sobota, 27 kwietnia 2013

Okrzyk radości jak najbardziej na miejscu, gdyż w końcu wybierzemy się do Disneylandu w Paryżu. Wycieczka wykupiona na 5 dni, ale dopiero na wrzesień. Razem z moją małą napalone jesteśmy, jak nie wiem co. Oglądamy wciąż zdjęcia i filmiki z parku. Za cztery miesiące to będziemy takie obcykane w temacie, że hej. Adam też się cieszy, ale i martwi, że nie zna francuskiego;) Jak to fajnie będzie spełnić swoje dziecięce marzenia, które już dawno pokrył kilku-tonowy kurz.  Ale należało nam się: Adam ma w tym roku Komunię, my mamy 10 rocznicę ślubu, Misia zaczęła chodzić do przedszkola, a że nie jesteśmy imprezowiczami, więc musimy sobie inaczej odbić świętowanie:)

 

 Powyższe zdjęcie pochodzi ze strony facebookowej Disneyland Paris, ale jak już tam pojedziemy to nie będę oszczędzać aparatu :)

 

https://www.facebook.com/#!/disneylandparis

wtorek, 23 kwietnia 2013

Korzystając ze słońca kilka ujęć z tarasu. Chociaż tą odrobiną zieleni muszę się nacieszyć.

Narcyzy mam drugi rok, trochę mi się rozmnożyły i nadwyżkę oddałam sąsiadowi, miejsce w skrzynce w końcu mam ograniczone. Niestety u niego nie rosną tak bujnie, a żagwin ( u dołu) przez zimę sponiewierany, nie poddaje się i kwitnie.

 

 

Clematis "Rebeka" w dużej donicy wypuścił pędy, co mnie bardzo cieszy, gdyż okaz ten dostałam w prezencie. Mam nadzieję, że latem pochwalę się pięknymi bordowymi kwiatami.

 

 

Michelle uparła się kupić te kiczowate wiatraczki, ale ma tyle z nimi radochy, że nie mogłabym ich wyrzucić. Nawet podziwiam te zabawki, że przetrwały zimowe porywiste wiatry.

 

 

Wiszący kosz pleciony z liści bananowca, a w nim surfinia - dwie sadzonki z rośliny z poprzedniego roku, gdyż nie miałam pewności, że znajdę w tym roku tę samą odmianę (ten wytarty fiolet bardzo mi się spodobał). Można powiedzieć rozmnożenie tej rośliny, to mój sukces ogrodniczy. Dopiero od trzech lat trzymam surfinie. Wcześniej nie miałam ochoty na ich uprawę ze względu na ich żarłoczność nawozów. Ich uroda jednak mnie przekonała i nawet żałuję, że nie mam więcej miejsca na inne ciekawe odmiany tej rośliny.

 

 

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

... znalazłam w centrum ogrodniczym. Wyjeżdżaliśmy z domu w piękne słońce, a zanim dojechaliśmy lunęło porządnie. Z parkingu biegiem do sklepu i tę paniusię zobaczyliśmy witającą klientów - udającą, że nie widzi klientów, ale czego można się spodziewać po manekinie. Donice wokół niej piękne o żywych kolorach. Wolę jednak by roślina była ozdobą, a nie donica.

 

Krówki dopasowały się kolorystycznie do panującej mody.

 

W ogrodzie tegoż centrum wypatrzyłam nowe postacie z kamienia.

 

Dalej stawik ten sam co zawsze.

 

Element wschodni :)

 

Zaopatrzona w nowe donice, ale nie te o żarówiastych  kolorach ;) i wór ziemi będę próbowała stworzyć swój "raj" na tarasie. Tylko czy pogoda da mi się nim nacieszyć ?

czwartek, 18 kwietnia 2013

No właśnie, nic nie napisałam o tym, że dziewczę poszło do polskiej szkoły, a dokładnie do Klubu Malucha "Puchatkowo" przy Polskiej Społecznej Szkole w Carlow. A przecież rozpoczęcie nauki przez naszą muszelkę to wiekopomna chwila dla naszej rodziny. Oczywiście nie trzeba być geniuszem, warunkiem koniecznym do spełnienia jest niekorzystanie z pieluch i oczywiście, aby taki maluch był w stanie rozstać się z mamusią na 5 godzin. Sami nie wiedzieliśmy czy coś z tego będzie, bo to jednak dopiero co 3 latka skończyła, ale pozytywnie nas zaskoczyła. Adam bardzo długo dojrzewał do szkoły i myślałam, że będzie powtórka, a tu niespodzianka. Tak więc soboty ma dziewczę bardzo pracowite, a najważniejsze, że ma nie tylko zajęcia z polskiego, ale i z angielskiego, tak by łatwiej dzieciakom zaaklimatyzować się w irlandzkiej szkole.

Chyba wie, że o niej piszę, bo domaga się dostępu do laptopa. Od kiedy skończyła roczek pchała się do niego, a w wieku dwóch lat potrafiła sobie odszukać bajki lub gry na internecie. Koszt tej zdobytej umiejętności był bardzo wysoki. Nie raz namieszała w sprzęcie i ze dwa razy wyłuskała klawiaturę. Ale czyż mogę bronić dostępu do wiedzy ? ;) Na skype też potrafiła nabazgrać do informatyka, z którym współpracuję,  sobie tylko znaną wiadomość, na co odpowiedział, że nie zna tego języka oprogramowania :)

Na topie teraz są u niej bajki Disneya i Różowa Pantera. Tysiąc pięćset sto dziewięćset razy powtarzam, że to pantera, ale ona upiera się, że to kotek. Widocznie się nie znam:)

środa, 17 kwietnia 2013

Pomimo paskudnej aury i przeciągającego się zapalenia płuc jestem pozytywnie nakręcona. Mam nadzieję, że pogoda się poprawi do niedzieli ze względu na plany, jakie sobie obmyśliłam. Bo już naprawdę, tyle fajnych rzeczy mnie ominęło, dłużej tego nie zniosę.

