czwartek, 31 marca 2011

Jak każda matka dwoję się i troję, co tu będę wyliczać, każda wie co mam na myśli, a jak nie wie to się domyśla, a jak się nie domyśla, to kto wie, może się wkrótce dowie na własnej skórze. Do czego ja zmierzam, ano do tego, że jak tak kobieta się narobi, to chociaż malutka nagroda by się przydała. Małżonek i owszem kąpie, w jego wydaniu oznacza -nalewa wodę i bawi się z córeczką kaczuszkami, mycie zostawia dla mnie. 24 godziny na dobę jestem w ciągłej gotowości, a pierwszym, zrozumiałym słowem mojej córeczki to "tata". Porażka! No nie ma sprawiedliwości na tym świecie!

Na zdjęciu powyżej ulubiony sport Adama- szachy, na zdjęciu poniżej ulubiony sport męża-kolarstwo, zdjęcie z ostatniego wyścigu, pan w zielonym od prawej. 

A mój ulubiony sport to czytanie, w końcu występuje tu ruch gałek ocznych ;)

środa, 30 marca 2011

A ostatnio przyjechał do Dublina reżyser Jerzy Skolimowski, który promował swój film "Essential killing". Obejrzałam tę produkcję, nie powiem ciężki temat. Po plakacie można by się spodziewać, że to będzie film sensacyjny, a to jak się okazuje opowieść poetycka, jak sam reżyser go określił. Przyznam się, że ten film przeżywałam za nim go obejrzałam, a potem to już nie było to. Więc z emocjami lepiej się wstrzymywać na w trakcie i po hehe. Główny bohater nie wypowiada ani jednego słowa, zresztą, kto by go zrozumiał. Złapany, gdzieś w krajach arabskich (dokładnie nie wiadomo gdzie, ale to nie istotne) ważne, że wylądował w Polsce, ucieka z transportu i... błąka się po lesie zasypanego śniegiem. To historia o człowieku, w którym ze strachu rodzi się zabójca. Musi zabić, aby przeżyć, co go wcale  nie usprawiedliwia. Muszę tu jeszcze dodać, że film jest po angielsku, ale kiedy akcja przenosi się do Polski, słychać w tle polski język, wręcz wytężałam słuch, żeby podsłuchać o czym tam np. robotnicy rozmawiają. Takie skrzywienie chyba emigranckie, w stadzie szuka się swoich. Cóż mogę dodać, polecam ten film, bo jest zupełnie inny, niż się można by spodziewać, na swój sposób zaskakuje.

12:19, rowena77 , film
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 marca 2011
niedziela, 27 marca 2011

W piatek malzonek przyniosl mi prezent- kartonowa walizke, a w niej nowego laptopa. Zebym chciala, prosila, blagala, namawiala, ze takowy mnie sie marzy, a tu nic z tych rzeczy! Metnie chlopaki zaczeli tlumaczyc, ze to prezent z okazji irlandzkiego Dnia Kobiet, albo Dnia Matki, jak tam sobie chce. No z takiej okazji najpredzej bym sie spodziewala laurki, badz zlamanego kwiatka, ale nie laptopa. Po za tym po tym, jak zajezdzilam doslownie blendera, tylko dym z niego uszedl, jasne bylo, ze z wszelka elektronika jestem na bakier, i trzeba mnie od niej z daleka trzymac, a nie z niej jeszcze prezenty robic. Nic mi sie tu nie zgadzalo, w koncu wyszlo na jaw, ze z nich zmije podstepne, jedna z nich na wlasnej piersi wychodowana! Adam chcial laptopa, dogadal sie z ojcem, ze ten odstapi starego, jak kupi nowego. W praktyce to jeszcze drukarke zakosil, ale to juz tylko szczegol. Teraz problem, jak przekonac do tego matke, odporna na takie pomysly. Nawet gdybym sie zgodzila, co jest watpliwe, gdyz z pewnoscia wymyslilabym tysiace wazniejszych potrzeb, to w sklepie na pewno bym wydziwiala: a to kolor nie taki, a to marka nie taka, a na pewno cena by mnie nie zachwycila. Wyszlibismy z pustymi rekami jak nic. A tak mam teraz prezent, a na prezenty nie mozna sie krzywic, zamkneli mi tym usta, zadne slowa protestu pasc nie moga, mam sie tylko cieszyc, badz skakac z radosci.  Nowy laptop drwi ze mnie, pluje we mnie co chwila angielszczyzna, SIE NIE LUBIMY, smiem to stwierdzic. Nie mam polskich znakow, i nie wiem jak zrobic, zeby byly, i czy sie w ogole da, no to ludziska bedziecie sie teraz meczyc z czytaniem, bo ja za Chiny Ludowe nie dojde co tu z czym gra. Malzonek tylko od czasu do czasu zajrzal wczoraj do niego, bo wymyslil sobie przemeblowanie, i tak z Adamem szurali  meble w te i z powrotem. Nie moglam wykrzesic z siebie tego entuzjazmu, ktory cechuje postacie z ksiazek Whortona, nic na to nie poradze, wycofalam sie z tego projektu. Robta sobie z mieszkaniem co chceta!  Dzis maz do kompa tez nie zajrzy, bo na wyscigu. Zaraz bede walic glowa w klawiature z czarnej rozpaczy. Na pocieszenie popijam sobie irish cream liqueur po dwuletniej przymusowej abstynencji (ciaza, karmienie piersia), wiec musi byc ze mna naprawde zle. No ze tez mnie pokaralo ta technologia!

