piątek, 29 kwietnia 2011

To już pół roku tego bloga i jestem osobiście zdziwiona, że piszę, że zaglądam tu codziennie, że w ogóle mi się chce, że wciągnęło nawet nie wiem kiedy. Wcześniej miałam blog na onecie, ale krótko, szybko się zniechęciłam. W założeniu miał być coś w rodzaju dziennika, ale nie tak osobisty, raczej o tym co mnie w danej chwili interesuje, niż zdarzenia z życia wzięte. Wyszło trochę tego, trochę tego. Raz piszę jak do przewodników turystycznych, a zaraz potem wylewam się jak przekupka na targu. Wszystko zależy od emocji mną targających, więc dlatego tak.

 Jeśli chodzi o zdjęcia, są jakie są, i lepsze w najbliższym czasie nie będą. Musiałabym przestudiować instrukcję obsługi do aparatu, a gruba jest jak Biblia, co mnie od razu odrzuca, bo książek technicznych nie trawię. W fotografowaniu nie lubię tylko jednego - zakazu fotografowania. Zdarzyło mi się tak trzy razy. Pierwszy raz Zamek w Kilkenny: O nie turysto , nawet sobie nie myśl, że w środku porobisz zdjęcia, a dla pewności zabieramy aparat do depozytu. Drugi raz Irlandzka Galeria Narodowa: Ignorowałam plakietki z zakazem fotografowania, a nawet udawałam że nie widzę strażników, toteż się doigrałam i ... dostałam delikatne upomnienie. Trzeci raz Zamek Książ koło Wałbrzycha: A tu się zgina dziób pingwina pozwolenie mam wykupione na fotografowanie dziadku stróżujący, mandaciku nie będzie hehe.

 Moja rodzinka, ta o której tu piszę reaguje różnie - Adam: a wrzucisz to zdjęcie ze mną na bloga? Ma chłopak parcie na szkło;) Michelle nie ma zdania (za mała żeby mieć). Mąż: a pisz co chcesz, to twój blog. No więc taki mam zamiar - pisać o czym chcę.

Zyczę wszystkim, aby w radosnych podskokach, z piosenką na ustach udali się czym prędzej na majówkę. Nie ma co się dusić w domu, zima jest od tego;)

czwartek, 28 kwietnia 2011

Tak krótko o filmach.

Jak byłam jeszcze nastolatką uwielbiałam czytać Lwa Tołstoja "Wojnę i pokój" (to nic, że cztery tomy, im więcej tym lepiej), i klasykę romansu "Annę Kareninę". Po latach udało mi się obejrzeć ekranizacje tych książek, mówię o nowych wersjach, bo wiem, że już dużo wcześniej filmowano te książki.

 

Fimy wyprodukowane z rozmachem, przepiękne zdjęcia, ciekawi aktorzy, no i niesamowity klimat tych filmów.

 Z rosyjskich produkcji udało mi się ostatnio obejrzeć "Admirała" i "Spaleni słońcem" polecane przez kasię.eire (pozdrawiam), na inne filmy jeszcze poluję;)

 

 

Oba powyższe filmy bardzo mi się podobały :)

 A moje dzieci oszalały na punkcie "Wilka i zająca":) Są takie bajki które podobają się w każdym wieku, i co najważniejsze chętnie się do nich wraca. Dla Adama i Michelle to oczywiście nowość, ale z przyjemnością patrzę, że wybierają chętniej te 10 odcinków "Nu pogodi", niż komputerowe bajki:)

 

12:55, rowena77 , film
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 kwietnia 2011

Swięta spędziłam właśnie nad tą książką. Na początku była katorga, bardzo męczące opisy. Kiedy już myślałam, że akcja się w końcu rozkręci, kolejny rozdział, kolejne opisy, miałam już ochotę rzucić tę książkę w kąt. Mam jednak zasadę, że czytam do połowy, jeśli się nie zainteresuję, wtedy dopiero rezygnuję. Nie mogłam polubić tych postaci, a ich los nie zabardzo mnie obchodził. Potem coś jednak zaskoczyło. Akcja przeniosła się w czasy wojny, i tu już nie można było być obojętnym, szczególnie na opisy. Ta część książki to już nie jest fantazja autora. On pisał wedłu prawdziwych listów, dzienników, wspomnień żołnierzy i pielęgniarek z 1940 roku. Momentami wyciskacz łez. Szkoda, że cała książka nie była taka...

