wtorek, 31 maja 2011

- Wiesz mamo, pani pytała nas w szkole, kto rządzi w naszych domach - opowiada Adam.

- Bardzo dociekliwa ta wasza pani - stwierdzam.

- No i wszyscy powiedzieli, że u nich w domu rządzą dzieci.

- A ty co powiedziałeś?

- Powiedziałem, że ja to bym bardzo chciał rządzić w mojej rodzinie, ale niestety rządzi mama i tata. Czy ty uważasz, że to jest fair?!

- Wiesz ja myślę, że w naszej rodzinie wszyscy rządzą, każdy chce być szefem, nikt nikogo nie słucha i każdy robi sobie co chce. Demokracji u nas też nie ma, bo nawet jak przegłosujemy kogoś większością głosów, to przegłosowany i tak zrobi to co chciał. Jedna wielka anarchia. Ma to dwie zalety: nikt nikomu nie podetnie skrzydeł, i można się uczyć na własnych błędach. Taaak... ale póki co decydujący głos mam ja i tato. Zapamiętaj to sobie.

 

 

niedziela, 29 maja 2011

Wczoraj pojechaliśmy do innego miasta na zakupy żywnościowe. W ogóle bym o tym tu nie wspominała, ale nasunęło mi się kilka spostrzeżeń. W Tullow nie mamy polskiego supermarketu, tylko sklep, więc wybór jest ograniczony. Jest też kilka polskich półek w irlandzkich marketach, ale wybór jest uwłaczający dla mnie, jako konsumenta. Przecież po to wyjechałam pięć lat temu na drugi koniec Europy, żeby więcej nie oglądać polskich pasztetów i konserw, to oczywiste. No, ale do rzeczy. Do tego polskiego marketu jadę między innymi z powodu litewskich produktów. Heh zabawnie to brzmi, ale tak właśnie jest. Polubiłam litewskie chleby, marynaty do kurczaka, pierniki nie tak słodkie jak polskie, dżemy z różnych dzikich owoców, itd. No więc od czasu do czasu tam zaglądamy, aby coś nowego wypatrzeć. Zajeżdżamy na parking, płatny oczywiście, i  mimo, że to kilka chwil na zakupy, to mąż zawsze wykupuje bilecik. Wygrzebujemy się całą gromadą z samochodu, a strażnik już spisuje jednego delikwenta bez bileciku. Przechodził obok Polak i miał na twarzy złośliwy uśmieszek.  Siadał mi humor rozmyślając o rodakach cieszących się z czyjegoś nieszczęścia, a tu zatrzymał się samochodem inny Polak, chętnie użyczący nam swojego bileciku, jemu już nie był potrzebny. Jak miło :) Potem do marketu, w drzwiach stoi inwalida o kulach, chciałby wyjść, ale nie ma szans, bo z zewnątrz zdrowi na ciele, szturmują się na gwałt do środka. Na samym końcu ja, zdziwiona, że ten biedak tak stoi , przytrzymałam mu drzwi, i pomyślałam sobie, że w irlandzkim markecie na pewno by się to nie zdarzyło. W samym sklepie ekspedientki nabzdyczone na cały świat. Nawet w Polsce byłam lepiej obsługiwana. Łaskę robią, że w czymś pomogą, ale tym razem była jakaś nowa, nawet uśmiechała się do klientów, więc jak się nie zarazi fochem od koleżanek, to może będzie miło tam kupować. Ja też miewam złe dni, ale handlarz powinien mieć coś z aktora, i na bok odsuwać swoje osobiste frustracje. Wiele razy w tym markecie byłam potrącana, i nie raz oberwałam koszykiem, w porę nie usunąwszy się z drogi. Słowa przepraszam lub sorry, jakby w tym miejscu nie istniały. Podśmiewywanie się, jak ktoś się dziwniej ubrał to już normalka. No i muzyka w tle. Okropieństwo! Przeważnie disco polo, co mnie wnerwia, bo tylu mamy wspaniałych polskich piosenkarzy. Mąż nie zwraca na to uwagi, ale ja mam ogromny dyskomfort przy wyborze towaru. Pan obsługujący dział wędliniarski, nigdy nie pamięta za pierwszym razem co chciałam i ile. Za każdym razem! Górali i Litwinów rozumie w lot, a mojej polszczyzny to nijak. A przy kasie też nie lepiej. Proszę o zrywkę. Pani nie wie o co chodzi. Proszę o jednorazową torbę. A chodzi o reklamówkę? Nie nie o reklamówkę. Pani wyciąga zrywkę. To jak mówi się na reklamówki? Duże plastikowe torby? Chyba jesteśmy z innych rejonów Polski. Szybko okazuje się, że jedna torba do moich zakupów to za mało, bo od razu pęka. Proszę o drugą torbę, jak zwał, tak zwał. Druga też nie wytrzymuje, ale za każdą pani policzyła mi już po 20 centów sztuka, więc nie ryzykuję i trzeciej już nie biorę. Od tamtej pory w torebce mam zawsze zwiniętą torbę z mocnego materiału, zawsze to i dla środowiska lepiej, i dla mnie mniej nerwa. I takie ogólne spostrzeżenie na koniec: polska emigracja w Irlandii reprezentuje się jako dzicz, dzicz i jeszcze raz dzicz, czasem jednak dostrzegam w tej dziczy perełki  świecące tak jasno, że aż mnie oczy bolą ;)