sobota, 26 marca 2011

Zdjec z ogrodu Delta Sensory w Carlow bedzie wiecej, ciekawe rzezby i fontanny, na razie aranzacje z narcyzami, ktore sa bohaterami tygodnia.

piątek, 25 marca 2011

"Rubio" tematycznie jest bardzo podobny do wielu innych książek Williama Whartona. Amerykanin pozostawia swoje dotychczasowe życie w Stanach i przenosi się do Hiszpanii. Tam kupuje stary dom, remontuje go, zaprzyjaznia się z miejscową rodziną, zakochuje się w szesnastoletniej dziewczynie. Zakończenia są dwa, do wyboru: szczęśliwe i nieszczęśliwe. Więcej nie zdradzę:) Ta książka to ostatnia, którą napisał ten autor, niestety więcej już nie napisze, bo już nie żyje. Znalazłam 19 tytułów wydrukowanych po polsku, 18 z nich przeczytałam, szukam jeszcze "Nie ustawaj w biegu", wtedy będę miała wszystkie zaliczone jego książki. To jeden z moich ulubionych autorów, uwielbiam jego poszukiwania szczęścia w rzeczach małych, ile pasji wkłada na przykład w te remonty, które mnie osobiście doprowadzają do białej gorączki. Chyba przed każdymi poważniejszymi zmianami w mieszkaniu powinnam zaserwować sobie jego książkę, od razu zmieni mi się nastawienie;) Kiedyś czytanie Whartona było ponoć w modzie, zdobył wielką popularność w naszym kraju. Ja po prostu obejrzałam film "Ptasiek" nakręcony na podstawie jego powieści, potem sięgnęłam po książkę, a potem to już poszłooo... miałam szczęście, bo bibliotekarka też uwielbiała tego autora i kupowała wszystko, co wyszło spod jego pióra:) Oprócz tej ostatniej książki, szukam jeszcze filmów "Tato" i "W księżycową jasną noc", również ekranizacje jego książek.

czwartek, 24 marca 2011

A dziś posadziłam wirtualne drzewo w Beskidzie Żywieckim. Dzięki tej akcji posadzono już 2 miliony prawdziwych drzew. Do posadzenia zostały już tylko buki. Podaję adres:

www.postronienatury.pl

 

poniedziałek, 21 marca 2011

Parę filmów obejrzanych ostatnio, które bardzo mi się podobały, lecz niekoniecznie muszę o nich pieśni pochwalne pisać. Na pamiątkę pozwalam sobie tu wrzucić plakaty tych filmów, gdyż mam słabość do plakatów, które same w sobie potrafią być sztuką, a niejednokrotnie są niedoceniane.  A więc dwa filmy z "hameryki" i cztery polskie produkcje.

Na początek "Social Network". Świetny scenariusz. Wniosek nasuwa mi się jeden po obejrzeniu tego filmu: w interesach nie ma sentymentów, liczy się tylko zysk.

"Incepcja" z Leonardo Di Caprio, nie jestem jego wielbicielką, ale muszę przyznać, że filmy w których gra zawsze mnie zainteresują. Nawet "Niebiańska plaża", którą sobie sam wyprodukował, i którą krytycy zmieszali z błotem, też mi się podobała. Więc dochodzę do prostego wniosku, że film z nim to nie będzie czas stracony, i tak było w przypadku tego filmu.

