejącą i przewożone w zakamarkach samochodu. Ok. 90 % sprzedawanych na bazarach i sklepach zoologicznych żółwie pochodzą z przemytu z Kazachstanu i Uzbekistanu.

Pijawki lekarskie w Polsce i Niemczech są chronione, sprowadza się je nielegalnie z Europy Wschodniej i Azji.

 

poniedziałek, 07 maja 2012

Przy Tierparku w Goerlitz znajduje się wystawa pt. "Klekocz mój dobry bocianie". Zgromadzono tu dwa tysiące eksponatów związanych z bocianami. Ten sympatyczny ptak dla ludzi jest wyczekiwanym zwiastunem wiosny, a także symbolem szczęścia, dostatku, płodności, to jemu oczywiście przypisuje się przynoszenie niemowląt.

Na terenie Tierparku mieszka kilka bocianów. Przy gnieździe zamontowano kamerę, dzięki czemu zwiedzający mogą na bieżąco obserwować życie rodzinne tych ptaków.

Obok wystawy znajduje się restauracja o intrygującej nazwie "Pod smażonym bocianem". Oczywiście bociany są pod ochroną i nie ma ich w menu. Na zdjęciu stoliki na zewnątrz tej restauracji.

Ostatni raz wpadłam tu tak na dobrą wróżbę w pierwszym miesiącu ciąży. Musiałam się dogadać z boćkami, żeby tym razem przytargali dziewczynkę.

Obiecali - słowa dotrzymali ;)

piątek, 04 maja 2012

Zawsze kiedy zaglądam do jakiejś restauracji zwracam uwagę na wystrój wnętrza, klimat, czystość, miłą obsługę itd. Restauracja "Przy Jakubie" w Zgorzelcu bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, sama w sobie mogłaby robić za muzeum.

Tuż przy wejściu nad barem wita gości rzeźbiony anioł.

Na przeciw przycupnął stolik pod ścianą z pięknie wyeksponowanymi kamieniami.

Dalej malutki kamienny pokoik na jeden stół, można się tu schować z kilkoma znajomymi.

Droga po schodach na piętro również interesująca. Mnóstwo staroci, które zachęcają do zatrzymania się i podumania nad przemijającym czasem.

Na pięterku galeria zdjęć z przeszłości. Cieplutko i przytulnie. Przypuszczam, że każdy klient, który tu zachodzi ma wrażenie, że przyszedł z wizytą do praprababci.

No i uczta. Kaczka z jabłkami dla mnie, karkówkę wybrał mąż, a wszystko to na ręcznie haftowanym obrusie. Pyszności, ale najważniejsze, że spędziliśmy miłe popołudnie tylko we dwoje :)

środa, 02 maja 2012

Na wycieczkę po Zgorzelcu wybrałam się pod rękę z małżonkiem. Pokazałam mu to miasto od strony, o której pojęcia najmniejszego nie miał. Wydaje mi się, że rola przewodnika mi się udała, chociaż w jednym miejscu wzięto mnie nawet za dziennikarza. Niestety, gdzie tylko się udaliśmy tam wrota zamknięte.

Zaszliśmy do Muzeum Łużyckiego. W środku miła pani poinformowała nas, że muzeum przygotowuje się do wystawy, którą będzie można zobaczyć w maju. Nos na kwintę i idziemy dalej.

Dom Jakuba Boehme niestety również zamknięty. Pani z Muzeum Łużyckiego poradziła spróbować zajść od tyłu, może od tamtej strony ktoś będzie. Niestety żadnej żywej duszy nie było. Za to restauracja "Przy Jakubie" bardzo chętnie nas ugościła. Obsługa pozwoliła sfotografować wnętrze urządzone po "staroświecku". Tak mi się tam spodobało, że będzie z tej restauracji osobny wpis następnym razem:)

Jakub Boehme żył w tym domu latach 1590 - 1620. Mimo, że był szewcem bez wykształcenia stał się mistykiem i filozofem religii. Pierwszym, który pisał po niemiecku, a nie po łacinie. Wywarł duży wpływ na XIX w. romantyków. Podziwiał jego dzieła również Adam Mickiewicz.

W styczniu 2006 roku dom Jakuba w Zgorzelcu odwiedził zafascynowany tym filozofem Nicolas Cage.

Niestety wizyta w tym domu jest jeszcze przed nami.

W centrum miasta postawiono pomnik Jakubowi. Na pierwszy rzut oka można się zbulwersować, jak to tak buty na książce. Ale ten kto wie kim był Jakub Boehme to wie o co chodzi:)

 

Trwają prace budowlane Placu Pocztowego, który został zniszczony pod koniec II wojny światowej. Jest to rekonstrukcja z 1900 roku. Po środku stoi słup dystansowy poczty polsko-saskiej, który postawiono tu w 1725 roku. Ten na zdjęciu to niestety jego wierna kopia.

 

A tak wyglądał Plac Pocztowy w 1904 roku.

 

Najstarszy młyn na Nysie Łużyckiej ( z 1273 roku) stał się tłem dla płaskorzeźby ceramicznej WAZE, czyli Wyraz Artystyczny Zjednoczonej Europy. Kobieta wyrastająca z ziemi symbolizuje również ideę rodzącej się wspólnoty pomiędzy polskim miastem Zgorzelec, a niemieckim Goerlitz. Autorami tego dzieła są Ormianin Vahan Bego i Polak Michał Bulak. Odsłonięto ją w 1998 roku.

 

Chociaż kościołów w Zgorzelcu jest kilka, ja postanowiłam pokazać mężowi jedyną w tym mieście prawosławną cerkiew świętych Konstantyna i Heleny w stylu słowiańskim. Wybudowano ją całkiem niedawno, bo w latach 2001 - 2002 przy wsparciu lokalnej społeczności greckiej.

Na koniec udaliśmy się na wystawę o wędrówkach gatunków, ale o tym innym razem...

wtorek, 01 maja 2012

Michelle od roku wrzucała do swojej skarbonki jedno -, dwu -, i pięciocentówki. Nadeszła w końcu wiekopomna chwila otwarcia zawartości i okazało się, że uzbierała w sumie 53 euro. Pieniążki przeznaczyła na zakup pierwszego w życiu rowerka, a resztę zainwestowała w... nową skarbonkę:)

Powoli dojrzewam do decyzji o zaadoptowaniu zwierzaka. Posiadanie zwierząt w dzieciństwie uczy tolerancji, odpowiedzialności, samoakceptacji, sprzyjają rozwojowi emocjonalnemu. Wszystko pięknie, ale ja doskonale wiem, że głównie to na mnie spadnie obowiązek opieki nad zwierzakiem, a dzieci na początku pewnie będą się rwały do pomocy, a później to już nie bardzo. Najbardziej chciałabym psa małej rasy, ale nie mamy odpowiednich warunków. W tej sytuacji jestem skłonna przyjąć pod dach świnkę morską. Jak się nie rozmyślę to na Dzień Dziecka sprawimy dzieciakom żywy prezent.