czwartek, 25 grudnia 2014

 

Jak co roku wyciągam plastikową choinkę, która po ubraniu w plastikowe bombki przypomina bardziej Marzannę niż drzewko bożonarodzeniowe, ale jedna rzecz się zmieniła. Moje nastawienie. O ile kiedyś klęłam na tego wiechcia, marząc o żywym drzewku i szklanych, ręcznie malowanych bombkach, o tyle w tym roku błogosławię wręcz i jak w takiej jednej piosence wołam "Plastic is fantastic !" Ktoś się zapyta dlaczego nie sprawię sobie żywej tylko jęczę. Ano rodzina mnie przegłosowała 3 : 1 dla plastika. Kot też się okazał amatorem tworzywa sztucznego, bo żywego ma pełno na dworze, ale sztuczny iglak... ooo to dopiero będzie survival ! Więc jest 4 : 1, a ja i tak w dobrym nastroju. Bo jak sobie pomyślę, jak bym się trzęsła nad tą choinką, żeby mi tych bombek nie pobili, tę nerwówkę i w konsekwencji zjechane święta, to od razu wrzucam na luz. I tak kot grasuje na gałęziach, ostrzy pazury, zrzuca plastikowe bombeczki, Michelle przekłada czterdzieści pięć tysięcy razy ozdoby, bo może na innej gałęzi będzie lepiej wyglądać (akurat), a my się śmiejemy, bo nie ma co płakać nad takim badziewiem.

Tak sobie myślę, że kiedyś w przyszłości może będę miała tę wymarzoną choinkę, ale za to dzieciaki wyrosną, kot spoważnieje na stare lata i będzie mi brakowało tej beztroskiej radości, więc trzeba się cieszyć tym co się ma. A poza tym ważniejsze jest dla mnie to co pod choinką. W tym roku rodzina się obłowiła w rekordową liczbę 17 książek na Gwiazdkę, chociaż nie tylko książki były prezentami :)

 

Na zdjęciu nasz Ginger Mike w świątecznym wydaniu, z miną niewiniątka.

 

 

 

Wesołych Swiąt !

 

 

czwartek, 18 grudnia 2014

 

Choćby człowiek nie wiem jak się bronił, to i tak musi ulec magii świąt. Nie ma wyjścia zwłaszcza, gdy dziecku dali rolę w Jasełkach i człowiek pędzi do tego kościoła podziwiać swoją latorośl. A że historia lubi się powtarzać, tak i Misia dostała rolę pastuszka, jak wiele lat temu - Adam. I napatrzeć się nie mogłam, jak maluchy może nieporadnie, ale dzielnie odśpiewują, deklamują, gestykulują swoje role, że aż wzruszenie ogarnia. Potem chodzą za mną świąteczne piosenki, nucę, mruczę, magia działa :)

 

 

 

 

 

środa, 10 grudnia 2014

 

Do Waterford już od dawna miałam ochotę zawitać, gdyż jest to miasto, które potrafi się wspaniale promować, ściągając turystów zarówno z kraju, jak i za granicy. O tej porze roku organizowany jest największy festiwal bożonarodzeniowy w Irlandii, który trwa od 21 listopada, aż do 23 grudnia. Mnóstwo atrakcji, szczególnie dla rodzin z dziećmi. Oferta jest naprawdę szeroka, część atrakcji jest płatna, ale też wiele udostępnianych jest za darmo. Każdy znajdzie tu coś dla siebie.

 

 

Po mieście można się przejechać świątecznym pociągiem lub wozem z zaprzęgiem.

 

 

Naszą główną atrakcją były odwiedziny Polskiej Wioski św. Mikołaja zorganizowaną przez miejscową Polonię. Pobyt rozpoczęliśmy tradycyjnym polskim obiadem. Do wyboru są ruskie pierogi, barszcz czerwony, bigos, krokiety, kiełbasa na gorąco lub można się zadowolić pajdą chleba ze smalcem i kiszonym ogórkiem. Na deser wiele ciast domowej roboty, my wybraliśmy sernik i ciasto czekoladowe.

 

 

 

Pobyt w wiosce to wspaniała okazja do zaopatrzenia się w oryginalne prezenty wykonane przez polskich artystów i rzemieślników.

 

 

 

 

 

 

Dla dzieci niezwykła atrakcja. Najmłodsi mogą własnoręcznie wykonać świąteczne pierniczki, które po upieczeniu i udekorowaniu, mogą zabrać ze sobą. Nasza Michelle była zachwycona takim "kursem kulinarnym" :)

 

 

 

 

Spacer po mieście i trafiamy do The South Pole Enchanted Garden.