sobota, 28 maja 2011

Niedługo Dzień Dziecka i z tej okazji pojechaliśmy do fabryki czekolady "Chocolate Garden" w Rath. Słodkości wykonuje się tu ręcznie, można na miejscu kupić i spróbować lokalnych specjałów.

Adam stwierdził, że to najlepsze miejsce na świecie dla każdego dziecka.

A dla mnie ciasto marchewkowo-orzechowe, trochę w smaku przypominające piernik, ale to pewnie dzięki przyprawom. 

 

piątek, 27 maja 2011

Dzieciaki, jak to dzieciaki uczą się przez doświadczenie (czyt. łobuzują), ale czasem zaskakują mnie bardzo pozytywnie.

Adam na przykład na lekcje Tae Kwon-do sam zarobił karmiąc kota sąsiadom w czasie ich nieobecności. Powiem więcej, sam zdecydował, że na ten cel wyda swoje pieniądze. Nikt mu tego niezasugerował. Heh, a na zajęciach teraz uczą się łamać plastikowe plakietki ciosem z nogi, potem będą deski, a na końcu co? Cegłówki???

Ostatnio też syn zasypywał mnie pytaniami dotyczącymi płci i rozmnażania człowieka. Bardzo poważnie podszedł do tego tematu, i cieszę się, że to ja mu wszystko wytłumaczyłam, niż gdyby miałby dowiadywać się od kolegów. Nie wiem czy w tej kwestii można liczyć na irlandzką szkołę. Jeśli tak, to na pewno w późniejszych klasach. Kiedy tak sobie rozmawialiśmy, okazało się, że Adama interesuje cała anatomia człowieka, i wpadłam na pomysł zdobycia francuskiej bajki "Było sobie życie".

Codziennie oglądamy wspólnie jeden odcinek i go omawiamy. Sama bardzo lubię tę bajkę, bo dzięki niej można sobie łatwiej wizualizować ( jak dla mnie życie komórkowe to czysta abstrakcja), a Adam zachwycony. Teraz to dopiero zasypuje mnie pytaniami. Nie nadążam z odpowiedzią.

Obiecałam mu, że wrzucę na bloga zdjęcie jego nowego dzieła. Ramka do zdjęć z dzieciństwa. Jeszcze nie zdecydował gdzie to powiesi.

 

A nasza Michelle (16 miesięcy) zaskakuje chęcią, jak najszybszego usamodzielnienia się. Nie przepada za wózkiem, lubi dużo biegać. Po schodach sama chce wchodzić i schodzić, a jak podaję rękę odgania się, jak od natrętnej muchy. Widelcem też chce jeść sama. Jedzenie zajmuje jej mnóstwo czasu, ale jest zbyt przejęta i uparta, żeby odpuścić.