wtorek, 26 kwietnia 2011

Adam troszkę udzielał się ostatnio artystycznie. Pierwsza praca wykonana jest nie z plasteliny, jak można by sądzić, ale z gipsu. To praca szkolna, i nie mam pojęcia, jak przebiegały kolejne etapy twórcze, by coś takiego wykonać. W każdym razie jest to prezent z okazji irlandzkiego Dnia Matki, a w chwili obecnej Michelle używa to "coś" do przechowywania swojej drewnianej biżuterii :) Nie wiem co miała nauczycielka na myśli, zadając im tę pracę. Jeśli to miala być popielniczka to prezent byłby nietrafiony, gdyż nikt u nas nie pali, ale na drobiazgi nawet się przydaje. Możliwe, że dzieło to nie jest stworzone w celach użytkowych, tylko do ozdabiania wnętrz;) ......... Misia!!!!!!!...Nie wolno!!!!...... a teraz to mi nikt nie uwierzy, ale po zrobieniu zdjęcia, Michelle chwyciła to "coś" i wrzuciła do ubikacji. Wyłowiłam, wygląda na całe, mam nadzieję, że syn się nie dowie. Nie wiem jak oduczyć córkę wrzucania tam przedmiotów. Przeważnie ofiarą padają skarpetki i buty.

Druga praca jest wykonana przez Adama i jego irlandzkiego dziadka. Otóż wykonanie tego dzieła nie było takie proste. Przekopano najpierw ogródek, aby odnaleźdź te skarby przeszłości. Przekopywano oczywiście pod grządki, skarby to tak przy okazji :) Potem to wszystko stało się materiałem do interesującego obrazu.

 

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Ukrzyżowanie...

Pogrzebanie...

Zmartwychwstanie...

Alleluja!

niedziela, 24 kwietnia 2011

Ciekawy kamień niedawno odkryłam z Adamem. Według tablicy informacyjnej, znajdującej się obok, ta granitowa, duża, płyta z okrągłym otworem w górnej części pochodzi aż z epoki brązu ok. 2000-1600 lat p.n.e.

Takie kamienie ustawiano, aby zaznaczyć miejsce pochówku, albo zaznaczano granicę gruntu. Był też inny kamień stojący w pobliżu, ale nie przetrwał do naszych czasów. Ten na zdjęciu już prawie się położył.

W XVIII wieku wymyślono nowe zastosowanie dla kamienia. Otóż wkładano przez otwór małe dzieci w celu uzdrowienia.

Myślę, że mowa tu chyba o niemowlętach, gdyż mój siedmioletni syn nie dałby rady się przecisnąć. A więc wyleczyłby głowę, bądź kończyny, ale o chorobach tułowia to mógłby zapomnieć ;)

sobota, 23 kwietnia 2011

Wielkanoc w Irlandii, czyli radzimy sobie jak możemy, żeby polskie tradycje kontynuować na obczyźnie. Na zdjęciu poniżej nasze wielkanocne baby. Okazało się, że pieczenie ich jest dziecinnie proste, więc upiekłam trzy.

A to już w Kościele św. Różańca w Tullow. Koszyczki ustawione "na baczność" do święcenia;)

Irlandczycy nie mają takiej tradycji, ale irlandzki ksiądz, na prośbę Polaków od kilku już lat święci nam pokarmy.

Nasz Kościół w wiosennej oprawie.

Wszystkim blogowiczom, wszystkim czytającym blogi życzę wesołych, zdrowych, pogodnych świąt, mokrego dyngusa, i prezentów od zajączka :)

środa, 20 kwietnia 2011

Tę Wielkanoc spędzę tylko z dzieciakami, małżonek bierze udział w trzydniowym wyścigu kolarskim, czwarty rok z rzędu. Skoro woli męczyć się na tym rowerze, zamiast siedzieć z nami, jeść świąteczne dania, ewentualnie pojechać na jakąś małą wycieczkę, to ja nie mam siły z tym walczyć. Dania świąteczne powinny nazywać się daniami adamowymi, bo tylko  będę gotować ulubione potrawy syna. No i czeka mnie eksperyment kulinarny. Rodzicielka przysłała mi foremki do bab wielkanocnych i stos przepisów, więc nie ma zmiłuj się, dzieciaki muszą mieć polskie wielkanocne ciasta. Nie wiem co z tego wyjdzie, ważne żeby było słodkie, wtedy na pewno zjedzą. 

Dzieciaki dostały też w prezencie od irlandzkiej babci i dziadka, czekoladowe wyroby od lokalnej fabryki "Chocolate Garden". W zamian ofiarowały polskie wyroby cukiernicze baranki wielkanocne, jeden z cukru, a drugi z ciasta. Aby była jasność, nie są prawdziwymi dziadkami naszych dzieci, tylko takimi w zastępstwie;) Sami mają wnuki w Stanach, i rzadko je widują, a nasze dzieci dziadków już nie mają, obaj nie żyją, a babcie jedna w Polsce, druga w Niemczech, nie mają okazji ze sobą pobyć. Tak więc mamy tu polskie wnuki i irlandzkich dziadków, i wszyscy są zadowoleni, szczególnie ja, kiedy mam chwile tylko dla siebie :) No, ale na święta wyjeżdżają do rodziny więc prezenty rozdane już dzisiaj.