Teraz Polska ;) Pierwszy to "Mistyfikacja" o Witkacym. Cóż, artystom wszystko się wybacza.

Następnie "Różyczka", jak to było o miłości to ja mam gdzieś taką miłość, ale historia nawet ciekawa.

"Śluby panieńskie" jako sztuka sama w sobie się broni. I tak mam przed oczami teatralną wersję, i nijak nie mogę się przekonać do filmów z dialogami wierszowanymi. Widzów film ma zapewniony (lektura szkolna), co więcej dodać, jak tyko sięgam po polski film zaraz wyskakuje Więckiewicz, na przemian z Szycem. Aż robię zakłady z mężem, który pierwszy wyskoczy. Prześladują mnie normalnie. Telefon komórkowy był ciekawym rekwizytem.

"Ranczo" wersja kinowa, trochę mnie rozczarowała. Mniej się śmiałam, niż przy odcinkach serialowych. Taki niedosyt trochę.

 

15:50, rowena77 , film
Link Komentarze (1) »
sobota, 19 marca 2011

O ile restauracja tajska była ciekawym eksperymentem kulinarnym, to dania we włoskiej restauracji stały się dla mnie inspiracją. Przybytek ten o wdzięcznej nazwie "Quo Vadis" posiadał również w swoim menu potrawę o nazwie "tortellini Quo Vadis". Doszłam do wniosku, że być może jest to danie popisowe tej restauracji i to właśnie ją zamówiłam. Na talerzu więc znalazły się minipierożki coś w rodzaju polskich uszek, tylko bardziej fikuśne, nadziewane mięsem, polane sosem pomidorowym. Na życzenie posypane dodatkowo parmezanem. Bardzo smaczne danie. Mąż zamowił cannelloni nadziewane szpinakiem i serem ricotta. Na wierzchu posypane tartym żółtym serem i polane również sosem pomidorowym. Daliśmy sobie do spróbowania swoje dania i okazało się, że mężowi bardziej smakują moje pierożki, a mnie jego cannelloni. W każdym razie teraz zastanawiam się, gdzie zdobyć ten ser ricotta, żeby w domowym zaciszu odtworzyć to danie, bo zapomnieć o nim nie mogę, a jeśli nie znajdę, to czy polski biały ser, jest w stanie go zastąpić? Pewnie nie będzie to samo, ale może jakaś namiastka tamtego dania. No i teraz będę się z tym męczyć. Po za tym jestem zła na siebie, że nie zrobiłam zdjęć tych dań, ale jak mam przed sobą jedzenie, to ostatnie co by mi przyszło do głowy to robienie fotek. Ciekawość smaków jest zbyt silna :) A Adam tradycyjnie zamówił frytki z kurczakiem, eksperymentom kulinarnym mówi stanowcze nie!

Na zdjęciu powyższym dekoracja ścienna z wnętrza restauracji, a u dołu restauracja na zewnątrz ( miasto Carlow w Irlandii, niestety nie we Włoszech). 

piątek, 18 marca 2011

Dwa zdjęcia z dzisiejszego spaceru. Odwiedziliśmy kapliczkę  Matki Boskiej w naszym Tullow, która została odnowiona w ubiegłym roku. Wcześniej nie było tu tak ładnie. Michelle powitała wiosnę :)

czwartek, 17 marca 2011

Na ostatnim zdjęciu uwieczniony jest syn. Podszedł też do nas fotoreporter i pstryknął zdjęcie Adamowi. On również uznał, że jest z niego świetny model. Zapisał imię i nazwisko Adama, kto wie, może opublikują go w lokalnej gazecie :)