 Według tego zdjęcia można się domyśleć, jak bardzo uparta to osóbka. W tamtej chwili mogłaby powiedzieć "bo ja mamusiu mam swoje sprawy" ;)

wtorek, 24 maja 2011

Tak się ostatnio sielankowo zrobiło na moim blogu, więc dziś dla odmiany ponarzekam sobie po polsku, żeby nie wyjść z wprawy.

 Otóż  małżonek wymyślił sobie w ostatni weekend, że pojedzie na drugi koniec Irlandii i spędzi go na dwudniowym wyścigu kolarskim. Oczywiście dla reszty rodziny nie jest to wesoła nowina, ale przełykaliśmy takie sytuacje już nie raz, więc i tym razem obeszło się bez rozpaczy. Rzecz w tym, że noc z piątku na sobotę miałam koszmarną w dosłownym znaczeniu. Obudzona ze złymi przeczuciami obmyślałam, jak przekonać małżonka do zaniechania tej podróży. Zanim wygarnęłam się z łóżka, usłyszałam trzaśnięcie drzwi i tyle go widziałam. Acha! Ale nie tak prędko! Dobija się do okna, zapomniał kluczy od samochodu. Dla mnie to kolejny znak, że nie powinien jechać. Krótka dyskusja i się poddaję. Nie przedstawiłam żadnego racjonalnego powodu, dla którego miałby nie jechać. Babskie przeczucia to zdecydowanie za mało, aby go powstrzymać. A więc szykował mi się nerwowy weekend, i nic nie mogłam zrobić, żeby nerwowy nie był. Po paru godzinach dzwoni mąż, jest już na miejscu, ale naszła chmura, duży wiatr, rozpadało się, paskudna pogoda, pewnie to przejściowe, jak to w Irlandii. Kolejne dwie godziny i ja dzwonię. No wiatr jest poważny, rzuca samochodem, leje jakby chmurę oberwało, mimo to mąż zostaje, do wyścigu jeszcze dużo czasu, na pewno się rozpogodzi. Wracaj natychmiast! - mało nie zjadłam słuchawki, tak się wkurzyłam. Poddał się w końcu no i wraca. Po 80 km zatrzymał się, zaczęło się przejaśniać na tyle, że zaczął rozważać powrót. Nic z tego! Kolejna chmura, jeszcze większa niż poprzednia. Na kilometrowym odcinku drogi 30 cm wody. Zdjęcie z komórki daje mgliste pojęcie co się tam działo, ale wesoło z pewnością nie było.

 Na moje nieszczęście wyścig nie został odwołany i dwudziestu paru zdesperowanych podjęło wyzwanie. Chciałabym zobaczyć zdjęcia z tego wyścigu heh. Przez resztę weekendu mąż z pretensjami, że odwiodłam go od tego wyścigu, a ja odkrzykuję, że nie wiadomo jak by się dla niego skończył ten wyścig. W każdym razie nie podoba mi się fakt, że dorosły mężczyzna, a zachowuje się czasem jak dziecko, które mamusia wyciąga z piaskownicy, bo burza nadciąga, a ono zapiera się, bo koledzy dalej się bawią. Takie przepychanki kto ma rację, i czyje będzie na wierzchu doprowadzają mnie do rozpaczy. Następnym razem powstrzymam się z emocjami, niech się dzieje co chce... TAO KUBUSIA PUCHATKA i już.

poniedziałek, 23 maja 2011

 Kolejna książka Cejrowskiego, która nie zawiodła mnie ani treścią, ani opracowaniem graficznym. Kredowy papier, zmieniająca się czcionka, zdjęcia wręcz dopieszczone. Treści książki nie będę zdradzać, ale każdy może się domyśleć, że to o wyprawie do dżungli amazońskiej w poszukiwaniu Indian. Książka z każdym rozdziałem przenosi ze świata materialistycznego naszej cywilizacji do duchowego świata ostatnich dzikich ludów. To przejście następuje powoli, tak jakby autor przygotowywał czytelnika do zmiany sposobu myślenia, ale dzięki temu łatwiej wciągnąć się w te wywody z szamanem na tematy metafizyczne.

