piątek, 30 marca 2012

Cofnę się dzisiaj w przeszłość. Otóż kiedy było wiadomo już, że i ja spakuję walizy i wyjadę do Irlandii, postanowiłam czegoś dowiedzieć się o tym kraju. Między innymi źródłem wiedzy były filmy. Pech, że większość przedstawiała Irlandię z XVIII i XIX w., i pierwsze co mi się rzucało w oczy to wszędobylskie błoto. W końcu trafiłam na film o akcji dziejącej się współcześnie, a mianowicie "Przyzwoity przestępca" (2000). Sięgając po niego niezbyt interesowała mnie gangsterka, raczej obchodziło mnie to, co wypatrzę w tle czyli : budownictwo, wystrój wnętrz, pejzaże, sposób ubierania, czy zachowania tubylców, klimat - tu nie było zaskoczenia oczywiście, że deszczowo.

Film jednak się obronił i nawet nie wiedziałam kiedy, jak wciągnęła mnie historia pewnego typa z pod ciemnej gwiazdy. Niejaki Michael Lynch (grał go świetnie Kevin Spacey) to dubliński kryminalista, przywódca złodziei i co ciekawe bohater i ulubieniec tłumów, gdyż bezkarnie pogrywa sobie z władzą. Oficjalnie bezrobotny, pobierający co tydzień grzecznie zasiłek, posiadający dwie żony i kupę dzieci, przykładny mąż i ojciec, a nieoficjalnie... no właśnie.

Potem jak zgłębiałam tę historię okazało się, że postać Lyncha jest lekko wzorowana na autentycznym irlandzkim przestępcy Martinie Cahillu. Na przykład Cahill nie pozwolił się wysiedlić z kamienicy przekazanej do rozbiórki. Po zburzeniu domu rozłożył w tym samym miejscu namiot i uparł się tam mieszkać. Sam burmistrz Dublina odwiedził go i obiecał dom w znacznie lepszej dzielnicy. W filmie też jest ten motyw. Lynch wspomina, jak z dwiema żonami nie chciał opuścić budynku i burmistrz też się do niego fatyguje.

Jedna z żon Lyncha jest zachwycona odnalezionym niedawno obrazem "Pocałunkiem Judasza" inaczej też zwanym "Pojmaniem Chrystusa" słynnego włoskiego malarza Caravaggia. Oczywiście jej mąż już obmyśla skok na te wspaniałe dzieło, ale tak by wilk był syty i owca cała. Z początku myślałam, że jest to fikcyjny obraz wymyślony na potrzeby filmu, tymczasem okazało się, że obraz rzeczywiście w 1993 roku został szczęśliwie odnaleziony i umieszczony na stałe w Irlandzkiej Galerii Narodowej, gdzie można go podziwiać do dziś.  Moim marzeniem było go zobaczyć i spełniło mi się to, ale nie tak prędko. Za pierwszym razem moja wizyta w Galerii Narodowej była związana z polskim malarstwem. Caravaggio wisi tam na stałe, a Matejko, Malczewski, Wyczółkowski byli przejazdem więc oni mieli pierwszeństwo, a potem czasu nie było, żeby szukać Włocha. Za drugim razem pojechałam specjalnie dla niego, wracałam zadowolona jak żona "przyzwoitego przestępcy" i tak, jak ona z plakatem tego obrazu :) 

Michelangelo Merisi da Caravaggio był reformatorem malarstwa europejskiego na przełomie XVI - XVII w. uznawany za pierwszego, wielkiego artystę barokowego. Jego obrazy cechuje ciemne tło, intensywne kolory, kontrastowy światłocień i często dramatyzm przedstawionych postaci i scen. Większość jego obrazów jest o tematyce religijnej i malował je przeważnie na zlecenie Kościoła, ale ten często jego obrazy odrzucał, co akurat samemu artyście nie szkodziło wcale. Nabywców na jego dzieła nie brakowało wśród arystokratów. Dlaczego Kościół się krzywił na jego dzieła? Caravaggio miał bardzo złą opinię awanturnika, na dodatek na świętych obrazach, które często miały znaleźć  się w ołtarzach, umieszczał postacie z nizin społecznych. Wszyscy wiedzieli, że modelkami były u niego kurtyzany, a chłopcy pozujący na aniołków, bynajmniej święci nie byli. Na dodatek malował tak realistycznie... Kto chciałby się modlić do obrazu Matki Boskiej wiedząc jednocześnie, że przedstawia ulicznicę?