poniedziałek, 14 marca 2011

Makłowicz napisał w jednej ze swoich książek, które ostatnio czytałam tak: "siadając przy oszklonej ścianie wychodzącej na korty, można obserwować mękę zawodników i dziękować Bogu, że wybrało się inną drogę życia". Dokładnie to samo myślę, kiedy patrzę na zmagania małżonka w tym jego kolarstwie, ale cóż, to jego wybór. Kibicowanie kolarstwa też uważam, że jest do bani. To nie mecz, że człowiek sobie siądzie i podziwia. Ile to się trzeba na czekać, na sterczeć, na klnąć, a kiedy w końcu się zjawią, to na piski zachwytów ma się parę minut i dowidzenia. Żebym to jeszcze sama czekała, to dobra tam, książkę pod pachę, albo jaką grę, z braku rekwizytów pozostają medytacje, dałabym radę, ale z nudzącymi się dzieciakami nie da rady wytrzymać. Więc póki co, nie kibicuję, wysłuchuję tylko relacji, jak tam było, jednym uchem, bo ktoś taki jak ja, unikający wszelkiego wysiłku fizycznego (zgadzam się tylko na jogę bez marudzenia), nawet słuchanie o sporcie uważa za uciążliwe. Syn też poszedł po mamusi, a taką był nadzieją tatusia, heh nic z tego. Woli gry planszowe, książki, rysowanie, ogród, fotografowanie, kolekcjonowanie bajek na DVD, a ostatnio zbieranie znaczków. Z tego ostatniego nawet zrobił prezentację swojego zainteresowania w szkole, a babcia zobowiązała się przeszukać cały dom, aby znalezdz mój klaser ze znaczkami jeszcze z dzieciństwa, i przekaże go w ręce wnuczkowi. Niech dzieciak kontynuuje hobby rodzinne. Ale muszę jeszcze wspomnieć, że zapisaliśmy go na zajęcia z lekkoatletyki, niestety tylko przez sześć tygodni po jednej godzinie, w tamtym roku też tak miał. To niewiele i raczej  wysportowany po tym nie będzie, ale jest jedna istotna zaleta. Mianowicie większość dzieci na zajęciach to dziewczęta.  W związku z tym, że Adam chodzi do męskiej szkoły, towarzystwo damskie dobrze mu zrobi. I jest bardzo zadowolony bo"wszystkie chcą wiedzieć jak mam na imię", a że jest gadułą, jest więc wniebowzięty. Acha, a dziś znów miał uwagę w szkole za bablanie na lekcji. Cały Adam :) 

Zdjęcia wyczynów małżonka:) Oczywiście pan w zielonym na samym przodzie.

 A tu ojciec z synem-kibicem ;)

Jak ja już piszę o kolarstwie to już muszę być bardzo stęskniona heh.

niedziela, 13 marca 2011

Dziś są małżonka urodziny, ale cóż z tego, jak dziś w nocy pilnie wyjechał na trzy dni do Polski. Urodziny spędzi na lotniskach. Mogliśmy co prawda obchodzić je wczoraj, ale co to za radość by była. Przełożyliśmy na przyszłą sobotę. Mąż zażyczył sobie zamiast kupowanego torta, mój domowy sernik z brzoskwiniami, no jak miło, że bardziej docenia moje wypieki. Tortów od jakiegoś czasu nie robię. Są czasochłonne, pracochłonne, a po podliczeniu wychodzą drożej niż te kupowane. No i nie są tak dekoracyjne. Ale skoro woli sernik, to będzie sernik, w końcu to jego urodziny. Planujemy też uczcić ten dzień we włoskiej restauracji, apetyt na nowe wyzwania kulinarne nadal nam dopisuje. Chciałam spróbować w chińskiej lub indyjskiej restauracji, ale małżonek trenuje amatorsko kolarstwo,przygotowuje się do wyścigów, więc musieliśmy przystopować z eksperymentami kuchni wschodniej, i spoczęliśmy na laurach kuchni śródziemnomorskiej, a przynajmniej takie mamy plany. No i smutno nam teraz, Adam jest niepocieszony. To tylko trzy dni, a dla nas aż trzy dni. Przygnębia mnie przede wszystkim ta przestrzeń nas dzieląca. Trzeba dziś zakopać się w jakiejś książce, a od jutra zrobić generalne, wiosenne porządki. Czas szybciej zleci. Dwa zdjęcia z kolarskich wyścigów umieszczam. Pan w zielonym to mój chłop :)