Cejrowski często się chwali w swoich książkach, że pod ich wpływem wielu postanowiło iść w jego ślady, i też zaczęło podróżować, tak ekstremalnie, jak on.  Ludzie wstają ze swoich wygodnych foteli i pakują plecaki, a jeśli tego nie robią, bo są uwiązani tysiącem spraw, to marzą o tym, żeby tak zrobić. No coż, ja to chyba jakaś inna jestem. Owszem uwielbiam jego książki, ale na takie wyprawy to ja się nie piszę. Po obejrzeniu takich zdjęć z indiańskimi posiłkami ( między innymi owady), wbijam się jeszcze bardziej w ten fotel, kanapę, krzesło czy cokolwiek na czym siędzę, i myślę, że żadna siła, a tym bardziej wewnętrzny głos nie wyciągnię mnie na taką wyprawę. Nie chodzi o to, że muszę mieć zaraz luksusy, ale łóżko, sprawna łazienka i spożywczak za rogiem, to moje bezwzględne minimum. Namioty, biwaki, były fajne, ale jak się było dzieckiem, teraz mnie to w ogóle nie rusza i nie wzrusza.

 Wracając do książki to czyta ją się jednym tchem, przerywając gromkim śmiechem, bo książki pana Wojtka zawierają ten rodzaj humoru, który najbardziej do mnie dociera, i za to też je uwielbiam :)

niedziela, 22 maja 2011

Kilka zdjęć z niedzielnego spaceru po Oak Park w Carlow.

 Latawce...dmuchawce...wiatr...

... i moja ulubiona modelka, która nie ustoi w jednym miejscu ani chwili.

 

Michelle została " porwana" przez Azjatkę do zdjęcia w celu promowania pokoju na świecie... a paw to tak przypadkiem się zaplątał, wyczuł wiekopomną chwilę i też dał popis;)

 

piątek, 20 maja 2011

A to mój skromny kącik wypoczynkowy. Ten ogródek wymaga minimum pracy, a daje maksimum wypoczynku. Większość roślin jeszcze nie rozkwitła, sadziłam je z myślą o lecie.

 Bratki rosły z początku nieśmiało, a teraz kwitną jak szalone;)

 Surfinia też się rozkręca...

 

 Gdy byłam dzieckiem lubiłam zrywać kwiatostany łubinu. Kiedy zobaczyłam tę roślinę w sklepie naszły mnie wspomnienia i ... nie mogłam  nie kupić tej rośliny.  Jeśli pewnego dnia będę miała własny ogród możliwe, że będzie się składał z samych takich "wspomnień", a projekt ogrodu będę mogła od razu wyrzucić do kosza. Będzie bez ładu i składu, ale za to swojsko;)

I ciacho śliwkowe na podwieczorek:)

 

 Historie, które Cejrowski nie chce już opowiadać, ale musi. Tak wynika ze wstępu. Pierwszy nakład był w niewielkiej ilości, a po zdobyciu popularności przez autora, książki osiągały na aukcjach internetowych 250 zł sztuka. I to za książkę, której pisarz się wstydzi! Poprawił, dorzucił zdjęcia, i teraz sprzedaje się drugi nakład. Jest to zbiór dość chaotyczny, ale mnie to nie przeszkadza, za to przeszkadza mi jego niechęć (żeby nie powiedzieć nienawiść) do Niemców czy Francuzów. Oczekiwałabym od osoby, która zajmuje się badaniem ludów, większego dystansu. Ale widać "ten typ tak ma" ;) Mimo wszystko jest to świetna książka, z humorem, w taki sposób powinny być pisane podręczniki. Wiedza sama wchodziła by do głowy. W tym przypadku wiedza podróżnicza. A podróżnik ten pokory nie ma, a przynajmniej jeszcze nie w tej książce. Twierdzi: " świat należy do zuchwałych, a nie do młodych, zdrowych i bogatych". Cóż, młodość rządzi się swoimi prawami. Kolejna jego książka, która przekonuje mnie co naprawdę znaczy podróżowanie.  Kolejny raz nie mam ochoty wychylać się poza Europę. Tyle niebezpieczeństw, które w ogóle nie przyszły by mi do głowy. Ludzie na przykład myślą, że w dżungli człowiek nie pracuje, a ma co jeść. Nic bardziej mylnego. To właśnie w dżungli się głoduje. A zjada się larwy, pędraki, mrówki, nie zawsze udaje się upolować mięso. Autor przekonuje, do samotnych wędrówek, twierdzi że samotnemu wędrowcy tubylcy chętniej pomagają, a nawet ugoszczą. Grupa ludzi zniechęca do kontaktów, i wiele, wiele innych porad, tylko kto miałby odwagę je zastosować. Na pewno nie ja;)