Obraz "Pocałunek Judasza" namalował w 1602 r. w Rzymie na zlecenie kardynała Ciriaca Mattei. Płótno zaginęło w XVIII w., dopiero w 1993r. odkryto podczas konserwacji, że obraz który wisiał sobie beztrosko w jadalni jezuitów przez 60 lat tak naprawdę jest oryginalnym Caravaggiem.

I takich to oto ciekawostek (niekoniecznie o Irlandii) można się dokopać po obejrzeniu jednego filmu ;)

 

17:05, rowena77 , film
Link Komentarze (1) »
środa, 21 marca 2012

Bardzo kobieca książka napisana o dziwo przez mężczyznę. Franceska jest starszą osobą, wdową, której dzieci wyfrunęły z rodzinnego gniazda i rozpierzchły się po świecie. Kobieta jest przygnębiona tym, że tylko okazjonalnie może widywać się z dziećmi i wnukami. Wcześniej cały jej świat kręcił się wokół rodziny, teraz czuje się niepotrzebna, na bocznym torze życia. Postanawia zostać nianią dla dwójki dzieciaków w wieku szkolnym, którymi zajmuje się po lekcjach przed powrotem pracującej matki. Nawet nie wiadomo kiedy, zmienia jakość życia domownikom oczywiście na lepsze, sama mając z tego ogromną satysfakcję.

Ta historia nie jest szczególnie zaskakująca, czytelnik doskonale wie jak potoczą się losy tej rodziny. Nie ma zwrotów akcji i trupy z szafy też nie wyskakują, ale to nie akcja jest atutem tej książki, a klimat jaki ze sobą niesie. Być może nie jest to książka tak do końca idealna dla mnie, ponieważ chętnie gotuję i eksperymentuję w kuchni, a pichcenie jest dla mnie jednym ze źródeł radochy. Ta książka niesie przesłanie najprędzej dla Amerykanek, które nie gotują, a kupują mrożonki i wrzucają je do mikrofali, ewentualnie kupują coś na wynos. Pezzelli udowadnia, że nie trzeba gotowaniu poświęcać godzin, których pracujące kobiety nie mają. Wystarczy kilka odpowiednich, łatwych przepisów i od razu chce się reszcie rodziny wracać do domu. Zaznacza, jako lubiący domową kuchnię, że posiłki są kluczem do serca mężczyzny i takie tam farmazony, w które do końca nie wierzę. Dlaczego? Bo jak wychodziłam za mąż słabo gotowałam, więc przez żołądek nie podbijałam serca, a poza tym znam wielu facetów, którzy bardzo chętnie podaną pod nos potrawę spałaszują niekoniecznie ciepło myśląc o osobie, która to przyrządziła. Takich oczywiście trzeba się wystrzegać. Ale z doświadczenia mojego wynika, że z czasem swojego mężczyznę można uzależnić od swojego jedzenia;)

A dzisiaj dowiedziałam się, że mój małżonek wraca do domu wesoły jak skowronek nie dlatego, że miał fajny dzień w pracy, jak dotąd myślałam, a z powodu czekającego obiadu:) A już najbardziej cieszy się kiedy dolatuje mu zapach ciasta, bo łasuch słodkości z niego ogromny. Syn natomiast jak tylko wyskoczy ze szkoły wita mnie pytaniem "co na obiad?" Jak był mały oglądaliśmy razem program o dzieciach z domu dziecka i tłumaczyłam mu, że nie wszystkie dzieci mają mamę. Adam wtedy stwierdził "nie ma mamy - nie ma mniam mniam" i zasmucił się losem dzieciaków. Cóż, już się przyzwyczaiłam, że wszyscy w domu kojarzą  mnie z jedzeniem;)

