wtorek, 29 kwietnia 2014

Założycielem stadniny był pułkownik William Hall-Walker, który w 1900 roku zakupił farmę w Tully. Jednym z najważniejszych powodów dla których zdecydował się na hodowlę koni czystej krwi, była tutejsza wysokozmineralizowana woda o zawartości 260 promili węglanu wapniowego. Świetnie nadająca się do pojenia koni, dając im dobre uwapnienie kości. Mimo, że jego polityka hodowlana i administracyjna  była uważana za ekscentryzm nie zmienia to faktu, że odniósł on sukces hodowlany. Na przykład miał zwyczaj układania horoskopów nowonarodzonym źrebakom i jeśli horoskop był pomyślny zwierzę zostawało w stadninie i było wystawiane na wyścigach, jeśli nie - szło na sprzedaż. W 1915 roku Walker przekazał stadninę Koronie Brytyjskiej w zamian otrzymując tytuł Lorda Wavertree, a w 1943 roku stadnina została przekazana rządowi irlandzkiemu.

Logiem Irish National Stud jest klacz ze źrebakiem. Można też spotkać podobną rzeźbę na terenie stadniny.

 

 

Tu już prawdziwy okaz, konie nie podchodzą blisko ludzi, są zbyt płochliwe.

 

 

Za to ten okaz można dowoli ujeżdżać, znajduje się na placu zabaw dla dzieci.

 

 

Widok z placu zabaw na ogród św. Fiakriusza.

 

 

Św. Fiakriusz był irlandzkim mnichem żyjącym w VI wieku. Podróżował on po całej Irlandii i Szkocji, a następnie założył pustelnię w Breuil we Francji. Fiakriusz zachęcał swoich uczniów do pracy fizycznej, do uprawiania ogrodów. Płody ziemi rozdawał ubogim i pielgrzymom. Francuzi uczcili jego pamięć i nadali mu tytuł patrona ogrodników. Na zdjęciu widać rzeźbę przedstawiającą świętego, trzyma on w dłoni nasiono - zarodek przyrody i stworzenia.

 

 

 

Równie piękne są rabaty kwiatów na terenie stadniny, na przykład te krwistoczerwone tulipany...

 

 

... lub żółte i fioletowe bratki, które również tworzą barwne plamy wśród alejek.

 

 

 

piątek, 25 kwietnia 2014

Na początek trzeba wspomnieć, że japoński ogród, który mieliśmy ostatnio przyjemność podziwiać mieści się na terenie stadniny koni Irish National Stud w Tully niedaleko Kildare. Oprócz niego można podziwiać ogród św. Fiakriusza, ale skupmy się na razie na ogrodzie japońskim, bo wydaje mi się najbardziej interesujący, zwłaszcza o tej porze roku.

Japończycy wydają mi się narodem, który nigdy nie robi czegoś w prosty sposób. Zawsze muszą wszystko skomplikować, nawet błahe rzeczy opatrzą mnóstwem rytuałów i biada temu, kto się z tych ceregieli chciałby wyłamać. Toteż i ogród nie może być sobie tylko zbiorowiskiem roślin, on musi mieć głębsze znaczenie, swą symbolikę, która poruszy, bądź zmusi do refleksji. Dlatego też ogrody japońskie są takie niesamowite :)

Ogród japoński w Tully pod tym względem nie jest wyjątkiem, a przedstawia on historię życia człowieka.

Wchodząc przez Bramę Zapomnienia, kierujemy się ścieżką i docieramy schodząc po schodkach do Groty Narodzin ( na zdjęciu poniżej).

 

 

 

Jako dziecko małymi krokami wędrujemy przez ciemny Tunel Ignorancji, gdzie odnajdujemy światło i wspinamy się na Wzgórze Nauki. Następnie trudna droga prowadzi na rozdroża.

 

 

Tutaj człowiek wybiera między ścieżką stanu kawalerskiego, a ścieżką prowadzącą na Wyspę Szczęśliwości i Cudów. Oczywiście każdy idzie na wyspę, bo wygląda ciekawiej:) W tym miejscu człowiek poznaje swoją drugą połowę i łączy się z nią na Moście Zaręczyn.

 

 

Następnie para przechodzi przez Most Małżeństwa i wędrują Ścieżką Miodowego Miesiąca.

 

 

 

Razem wspinają się na Wzgórze Ambicji, skąd rozpościera się piękny widok na cały ogród. Wśród gałęzi ledwie widoczny Pawilon Herbaciany.

 

 

 

 

Schodząc ze wzgórza gdzieś po drodze docierają do Studni Mądrości, następnie przechodzą przez Most Życia (czerwony na poniższym zdjęciu) do Ogrodu Spokoju i Zadowolenia.

 

 

 

U kresu wędrówki docieramy na Wzgórze Żałoby, gdzie człowiek kładzie się na wieczny odpoczynek. Wychodząc z ogrodu przechodzimy przez Bramę do Wieczności.