środa, 18 maja 2011

- Wiesz mamo, dobrze że na Tae Kwon-Do są dziewczyny. Bo ja bardzo lubię patrzeć na dziewczyny. Wszystkie mi się podobają, nawet te w wózkach, które są dzidziusiami. Jak tak będę patrzył i patrzył to może się zakocham.

- A mógłbyś z tym poczekać jeszcze z dziesięć lat? - pytam.

- Nie sądzę.

 

- Odrobiłeś zadanie domowe? - pytam Adama

- Tak, dziadek mi sprawdził. Powiedział, że jest beautifully, ale co na to powie pani, to tylko jeden Jezus wie. 

 

poniedziałek, 16 maja 2011

No i dzisiaj natchnęło mnie na kuchnię japońską, i raczej powtórki nie będzie. Zupa miso nie powinna opuszczać w ogóle misy. Każdy spróbował po łyżeczce, a na drugą łyżeczkę już nikt się nie zdecydował. Samo sushi dało się zjeść ( mimo amatorskiego wykonania), nawet powiało egzotyką, ale widać mam uprzedzenia do tej kuchni. Ta potrawa musiała by powalić mnie na kolana, żebym się do niej przekonała. Wierzę, że fachowcy potrafią robić z tym cuda, ale mnie osobiście nie po drodze jest w te rejony smakowe. Zresztą nie ma co się dziwić, w głowie mam teraz tylko tarty. A małżonek przeciwnie - bardzo mu smakowało, zwłaszcza po treningu kolarskim. Mimo tego oznajmiłam stanowczo, że to pierwszy i ostatni raz.

 Na zdjęciu po lewej stoi sos sojowy, w którym można maczać sushi. Zupa miso nie została sfotografowana, gdyż lepiej pasowała do zlewu, niż do stołu.

niedziela, 15 maja 2011

Samochód jest dla mnie po to, aby z punktu A dojechać do punktu B, i nazad, i żeby to odbyło się w miarę bez przykrości. Czyli bez awarii, bądź przystanków w stylu pociągów rosyjskich na tak zwane remamenciki. Szybko, ale nie za szybko, gładko jeśli drogi pozwolą, i bezpiecznie też by dobrze było. Wbrew pozorom, jako kobieta nie zwracam uwagę na kolor pojazdu (poważnie!), ale na wiek auta. U irlandzkich pojazdów to łatwizna, rocznik zapisany jest na tablicy rejestracyjnej. Im nowsze, tym jest szansa, że sprawniejsze, a przynajmniej tak sądzę (być może naiwnie). W każdym razie z radochą wielką z Adamem pooglądałam sobie stare samochody( ale jeszcze nie takie stare, bo te z przed 1939 roku będą miały zlot w czerwcu). Dla mnie są to obiekty no prawie, że muzealne, interesujące, ale użytkować je, to nie dziękuję, no i muszą być w utrzymaniu pewnie bardzo drogie. To zabawa tylko dla pasjonatów. A małżonek zbojkotował nasz pomysł z tym zjazdem, i nie wysiadł z samochodu, a więc kolejny stereotyp dotyczący mężczyzn upadł. Nie wszyscy interesują się motoryzacją.

 

 

 A to bardzo dziewczęcy pojazd, mnóstwo maskotek i wiosennych bibelotów w środku, a na karoserii - motylki :)

A ta bestia prosto z piekła ;)

"Nieustraszony" też tu był.