Nie stosuję jakiejś zmyślnej diety, raczej są to pewne nawyki żywieniowe. Ziemniaki i inne warzywa gotuję na parze nie tracąc przy tym witamin. Mięso wybieram chude. Głównym tłuszczem do smażenia, pieczenia i duszenia jest u mnie oliwa. Dzięki czemu potrawy są lekkostrawne. Od potraw wymagam by dawały energię, ale żeby trawienie ich nie wymagało męczenia organizmu. Idealne potrawy dla mnie to takie, które spełniają warunek lekkostrawności, są zdrowe, i nie są czaso i pracochłonne. Powoli odstawiam na bok kuchnię polską, której książek mam już pięć pozycji, na rzecz kuchni włoskiej, ale powolutku, stopniowo, bez wielkich szaleństw. Obecnie przerabiam dział sałatki z "Kuchni polskiej" Małgorzaty Puzio, chciałam coś nowego na wielkanocny stół, ale tradycyjnie polskiego. Natomiast na co dzień u nas spaghetti i inne makarony na różne sposoby, kupuję też ravioli, tortellini i gnocchi, wrzucam je na wrzątek trzy minuty i gotowe. Więcej czasu zajmuje przygotowanie sosu z mięsem lub bez, ale można pójść na jeszcze większą łatwiznę i zamiast sosu polać je oliwą lub masłem i posypać tartym serem. Oczywiście pizza i lasagne to u nas normalka, tylko odkąd pewien Włoch otworzył w naszym miasteczku pizzerię nie możemy się oprzeć jego wypiekom. Jutro jednak zabieram się za domową pizzę bo jeszcze wyjdę z wprawy;) A na lasagne upatrzyłam sobie przepis w wersji wegetariańskiej i muszę go koniecznie wypróbować. Z włoskich ciast nic na razie nie próbowałam w swojej kuchni, ale na ostatnie urodziny zamiast torta postanowiłam pierwszy raz spróbować we włoskiej restauracji słynne tiramisu. Było wspaniałe, ale nie wiem czy mam dość umiejętności kulinarnych by podołać i wypróbować przepis w domowym zaciszu:) Powiedzmy, że jeszcze wszystko przede mną, a książka Pezzelliego potrafi pozytywnie nakręcić do pichcenia. Muszę tu dodać, że bardzo lubię książki z kuchnią w tle, bo dla mnie to kuchnia jest duszą domu :)

poniedziałek, 19 marca 2012

Już wiosna a ja tu zimową okładką straszę, ale w Kraju Ussuryjskim na peryferiach Rosji nie ma lekko, lato niestety krótkie. Władimir Arsenjew wybrał się tam na ekspedycję naukową, a że dzika tam przyroda potrzebował przewodnika, miejscowego trapera i myśliwego. Tak poznał Dersu Uzałę, z którym połączyła go męska przyjaźń, nie raz w podróży wystawiana na próby. Arsenjew - oficer, topograf i badacz rosyjskiego Dalekiego Wschodu to człowiek nauki, wszystko potrafi racjonalnie wytłumaczyć. Dersu jest częścią przyrody, ma swoją życiową mądrość i przede wszystkim dobroć, którą fascynuje swojego przyjaciela. 

Trochę jak dla mnie była to podróż ciężka, to znaczy przedzierałam się przez opisy, jak Dersu przez chaszcze. Arsenjew zamęczał mnie nazwami spotykanych roślin, na dodatek dorzucał łacińskie nazwy, żeby nie było wątpliwości o czym pisze, tyle tych nazw rzek było, że kompletnie się już pogubiłam. Skał też nie oszczędzał, z czego się składają opisów też nie żałował. Z punktu widzenia geografa jest to rzecz bezcenna, ale mnie poszukiwacza książkowych przygód ta cecha książki doprowadzała do rozpaczy. Już lepiej było z ludnością, kulturą, historią ludów i ich obyczajach. Tu już lepiej się wciągałam. Najlepsza część to właśnie rozmowy Dersu z Arsenjewem i ich przygody, których oczywiście nie zdradzę:)

Potem naszła mnie chęć zobaczyć film Akiry Kurosawy, na podstawie książki Arsenjewa. Dodam, że zdobył za niego Oskara. Poza tym książka jest opatrzona przez wydawnictwo Zysk i s-ka zdjęciami z filmu (ogólnie bardzo ładnie wydana), więc tym bardziej kusiło, żeby zobaczyć tę produkcję. Zdecydowanie jednak wolę już książkę, więcej w niej głębi i przemyśleń, ale na film też warto rzucić okiem. Tylko jeśli ktoś oczekuje tempa przygód jak z Indiana Jones, to niestety się zawiedzie;)

niedziela, 18 marca 2012

W tym roku zamiast tradycyjnie oglądać paradę z okazji Dnia św. Patryka w Tullow, pojechaliśmy do Carlow. Adam zobowiązał się być uczestnikiem parady jako uczeń polonijnej szkoły. Niestety pogoda zawiodła. Kilka ujęć udało mi się zrobić z przygotowań, potem naszła chmura i się rozpadało. Schowałam wtedy aparat (nie jest wodoszczelny), więc mam tylko tyle. Poza tym wszyscy towarzyszyliśmy Adamowi w paradzie, jak na stuosobową szkołę niewiele dzieci przybyło, robiliśmy więc za tłum;) Z punktu widzenia uczestnika parady stwierdzam, że widoczność atrakcji jest ograniczona, ale że padało to i tak bym tego nie uwieczniła.