W tę Wielkanoc na pewno nadrobię zaległości książkowe, a więc książka, spacery z dzieciakami, jeśli pogoda dopisze, i ogólnie relaks :)

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

To była nasza druga wizyta na zamku Johnstown znajdującego się blisko Wexford. Wcześniej byliśmy tu trzy lata temu, ale Muzeum Rolnictwa było w tym czasie zamknięte, więc przyjechaliśmy tu ponownie, żeby je zobaczyć. Zamek został wybudowany w 1855 roku, i  do 1945 roku był w prywatnych rękach. Potem oddano go w darze narodowi irlandzkiemu. W tej chwili opiekuje się zamkiem Departament Rolnictwa.

Eksponaty z Irlandzkiego Muzeum Rolnictwa

Pięknie zdobiony wóz Travellersów potocznie nazywanych Cyganami.

Bardzo podobają mi się rzeźby ludowe.

Sklep rowerowy, coś dla męża ;)

Adam jest już przyzwyczajony, że matka ciąga go po muzeach.

sobota, 16 kwietnia 2011

Sobota pełna wrażeń dla naszych dzieciaków. Pojechaliśmy na ranczo Reilly w Carlow.   Znajduje się tam Centrum Aktywności dla dzieci. Mnóstwo atrakcji, nawet lekki deszczyk nie odstraszył maluchy od dokazywania na świeżym powietrzu.

Prawdziwy kucyk wygląda groźnie, więc bezpieczniej będzie na plastikowym.

Na ranczo można bawić się w "ganianego" z kogutem.

Można się przejechać beczkowozem.

Męczenie króliczków, chomiczków, świnek morskich w cenie biletów.

Gra w golfa również jest interesująca.

Adam robi to już profesjonalnie :)

Zabawa w dom.

Czyżby Michelle  spodobało się  kolarstwo?

... i było jeszcze wiele innych ciekawych atrakcji. Dzieciaki nie chciały wracać do domu :)

piątek, 15 kwietnia 2011

Czasu na książkę nie mam, więc tylko filmy ostatnio oglądam, a tych się trochę uzbierało.

 Wielbiciele Lary Croft będą zawiedzeni. W tym filmie Angelina, mimo że gra agentkę nawet się nie spoci, nie potarga włosów, ba, nawet śpi w pełnym makijażu. Jest aż zbyt idealna, żeby była prawdziwa. Wielcy aktorzy w takim sobie filmie. Wenecja, miasto piękne (przynajmniej to co pokazują turystom) samo się broni, nie trzeba specjalnie reklamować. Ogólnie przyjemnie mi się go oglądało ,chociaż nie utknie mi ten film w pamięci na dłużej, natomiast małżonek był nim zdecydowanie rozczarowany, fan Lary heh.

No gdyby nie ciągle te same twarze, to byłabym zachwycona tym filmem, ale cóż, na ekranie zawsze można zobaczyć tylko etatowych aktorów, wciągnąć się nie mogę na maksa w taką   historię. Marek fałszerz studolarówek odsiaduje wyrok razem z Profesorem, który wrobiony przez wspólnika obmyśla plan zemsty. Kiedy Marek okazuje się przydatny do rządowych malwersacji, Profesor postanawia to wykorzystać...Magiczne sztuczki też będą. Film z 2010 roku.

 

 

Co do aktora, to naprawdę ukłon. Nie dość, że wygląda jak Carlos, nazywa się tak samo, ma taką samą smykałkę do języków, to jeszcze na potrzeby filmu przybierał na wadze, jak na zawołanie. Nic dziwnego, że został za tę rolę nagradzany.Film jednak mnie nie zachwycił, nie trzymał w napięciu, a przecież jest o jednym z najgłośniejszych terrorystów na świecie. Nie czułam strachu zakładników, a ideologia Carlosa też nie była przekonująca. Przygotowałam się na mocny film, ale było nudnawo.

 

00:12, rowena77 , film
Link Komentarze (1) »
wtorek, 12 kwietnia 2011

A w ostatnią sobotę Michelle odebrała nagrodę za zdjęcie, które brało udział w konkursie "Dziecko w obiektywie" organizowanego przez sieć polskich sklepów "Polonez" pod patronatem "Polskiej Gazety". To właśnie to zdjęcie.

Tyle zamieszania, jakby dziewczę co najmniej samochód wygrało.