A tu właściciel samochodu specjalnie do zdjęcia pokazał swojego nietypowego szofera :)

 

piątek, 13 maja 2011

Cudowna książka, jestem nią zachwycona. Ostatnie rozdziały czytałam po jednym dziennie, tak bardzo nie chciałam jej skończyć. Niedawno pisałam o filmie "Julie & Julia" o blogowiczce, która kierując się książkami Julii Child uczy się gotować, pisze o tym na blogu, aż w końcu osiąga sukces, staje się pisarką i wydaje książkę. Mnie osobiście też zaineresowała książka biograficzna Julii Child "Moje życie we Francji", po którą Julie w chwilach zwątpienia sięgała, i której fragmenty można było zobaczyć na filmie. Uważam, że to były dobrze wydane pieniądze, i na pewno z tą książką się nie rozstanę. Nie żebym miała takie ambicje jak Julie hehe. Nie mam (na szczęście) takiego ciśnienia na sukces. Podziwiam Julię Child, że lądując w obcym kraju, nie znając języka, nie umiejąc gotować (była już po trzydziestce) miała w sobie tyle samozaparcia, że wszystko to nadrobiła w krótkim czasie, okupując oczywiście ciężką pracą, a ewentualne niepowodzenia przekuła na sukces. Skończyła prestiżową szkołę kulinarną Le Cordon Bleu, napisała wraz z francuskimi koleżankami książkę o kuchni francuskiej dla Amerykanek, a potem występując w programach kulinarnych, zaraziła swoją pasją do gotowania swoje rodaczki, które w dobie postępu, nie miały pojęcia jak się do gotowania zabrać, i ile z tego można mieć frajdy. Julia opierając się na własnych doświadczeniach stwierdza " nikt nie rodzi się świetnym kucharzem, ale uczy się przez działanie".

Tego to się nie spodziewaliśmy, a radochy było tyle, jakby dzieciak sztabę złota wykopał w ogrodzie.  Adam znalazł obtłuczony kieliszek do jaj, a na stopce miał napis "Chodzież made in Poland". Zainteresowałam się, bo nazwa firmy coś jakby znajoma, ale nie wiem jak bardzo znajoma. Na necie dowiedziałam się, że firma ma 159 lat, najpierw była w rękach niemieckich, a w 1920 roku została wykupiona przez polski Bank Handlowo-Przemysłowy z Poznania. Porcelana z "Chodzieża" zdobyła mnóstwo nagród za swoje wyroby i jak to się mówi cudze chwalicie, swego nie znacie. Nawet z okazji beatyfikacji papieża też przygotowana została ciekawa oferta. Przyjemnie było sobie pooglądać te naczynia, ale że znajdziemy w irlandzkiej ziemi szczątki jednego z tych naczyń, to bym się nie spodziewała na pewno. No już prędzej przedmioty made in china hehe. 

  Nie chciałam tu robić zdjęcia tego znaleziska Adama, bo nie ma za bardzo co podziwiać, obtłuczona, stara skorupa i tyle, ale za to pozwoliłam sobie skubnąć jedno zdjęcie z porcelaną ze strony Chodzieża, są to naczynia  z fasonem " Kropla", do wiosennych, stołowych aranżacji. Więcej można zobaczyć na http://www.porcelana.com.pl/

 Skoro dzisiaj tak dwa wpisy o tematyce kulinarnej to dodam, że irlandzkiego chleba jeszcze nie robiłam, już miałam się zabierać, a tu sąsiad przyniósł mi wiązkę rabarbaru, to się wzięłam za ciasto rabarbarowe.  Słuszny kawałek tego ciasta Adam zaniósł sąsiadowi, taka  wymiana heh. Po za tym w markecie małżonkowi zachciało się spróbować suhi, i za nim się obejrzałam produkty do suhi wylądowały w koszyku. Teraz szukam na necie, co z tymi fantami mam teraz zrobić. Za każdym razem kiedy otwieram szafkę te tak zwane wasabi i inne patrzą na mnie z wyrzutem, kiedy mam zamiar się za nie zabrać. Bo ja to myślę, że kuchnia japońska to tylko tak fajnie wygląda, ale smaczna to ona nie jest, ale mam nadzieję, że się pomylę w tej kwestii.

 
1 , 2