Polską flagę to każdy chciałby potrzymać;)

 

Kto jest najpiękniejszy na świecie? Wiadomo, że krakowianki :)

 

-Chłopcy, który przyniesie mi w prezencie czerwone korale z tym gadać będę.

Po co dziewczynie czerwone korale? Ładnie się w nich wygląda i bardzo dobrze chroni przed urokami, a jak dziewczę ładne to jest co chronić:)

 

- Tak między nami kibicami to... trzeba się wybrać na Euro 2012.

 

A tu moja rodzinna drużyna, obok polscy grajkowie robili próbę. Fajnie przygrywali nam marsze i skoczne ludowe piosenki typu "Szła dzieweczka do laseczka". Michelle trochę się naburmuszyła na tę ich muzykę, ale jak się oswoiła wesoło maszerowała w takt muzyki wymachując irlandzką flagą.

 

Ostatnie przygotowania i ruszyliśmy... razem z deszczem, ale pomimo pogody wesoło spędziliśmy czas i to jest najważniejsze:)

sobota, 17 marca 2012

Wielu pożądało książkę "Hotel Irlandia":) W losowaniu wzięły udział osoby, które spełniły warunki konkursu czyli napisały w komentarzach minimum trzy skojarzenia związane z Irlandią i podały swój adres e-mail. Te warunki spełniło 13 osób. Irlandia najczęściej kojarzy Wam się:

- z zielenią - nawet zimą trawa jest tu zielona

- z deszczem, wilgocią - mam to szczęście, że mieszkam po wschodniej stronie wyspy, deszczu tu mamy mniej o jedną trzecią niż mieszkańcy po stronie zachodniej

- tęczą - częsta zmiana pogody sprzyja temu zjawisku

- garniec złota znajdujący się na końcu tęczy pilnowany przez skrzata zwanego Leprechaunem - ostatnimi laty zjechało się wiele tysięcy Polaków na wyspę w poszukiwaniu tego garnca, przyznajemy się, że my również ;)

- taniec irlandzki - ręce wyprostowane wzdłuż tułowia i fikamy nóżkami, brzmi prosto ale potrzeba dużej wytrwałości i poczucia rytmu, aby osiągnąć jako tako przyzwoity poziom

 

Nasza mała Irlandka podjęła się poważnego zadania i wylosowała szczęśliwca...

zbliżenie na los

 

Zwycięzcą jest   miu86    Gratulujemy:)

 

niedziela, 11 marca 2012

Poniższy tekst był "wyprodukowany" przeze mnie na potrzeby konkursu. Nagrody nie zdobył, byli lepsi, ale i tak go sobie tu wrzucam na pamiątkę, aby nie zniknął w otchłani zapomnienia;)

 

W 2006 roku spakowaliśmy walizki i wyjechaliśmy do Irlandii (mąż rok wcześniej - przecierał szlak). Syn miał wtedy 2 lata teraz ma 8. Córka urodziła się w Irlandii, ma teraz 2 lata i posiada dwa obywatelstwa polskie i irlandzkie. Syn ma tylko polskie, chciałby również mieć irlandzkie. Staram się, aby moje dzieci nie musiały wybierać czy być Polakiem czy Irlandczykiem. Jedno nie wyklucza drugiego. Można połączyć te dwie tożsamości i czerpać z tego, jak najwięcej korzyści, które tylko wzbogacają nasze życie.

Ale po kolei. Nie zawsze było tak różowo. Na początku syn bardzo cierpiał w irlandzkiej szkole. Najpierw z powodu bariery językowej, potem sam fakt bycia Polakiem doprowadzał go do kompleksów. Tam gdzie nie ma porozumienia, najłatwiej wytknąć rzeczy oczywiste - jesteś z biednego kraju, jesteś Polakiem, nie będziemy się z tobą bawić. Potrafiłam jedynie postawić się w roli pocieszycielki wierząc, że z czasem wszystko się ułoży. Wyjeżdżając z Polski byłam rozczarowana sytuacją tego kraju. Nie potrafiłabym wykrzesać z siebie więcej entuzjazmu i udowodnić synowi, jak bardzo jestem dumna ze swojej ojczyzny.