Michelle nie chciała w ogóle pozować, tatuś musiał na chwilę przytrzymać do zdjęcia. Zresztą widać po lewej nóżce, jaka wyrywna. Zapoznała sobie chłopca w swoim wieku, i dawaj biegać po całym sklepie "w ganianego". A nagrodą był przejęty tylko Adam.

niedziela, 10 kwietnia 2011

Ten wspólny mianownik to morale głównego bohatera. Pierwszy film jest oparty na powieści Oskara Wilde (jak coś jest na podstawie książki to ja zaraz muszę obejrzeć). Dorian zakochuje się w sobie kiedy ogląda swój portret. Pragnie zachować młodość i urodę nawet za cenę własnej duszy, i jak się można domyśleć jego życzenie zostaje spełnione. Ale gdyby tu tylko chodziło o niego, niestety to życzenie pochłonie też wiele ofiar. Drugi Twardowski, tylko że tamten skończył w miarę dobrze na księżycu.

Film jest z 1977 roku, Stuhr jeszcze bardzo młody. Tutaj główny bohater nie cofnie się przed niczym, aby spełnić swoje marzenie, a mianowicie chce poprowadzić prestiżową imprezę, ale wodzirejem jest zaledwie dwa lata, a mnóstwo kolegów o większym stażu również ma nadzieję poprowadzić ten bal sylwestrowy. Lutek nie cofnie się przed niczym. Nawet sprzeda swoją dziewczynę, zdradzi przyjaciela.Oszustwa, szantaż, zapłaci każdą cenę za swoje marzenie. Ale czy było warto?

Trzeci film tym razem z pozytywną postacią. Główny bohater Banan, student socjologii, dorabia sobie na stacji benzynowej u Dymeckiego. Kiedy na stacji pojawia się śmiertelnie ranny gangster w luksusowym aucie i torbą pełną pieniędzy, Dymecki chce zagarnąć jego majątek,i kopie mu za życia w lesie grób. Banan nie zagadza się na to, pomimo młodego wieku ,braku życiowych doświadczeń, ma silne morale, nie ugina się pod chciwością Dymeckiego. Film z 2001 roku. 

20:13, rowena77 , film
Link Komentarze (1) »
środa, 06 kwietnia 2011

No to się synuś doigrał. W szkole uderzył jednego chłopaka "z główki" w czoło, tamten ma siniaka. Zdenerwowałam się tym faktem, ale kiedy emocje opadły, przeanalizowałam sytuację. Myślałam, że takie incydenty mamy już za sobą. W tym roku szkolnym kilka razy padał ofiarą ataków kolegów, a teraz i on, pomimo zakazów pokazał różki. Bije się - źle, nie bije się - też źle, dzieciaki szybko wyczuwają fajtłapę, na którym można się wyrzyć, a nauczycielka nie ma oczów dookoła głowy, i nie zawsze reaguje. Przypomniałam sobie, że widziałam na paradzie z okazji dnia św. Patryka grupę uprawiającą Tae Kwon-Do. Zdobyłam namiary, okazało się, że opatrzność jest po mojej stronie;) Akademia Tae Kwon-Do ma od niedawna nowe lokum, ze specjalnym wyposażeniem, a teraz ogłosili nabór do nowych klas. Tonem nie przyjmującym żadnych sprzeciwów, zakomunikowałam synowi, że jak go tak siła rozpiera, będzie miał okazję ją zaprezentować przed samymi mistrzami sztuki walki taekwondo. Trochę dyscypliny mu się przyda. Zaznajomiłam go z tematem, pokazałam mu na necie filmiki z pokazów walk, aż buzię otworzył z wrażenia. W lot, nauczył się kolorów pasów, które są odzwierciedleniem umiejętności zawodnika, dowiedział się, że ta sztuka walki pochodzi z Korei, i z tą niewielką wiedzą poszedł na pierwszy trening. W grupie jest ich siedmioro, w tym jedna dziewczyna, jeden chłopak jest z tej samej klasy co Adam, więc już mu raźniej. Może być więcej osób, bo cały czas trwa nabór. Wrócił z treningu zafascynowany, zademonstrował już czego się nauczył, nawet wrażenie zrobiły na nim ukłony zawodników. Na razie ćwiczą bez kimon, nie wiadomo kto ile potrenuje, i czy mu się spodoba. Mam nadzieję, że coś z tego będzie, nie chodzi mi, że ma być medalistą, tylko po prostu, żeby sprawiało mu to frajdę, a i dzieciaki w szkole miały respekt. Oczwiście cały czas tłumaczę, że swoich nowych umiejętności nie powinien próbować na kolegach, ale myślę, że trenerzy będą mieli na niego większy wpływ po tym względem. Co z tego wyniknie czas pokaże. 

 
1 , 2