 

 

Japoński ogród w Tully założony zgodnie z zasadami wschodniej filozofii, składa się z elementów wyrażających symbolikę życia człowieka od kołyski, aż po grób. Wędrówka po ogrodzie to fascynująca przygoda, gdzie każda ścieżka, mostek, wzgórze mają głębsze znaczenie.

 

 

wtorek, 22 kwietnia 2014

Jak nigdy, ale w tym roku Wielkanoc mi się udała. Trochę była zaplanowana, ale bez napinania się, bo czyż można przewidzieć pogodę, gdy się planuje wycieczkę, albo czy można mieć pewność, iż żadne choróbsko nie przypałęta się akurat w ten szczególny czas?

W Niedzielę Palmową postawiłam na ekstrawagancję i poszłam poświęcić z córką polskie, kolorowe, tradycyjne palmy wielkanocne. Wyróżniałyśmy się właśnie tą kolorystyką, ponieważ Irlandczycy święcą gałązki zimozielonego drzewa, nazwy nie dociekam. Nacięte gałęzie ustawione w koszu przy wejściu, każdy sobie bierze po jednej i ma symboliczną palmę, chociaż są mało efektowne. No, ale ja musiałam zaszaleć ;) I zwróciłam tym uwagę wszystkich, na szczęście pozytywną. Starsze panie były zachwycone i jedna nawet podeszła do nas i pochwaliła naszą piękną polską tradycję. Tydzień później czyli w Wielkanocną Niedzielę, po mszy miałam powtórkę zachwytów, podeszła do nas zakonnica, wspominając nasze piękne palmy i oferując nam swoją pomoc duchową. Tak więc było miło.

Na Wielkanoc też zadbałam o odpowiednią lekturę, która odświeżyłaby mi i odkurzyła nieco wiarę. Od czwartku zaczęłam czytać "Monopol na zbawienie" Szymona Hołowni i uważam, że lepiej nie mogłam trafić. Autor nadaje na tej samej częstotliwości co ja odbieram. Pewnie, że ta książka nie jest dla każdego, najszybciej dotrze do ludzi młodych. Warto jednak po nią sięgnąć, z poczuciem humoru o rzeczach ważnych i to nie tylko na tematy chrześcijańskie.

Zdrowie dopisało wszystkim, wycieczka zaplanowana również się udała. Dla odmiany ukłon w stronę wschodniej kultury. Pojechaliśmy zwiedzić japoński ogród, zdjęcia w następnym poście. Potrawy na wielkanocnym stole tradycyjne, aczkolwiek nie w ilościach, które by stół uginały. W planie był przecież jeden dzień świąt poza domem, więc nie było sensu się zbytnio ścierać.

A na zdjęciu ta ziemianka to dom ( chyba) zająca,  w każdym razie napakowany czekoladowymi ogromnymi jajami, taka atrakcja dla dzieciaków zorganizowana w Rathwood, wpadliśmy tam na chwilę w piątek dla relaksu, po uporaniu się z wielkanocnymi ciastami :)

 

czwartek, 17 kwietnia 2014

...się zrobiło. Przyjemnie się spacerowało, a dziecię młodsze brykało beztrosko po trawnikach. Akurat w Irlandii nie ma zakazów deptania trawy, i nacieszyć naturą dzięki temu bardziej można. Tak korzystam z chwili jeszcze wolnej, przed zaprzęgnięciem się do pieczenia bab wielkanocnych tudzież innych takich serników. Kilka lepszych zdjęć wybrałam dla bloga.

 

 

 

 

 

Korzystając z wiosennego akcentu życzę wszystkim czytelnikom wesołych, zdrowych, pogodnych Świąt Wielkanocnych :)

środa, 16 kwietnia 2014

Była taka piosenka, na obozie harcerskim się uczyłam, leciało to jakoś tak: " Był sobie las, zielony las, a w lesie sejm burzliwy, bo zwierząt chór prowadził spór co znaczy być szczęśliwym..." i tu zaczęto wymieniać różne zwierzęta, a szczęście dla każdego z nich oznaczało co innego. Na koniec zapytano człowieka i tu nic się nie dowiedziano, bo człowiek, jak to człowiek usiadł i myśli. I koniec piosenki. I wtedy każdego ( tak myślę) refleksja nachodziła, co by musiało się stać/mieć/być, aby zapanowała kraina wiecznej szczęśliwości, przynajmniej w swoim odczuciu.

Czytałam coaching według Bennewicza i trochę mnie gość przeraził. Rozdziały pod tytułem np."Oprogramowanie klienta" matko jedyna, to o człowieku jak o maszynie, ale z drugiej strony to fajnie by było się przeprogramować, gdyby coś nawaliło, wystarczy zmienić tor myślenia, i już się wie co i jak i wszystko pięknie, tylko jak to zrobić trwale, jak zastosować w życiu, żeby były efekty ? On wie jak, ja jeszcze nie.