Sytuacja się zmieniła od momentu kiedy syna posłaliśmy do polskiej szkoły na sobotnie zajęcia. Tam nie tylko uczy się języka polskiego, ale też historii, kultury, obyczajów naszego kraju. Grono pedagogiczne jest przeszkolone w zakresie nauki dzieci poza granicami Polski i muszę powiedzieć, że robią z dzieciakami cuda. Syn stał się świadomym Polakiem i czuje się pewnie w tej roli. Potrafi w irlandzkiej szkole opowiadać o tym czego się uczy w polskiej o swoim kraju. Opowiada o polskich obrządkach bożonarodzeniowych, święceniu pokarmów na Wielkanoc - zwyczaj zupełnie nieznany w Irlandii czy andrzejkowym wróżeniu. Z chęcią odpowiada na pytania nauczycielki," a jak tam w Polsce się to obchodzi? " Dla irlandzkich kolegów już nie jest emigrantem pochodzącym z kraju o nic nie mówiącej nazwie Poland. Syn z chęcią podkreśla swoją "inność", czasem się wręcz nią popisuje.

Postanowiliśmy, że w naszym w domu będziemy obchodzić święta zarówno polskie, jak i irlandzkie, zwłaszcza, że w domu mamy małą Irlandkę. Dla mnie to bardzo sprzyjająca okoliczność - obchodzę Dzień Matki dwa razy w roku:) Ostatnio szykujemy się do Dnia św. Patryka. To narodowe święto Irlandii. Od 5 lat obowiązkowo pędzimy na paradę św. Patryka, ale w tym roku syn nie będzie widzem, ale uczestnikiem parady. Będzie jednym z reprezentantów Polonii ubrany w kolory biało-czerwone. Jest z tego powodu bardzo szczęśliwy i odlicza z niecierpliwością dni do parady w Carlow.

Podsumowując uważam, że znajomość własnych korzeni, kultury i tradycji jest bardzo potrzebna. Szczególnie dzieci emigrantów są pod tym względem ubogie i trzeba zrobić wszystko, aby mogły odnaleźć się nowym środowisku akceptując swoją tożsamość. Lepiej żeby miały wyidealizowany obraz ojczyzny niż czuły się gorsze i miały niską samoocenę. Wartości oparte na korzeniach przodków przyczynią się do zbudowania pełnowartościowego obywatela świata.

czwartek, 08 marca 2012

Według mnie kobiecość zawiera harmonię wdzięku, wyglądu, ubioru, uśmiechu, tonu głosu, sposobu poruszania i zachowania się. Jako kobiety jesteśmy nie tylko wrażliwe na piękno kształtów, kolorów i zapachów, ale też na piękno wewnętrzne: psychiczne, moralne i duchowe.

Nasze nastawienie na troskę o drugiego człowieka ma odzwierciedlenie w byciu matkami. Opieka nad potomstwem jest w nas naturalna. Dla mnie najtrudniejszymi i jednocześnie najcudowniejszymi momentami w życiu to urodzenie dwójki moich dzieci. Nie zamieniłabym się tym doświadczeniem z żadnym mężczyzną.

Dom, w którym króluje kobieta pachnie smacznym obiadem, okno czy stół zdobią kwiaty, to czyste i świeże ubrania w szafach, to miejsce do którego chce się wracać, w którym czujemy się bezpiecznie.

My kobiety skupiamy się na swoim wyglądzie zewnętrznym, gdyż chcemy podkreślić to, co mamy w środku. Złośliwi dostrzegą w tym próżność, a my jesteśmy estetkami. Zewnętrzny urok kobiety jest zaproszeniem do poznania jej wewnętrznego piękna. Na szczęście dziś nie musimy wbijać się w gorsety;) Mamy pod względem ubioru więcej swobody i wygody, dzięki czemu możemy zajmować się w życiu wieloma ciekawymi rzeczami. I tu dołączam mój przewrotny wierszyk dla córeczki Michelle, mojej małej kobietki.

 

Michelle rankiem wczesnym wstała

i do szafy zaglądała.

Z szafy szalik wygrzebała,

cała się w nim zaplątała.

- Kto chce niech słodko śpi i śni,

gdyż kreacja marzy się mi!

Odnalazła piękną chustę

i zrobiła wielką suknię.

- żeby mama nie widziała,

bo pewno by się gniewała.

Za królewnę się przebrała,

po królewsku nosić chciała.

Suknia jednak jest za długa,

trzeba mieć wysokie uda.

Więc zamknęła szafę z trzaskiem,

zanosząc się wielkim wrzaskiem.