A tak poza tym dziewczę nasze okazało się bardzo wyrywne do szkoły. Chętnie chodzi do polskiej szkoły mimo, że dopiero skończyła 3 lata. Zapisaliśmy ją również do irlandzkiego przedszkola. Na początek na dwa dni w tygodniu. Zdecydowałam się na inne przedszkole niż te, do którego chodził Adam. Ze względu na przykre wspomnienia. Bo po pierwsze Adam tam nie był aniołem, po drugie panie przedszkolanki wcale nie potrafiły poradzić sobie z trudniejszym dzieckiem, po trzecie włączały mu bajki na dvd, żeby mieć z nim spokój, po czwarte nie nauczył się tam ani jednego słowa po angielsku. Słowa hi i bye znał przed pójściem do tej placówki. Tak więc nie wiem za co płaciłam. Być może teraz tam jest lepiej, bo opiekunki się zmieniły, ale ja nie mogłam się przełamać. Ostatecznie wybrałam inne przedszkole dla muszelki. Budynek, w którym się mieści dobrze mi się kojarzy ponieważ (wiem, bardzo emocjonalnie podchodzę do wszystkiego),  chodziłam tam na angielski dla początkujących i miło to wspominam. Już sam fakt, że byłam absolutnie na wszystkich zajęciach. Do tego zaglądaliśmy tam czasem do Biura Obywatelskiego po porady w załatwianiu różnych spraw w urzędach, tak więc też były wrażenia pozytywne. Przedszkole okazało się też fajne. Nie mamy jak na razie żadnych problemów, ale też i mała nie jest rozrabiarą. Lubi zajęcia manualne i wszelkie gry i zabawy. Niepokoi mnie tylko to, że mała nie składa zdań, ale pytałam się już kilka osób (pedagogów, logopedów) i wszyscy twierdzą, że ma jeszcze czas, że każde dziecko rozwija się w innym tempie. Zdąży się jeszcze rozkręcić. Mam taką cichą nadzieję, że posłanie jej szybciej do przedszkola sprawi, że będzie miała więcej bodźców i zmotywuje ją do uczenia się mowy.

Ps. ależ jestem przejętą mamuśką ;)

sobota, 06 kwietnia 2013

Czy ta wiosna się w końcu rozkręci? Czy ten dzisiejszy słoneczny dzień to kolejna podpucha?

Ostatnio z moim sąsiadem Irlandczykiem czytaliśmy książkę o wyprawie Roberta Scotta na Antarktydę w 1910 roku, tak adekwatnie do pogody nam było, co chwila padał śnieg. Bo się mój sąsiad podjął ciężkiego (jeśli nie beznadziejnego) zadania nauczenia mnie angielskiego. Oczywiście od listopada chodzę raz w tygodniu na zajęcia w szkole, które trwają 1,5 godz., ale wiadomości wpadają i równie szybko wypadają nieużywane zbytnio. Poszłam z bardzo trudnym zadaniem domowym (zdecydowanie nie na mój poziom) i starszy pan nie tylko mi pomógł, ale i zaoferował bezinteresowną pomoc w nauce. Tak więc, chodzę od poniedziałku do piątku na godzinę i próbuję ogarnąć ten język. Oprócz ćwiczeń z gramatyki, czytamy książki. Miałam już wyprawę na Antarktydę, a ostatnio wypożyczył album o Polsce. Zawiera zdjęcia i podstawowe informacje o naszym pięknym kraju np. że mamy 6 pór roku, "ó" czyta się jak "oooh", słowo "obiad" pisze się przez dwa d, czyli "obiadd". Ale co tam, najważniejsze i tak było: górale, Kraków, Wałęsa, 95% katolicyzm, a z potraw bigos, pierogi, chłodnik i oscypki. I o biedzie w naszym kraju też napisali, nic się nie pieścili. Tylko mi chyba sąsiad nie uwierzył, że w Bałtyku można się kąpać, przecież tam biegun zaraz jest;) W każdym razie uczę się pilnie, być może spełnię swoje marzenie swobodnego czytania (ze zrozumieniem oczywiście) w tym języku. W przyszłym tygodniu czeka mnie ciężka historia Irlandii, starszy pan wypożyczył książkę o Wielkim Głodzie. Wydaje mi się, że podstawowe i najważniejsze rzeczy wiem, ale kto wie, może dowiem się czegoś nowego...

Zaklinam, więcej ciepłego słońca.

Takie fajne zdjęcie rzeźby znalazłam. Pamiętam, jak stanęłam przed nią z mężem i on pyta: powiedz mi, i co to ma być? - Jak to co, słońce na patyku :)

Taki bez ładu i składu jest ten wpis, ale jak widzę antybiotyk mi działa. Mam wrażenie, że na co bym nie poszła do lekarza dostanę antybiotyk. Sama powinnam wypisywać sobie te recepty.