sobota, 12 marca 2011

Umordowałam się z tą książką technicznie, to znaczy trafiła mi się wersja kieszonkowa, prawie 400 stron drobnego druku, i okropnie nieporęczna, nijak nie dało się ją normalnie czytać, ciągle z tą książką walczyłam, ale brnęłam z uporem, zaniedbując przy okazji rodzinę, gdyż pomimo niedogodności nie mogłam się od niej oderwać. Gdzieś czytałam, że wokół tej książki jest mnóstwo kontrowersji, Muzułmanie nie godzą się na jej drukowanie i publikacje w ich krajach, uwłacza to ich religii, i się im nie dziwię. Życie ich proroka jest tu pokazane dość trywialnie. Mahomet, jako zwykły człowiek, czasem nie potrafi panować i rozwiązywać najprostszych problemów życia rodzinnego, pomimo że nie jest to zwykła rodzina, posiada cały harem żon. Gdyby ktoś innego wyznania napisał w takim lekkim tonie o życiu Chrystusa, nie jeden Chrześcijanin byłby pewnie zbulwersowany. Religie na świecie mają to do siebie, że ich święci, prorocy i inni namaszczeni są ideałami do naśladowania, a jeśli błądzili  to tylko przed nawróceniem. I tak powinno być, bo potrzebujemy autorytetów. Wracając do książki miałam możliwość dowiedzieć się z niej o początkach powstawania tej religii, chociaż do końca nie jestem pewna, co do zgodności historycznej. Na pewno co do relacji Mahometa z najmłodszą żoną Aiszą nikt nie ma pewności, więc jest to luzna interpretacja autorki książki. Według islamu mężczyzna może posiadać cztery żony. Mahomet miał ich o wiele, wiele więcej. W ramach sojuszu z innymi plemionami przypięczętowywał pokój małżeństwem, dzięki czemu islam poszerzał swoje wpływy o nowe tereny. A co się potem działo w domowych pieleszach, oj działo się, działo. Kolejna żona, to nowy problem dla pozostałych żon. Mając tyle kobiet Mahomet powinien mieć całkiem pokazne stadko potomków, tymczasem żadna nie zachodzi w ciążę. Prawie wszystkie biorą udział w istnym wyścigu o potomka płci męskiej. Ostatecznie Mahomet nie miał szczęścia, jego synowie umierali w dzieciństwie, i nie pozostał po nim następca z jego krwi i kości. Książka jest napisana w formie relacji o swoim życiu najmłodszej z żon, a trzeciej z kolei poślubionej. Wychodzi za mąż mając zaledwie dziewięć lat, gdy ma dwanaście przenosi się z domu rodziców do domu męża, w wieku dziewiętnastu zostaje wdową. Jej obserwacje rozwijania się islamu, próby wpłynięcia na męża by kobiety muzułmańskie miały więcej swobód, udzielane porady w dziedzinie polityki i taktyki wojennej. Ogólnie podobała mi się ta książka, trochę inna od przeczytanych przeze mnie książek, w których kobiety muzułmańskie przechodzą istne piekło do drogi wolności. Tu Aisza jest wojowniczką od dziecka, a kulturowe przeszkody są dla niej wyzwaniem.

środa, 09 marca 2011

Nadrabiam zaległości książkowo-filmowe. Film "Lektor" obejrzałam raz, potem drugi raz, a potem kupiłam książkę, co oznacza tylko jedno - bardzo mi się podobał. Na początku jest romans między piętnastoletnim chłopakiem, a trzydziestosześcioletnią kobietą. Ona leczy tym romansem samotność i zapomina o swojej mrocznej przeszłości, on przeżywa swoją pierwszą miłość i fascynację erotyczną. Miłosnym rytuałem staje się czytanie na głos książek przez Michaela. Potem Hanna znika, a chłopak nie może się odnalezdz. Po latach odkrywa, że była zbrodniarką wojenną, ale nie to jest jej największym wstydem. Najbardziej ukrywa przed światem swój analfabetyzm. Michael odwiedza obóz koncentracyjny, próbuje zrozumieć, jak ludzie mogą traktować zabijanie innych, jak zwykłą pracę. Zastanawia się nad tym, jak radzi sobie z tym Hanna, czy ma wyrzuty sumienia, ale rozczarowuje się. Rozumie, że był tylko zabawką, więc nie odwiedza jej w więzieniu, przysyła jej tylko kasety z nagraniami czytanych przez niego książek. Hanna dzięki temu motywuje się do walki z analfabetyzmem. Historia nie kończy się szczęśliwie, właściwie nawet nie powinna kończyć się szczęśliwie, nie po tym, jak zostały ujawnione tragedie więzniów w obozach. Bardzo podobał mi się film, a książka roczarowała mnie jedynie objętością. 166 stron to dla mnie za mało, przynajmniej ze dwa razy tyle by mnie uszczęśliwiło, bo historia bardzo mnie wciągnęła.

 
1 , 2