 

 

 

Dekoracje świąteczne na The Mall.

 

 

 

 

Przepiękna wystawa kryształów w House of Waterford Crystal Christmas Experience.

 

 

 

A Muzeum Zabawek to niewątpliwie najlepsza propozycja dla dzieci, ponieważ nie tylko mogą obejrzeć zabawki, ale także skorzystać z pokoju zabaw.

 

 

 

Jak już nasze dzieciaki wybudowały zamki z klocków przenieśliśmy się do galerii.

 

 

 

 

Rodzice podziwiają obrazy, a potomstwo padło... w poduchy.

 

 

 

Marvel Spiderman Exhibition, coś dla chłopaków...

 

 

 

... a wystawa znajduje się w Greyfriars Church.

 

 

 

Na koniec udaliśmy się do Reginald's Tower...

 

 

 

... gdzie wysłuchaliśmy opowieści o Wikingach i św. Mikołaju, który zawitał do Waterford.

 

 

 

Nie byliśmy w stanie obejrzeć wszystkich atrakcji świątecznych, jakie ma do zaoferowania to niezwykłe miasto, ale z pewnością przyjedziemy tu nie raz i w przyszłości chętnie skorzystamy z oferty turystycznej Waterford :)

 

 

wtorek, 02 grudnia 2014

 

Wystawa obrazów w Visual Arts Centre w Carlow. W tym sezonie podobało mi się tak średnio, ale zachwyt mój ogromny zdobyły dwa obrazy przedstawiające dzieci nad brzegiem wody. Poruszyły moje czułe struny instynktu macierzyńskiego, gdyż widzę na nich po prostu moje dzieciaki. Nic na to nie poradzę. Skojarzenie mam tylko jedno.

 

 

 

Podobny obraz mam w domu, tylko nad brzegiem morza, a dziewczynka tak samo obrócona tyłem, włosy jak u mojej Michelle. Zachwycałabym się nim godzinami.

 

 

Balet o którym marzyłam obchodząc swoje urodziny również już zaliczony. Nie zdobyłam biletów w Carlow, ale za to mogłam obejrzeć sobie Dunamaise Arts Centre w Portlaoise. Scena ciasna, widownia również, publiczność rozgadana, nawet komuś zadzownił telefon podczas występu, co nie powinno mieć miejsca, to minusy, natomiast sam balet "Jezioro łabędzie" Czajkowskiego to niesamowite przeżycie. Piękna scenografia, romantyczna, bajkowa opowieść i najlepsi tancerze w Irlandii. Niektórych pamiętam z poprzedniej sztuki "Carmen" z ubiegłego roku.

W kawiarni Dunamaise przed spektaklem, małżonek machnął mi "sweet fotkę", ale chciałabym zwrócić uwagę na dwie rzeczy na tym zdjęciu. Regał z książkami - bardzo podobają mi się biblioteczki w miejscach publicznych. Takich inicjatyw propagowania czytelnictwa oby jak najwięcej. Druga rzecz to plakat filmu "Ida" Pawlikowskiego. Polskie akcenty w irlandzkich ośrodkach kultury cieszą mnie ogromnie.

 

 

 

W ostatnią niedzielę odbył się koncert bożonarodzeniowy okolicznych chórów z hrabstwa Carlow. Mój syn śpiewał w szkolnym chórze ze dwie piosenki. Nie żeby chciał, bo śpiewak z niego raczej marny, ale skusił się na niespodzianki, jakie obiecała im nauczycielka. Jak się potem okazało za słodycze i brak zadania domowego w poniedziałek. Twierdzi, że warto było. Koncert odbył się w hotelu Mount Wolseley w Tullow ( na zdjęciu już w dekoracjach świątecznych).

 

 

 Przeglądając ofertę Visual Arts Centre w Carlow na przyszły rok wypatrzyłam ciekawe spektakle dla dzieciaków. W styczniu teatr kukiełkowy "Jaś i Małgosia", w marcu "Czarnoksiężnik z krainy Oz", a w kwietniu balet dla dzieci. A teraz w grudniu Adam jedzie na "Aladyna" razem ze szkołą. Dobrze, że teraz jest więcej atrakcji dla dzieci, bo za bardzo nie było, gdzie się wybrać, co najwyżej do kina, ale kontakt z żywym aktorem to przecież zupełnie inna bajka, i żaden film mu nie dorówna.