Znowuż Beata Pawlikowska przekonuje, aż wręcz naciska w jednej ze swoich książek na codzienny spacer z samego rana 10 min. zaraz po przebudzeniu  i doskonale wie, że to nie takie proste zmusić mózg do nowego nawyku. Jakby mi w myślach czytała. Gdybym chciała co rano na spacer to ja bym psa sprawiła sobie zamiast kota i zrywałabym się w te pędy ze zwierzakiem i jego potrzebą. To byłoby bardziej motywujące niż wstawanie po to, by pobyć z samym sobą i pozachwycać się tym stanem. Chyba o to jej chodziło, o naładowanie wewnętrznych akumulatorów - ale tego to akurat uczyć się nie muszę, bo introwertykiem jestem i jest to zachowanie dla mnie tak naturalne, jak nienaturalne jest uważam, zrywanie się o świcie i słuchanie ptaszków, które na pewno ćwierkają tylko dla mnie (tak przekonuje Beata). Bo ja tak mogę o każdej porze dnia się skoncentrować, ale mniejsza o to.

Mogłabym sobie jeszcze "psioczyć" na kilku takich autorów, ale nie zmienia to faktu, że uwielbiam czytać o coachingu. Nawet jeśli nie jestem pilnym uczniem, to coś tam sobie zapamiętam, coś zapiszę, na coś spojrzę z różnej perspektywy, nie żeby tam jaki budda na kwiecie lotosu wyluzowany, ale zwyczajnie tak pozytywnie nakręcona (nie mylić z euforią - to zgubne jest akurat), i od razu lepiej.

Positive Success Group z Dublina przysyła mi co tydzień "poniedziałkowy motywator", żeby mi się chciało, jak mi się nie chce. Czasem trafiają w 10-tkę i z mottem lub radą noszę się jak z mantrą przez tydzień, a nawet dłużej. Ale co tam poniedziałek, ja codziennie faszeruję się różnymi artykułami na ten temat i dochodzę do wniosku, że szczęście to nie odczucie, ale wewnętrzy spokój, że jest dobrze tak, jak jest, a jeśli chcę coś zmieniać to tylko w zgodzie ze sobą. I mniej tego koniecznego "muszę, powinnam", a więcej "chcę, lubię"- trzeba będzie mi nad tym pokombinować.

Dla każdego jednak, jak w tej piosence, szczęście oznacza co innego. Z coachingiem właśnie się szuka tego czegoś :)

 

 

czwartek, 10 kwietnia 2014

....trochę lepiej lub trochę gorzej, ale nie o to chodzi ...itd. Bo jak tak już pisarze z piedestału mi pospadali, to i chęci mnie osobiście na twórczość ogarnęły. To było od jakiegoś czasu w planach, ale śmiałości zabrakło, żeby urzeczywistnić. Zawsze myślałam, że tylko prozą potrafię, ale natchnęło mnie na wiersze dla dzieci. A dokładniej to zaczęłam się interesować polskimi legendami i układam teraz historie wierszem. Nabazgrałam już "Legendę o św. Florianie" aż 15 zwrotek mi zajęło i trochę krótsze "Lajkonik", "O Pannach Zwierzynieckich", a teraz tworzę "Legendę o stópce Królowej Jadwigi". Uparłam się na ośmiozgłoskowca, a do tego wersy muszą być rymowane. Na razie jestem w Krakowie, ale potem zajrzę do innych miast. Ciekawa jestem co też ciekawego mogę wyszukać z przeszłości na przykład takiego Wrocławia, bo już z Poznania to znam jedną legendę. Jest to dla mnie eksperyment, no i oczywiście wyzwanie bo  takie przedsięwzięcie potrwa raczej długo, nim zobaczę finał. Ale lubię zabawy z językiem, tak więc teraz popróbuję wierszy. Czasami człowiek musi, inaczej się udusi :)

piątek, 04 kwietnia 2014

Wczoraj byliśmy w Hacketstown na występie " Jake Neverland Pirates". Cała zabawa polegała na tym, że wchodziła jedna moskota, potem druga, trzecia, prowadzący przedstawiał, zabawiał, robił konkursy, puszczał muzykę, a dzieciaki mogły się z postaciami z bajek wyskakać. Potem pożegnanie bohaterów, wychodzą, a za chwilę powitanie kolejnych maskot i zabawa rozpoczyna się od nowa. I tak przez dwie godziny :)

 

 

 

Nawet mój małżonek (pierwszy od prawej, zdjęcie u dołu) też się udzielał wraz z córeczką (pierwsza w rzędzie). W nagrodę otrzymali balonowy miecz ;)

 

 

 

 

Cuda na kiju też były ;)

czwartek, 03 kwietnia 2014

... ładnie razem wyglądają, pod warunkiem, że śpią i jeść nie wołają. Michelle co prawda zjada mikroskopijne ilości, ale za to kot porcje jak dla tucznika. Do tego wytresował mnie, że jak miska będzie pusta, to sam otworzy sobie chlebarkę i dobierze się do pieczywa. Tak więc nie mam wyjścia karmić muszę. Mike przynajmniej odrabia to co zje, bawiąc i dotrzymując towarzystwa Michelle :)