- W sukni można się wywrócić,

trzeba tatę wnet obudzić.

Tato, tato kup mi spodnie,

bo mi w sukni niewygodnie.

W spodniach w podskokach, czy też nie,

mogę robić to co chcę!

 

Nie jesteśmy ani lepsze, ani gorsze od mężczyzn. Jesteśmy po prostu inne. Warto pielęgnować w sobie kobiecość, bo im bardziej jesteśmy kobiece, tym bardziej oni są męscy. I chociaż w spodniach nam wygodnie to wcale nie chcemy zabierać spodni mężczyznom :)

 

niedziela, 04 marca 2012

PustaMiska - akcja charytatywna

Raptularz z Irlandii przyłącza się do akcji "Pusta miska". 70 Twoich  kliknięć na stronę akcji to poprawa warunków jednego zwierzaka ze schroniska (płacą reklamodawcy). Za pośrednictwem tej strony można również przygarnąć zwierzaka realnie lub wirtualnie. Jeżeli bliska jest Wam ta idea klikajcie rano, we dnie, w nocy, bądźcie zawsze ku pomocy. U mnie na blogu można klikać w baner umieszczony w bocznej szpalcie. Powyższy z jakiś nieznanych mi powodów nie chce się łączyć. A mój czarny kot z Raptularza już dawno przyłączył się do tej akcji świecąc swoim wizerunkiem również na logo Pustej miski ;)

A na powyższym zdjęciu moje dwa psiaki z Polski. Misiek i Kuba to nie tylko podwórkowe psy stróżujące, ale również wierni towarzysze moich pieszych wędrówek. Misiek (czarno-biały) miał również zapędy na psa pasterskiego. Być może owce by się go słuchały, ale bydło sąsiada miało z nim raczej niezłą rozrywkę;) Chciałabym dodać, że psy mają własne ogrodzenie, nie "wiszą" na łańcuchach. Codziennie były też wypuszczane na wybieganie się. Oprócz pełnej miski dla psa również ważny jest swobodny ruch.

 

piątek, 02 marca 2012

Z okazji zbliżającego się dnia św. Patryka ogłaszam konkurs. Do wygrania książka Iwony Słabuszewskiej-Krauze "Hotel Irlandia".

Opis z okładki:

Irlandia, sierpień, domek z obowiązkową palmą w ogródku - Tu Oliwia i Kacper rozpoczynają nowy etap w swym życiu. On ma kontrakt w renomowanej firmie architektonicznej, ona - ambitna pani psycholog - postanawia poszukać czegoś na własną rękę. Jak potoczą się ich losy na Zielonej Wyspie? Czy odnajdą tam swoje miejsce? Co ich zaskoczy, rozczaruje, a co urzeknie? No i kim jest tajemnicza Babcia? Opowiadanie z nutką wysublimowanego humoru, oparte na prawdziwych wydarzeniach z życia autorki (...)

Fragment książki:

"Kierowcy autobusów byli (...) grupą uprzywilejowaną (...). Na przykład zatrzymywali się na pogawędkę na środku drogi. Zmieniali tabliczki z miejscami przeznaczenia, gdy wszyscy pasażerowie byli już w środku pojazdu. Wyskakiwali do kiosku po frytki podczas postoju na przystanku. Dyskutowali - cały czas prowadząc autobus - z pasażerami siedzącymi na ostatnich fotelach. No i oczywiście nie było siły, która by ich skłoniła do ustalenia przewidywalnych terminów przyjazdów i odjazdów..."

No cóż, ja osobiście w Irlandii podróżowałam autobusami ledwie kilka razy na początku mojego pobytu tutaj. Raczej nie mam się do czego przyczepić. Kierowcy bardzo mili i pomocni. Za to mam niedobre wspomnienia podróżnicze autobusami w Polsce: sprzedawanie starych biletów, czy zakaz wysiadania z autobusu przednimi drzwiami. Po tym, jak będąc w wysokiej ciąży, kierowca kazał przepychać mi się między stojącymi pasażerami do tylnego wyjścia, doszłam do wniosku, że od tej pory będę jeździć busami. Kierowcy busów zatrzymywali mi się pod samym domem :)

 

ZASADY KONKURSU

1. Aby wziąć udział w losowaniu należy napisać w komentarzu minimum trzy skojarzenia wiążące się z Irlandią.

2. W komentarzu należy również napisać swój adres e-mail.

3. Czas trwania konkursu do 16 marca włącznie, wynik losowania najpóźniej 18 marca.

4. Powodzenia :)