poniedziałek, 31 grudnia 2012

 W święta i po świętach przepadłam bez reszty (i nie żałuję) dla powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. A zaliczyłam je trzy:

 

 "Kariera Nikodema Dyzmy" - oczywiście film wypada blado w porównaniu z książką, a chociażby ze względu na ograniczony czas. Wiele intryg i pobocznych wątków zostało pominiętych. A wielka to szkoda, bo dla głównego bohatera (który w zasadzie jest antybohaterem), było by to jeszcze ciekawszym tłem dla jego poczynać i perypetii. Dlatego warto sięgnąć po książkę.

Bezrobotny urzędnik doszedł do najwyższych stanowisk dzięki swojemu chamstwu, w którym inni dopatrywali się siły człowieka czynu. Zresztą każdy widział w nim to, co chciał zobaczyć. A Dyzma świetnie potrafił wpasować się w te oczekiwania  i dokonywać rzeczy, w których realizację sam nie wierzył.

Ironiczna powieść o "człowieku, któremu się udało" to również satyra polskiego społeczeństwa lat 20-tych i 30-tych. A, że akurat ten okres ostatnio bardzo mnie interesuje mogłam dzięki tej książce wiele wychwycić, jak to wyglądało od strony gospodarczej, towarzyskiej, artystycznej czy etycznej.

 

Kolejna powieść to "Swiat pani Malinowskiej", która zresztą najbardziej podobała mi się z tej trójki. Są tu dwie bardzo kontrastujące ze sobą postacie główne. Bogna Malinowska - arystokratka, mądra, wierna, idealna żona i Ewaryst Malinowski - jej mąż, człowiek z nizin społecznych, egoista, karierowicz, przestępca. Jego niecną naturę Bogna poznaje dopiero po ślubie. Wcześniej jest zbyt zaślepiona miłością, żeby posłuchać ostrzeżeń przyjaciół. A potem dzieje się i dzieje, a czytelnik drapie się w głowę, po co ona tak się z nim męczy? Bogna ma pojęcie wyższego dobra i odsuwa na bok swoje szczęście. Nie wybiera łatwej drogi. I ten wybór czyni z niej prawdziwą bohaterkę, kobietę niezłomną.

 

Gdzie jest miejsce kobiety? Czy powinna pracować zawodowo, czy jedynym miejscem, w którym powinna się realizować jest dom. W tej powieści Mostowicz poruszył "problem" emancypacji kobiet. Przedstawił kilka kobiet pracujących, ale tylko jednej z nich daje swoje przyzwolenie na wybór pracy. Anna Leszczakowa jest zmuszona walczyć o byt dla swojej rodziny. Reszta pań realizują się z nudów, bo taki mają grymas, bo w pracy łatwiej znaleźć męża. Mogłabym tu się obrazić, na te jego staroświeckie podejście, ale przecież pisał o kobietach jemu współczesnych, i tak pewnie to widział. Uważał, że kobiety aktywnie zawodowo, będą musiały podwójnie wziąć na siebie ciężar obowiązków. Dorzucił do tego kilka postaci słabych mężczyzn, którymi trzeba się opiekować, więc ja bym śmiało twierdziła, że pracy miały o wiele więcej. Zawód wykonywany, dom, dzieci i partner, którego też trzeba niańczyć i pilnować. I tak powstała trzecia płeć. Dosadnie i jaskrawo o zabieraniu mężczyznom spodni;)

Ogólnie muszę przyznać, że Dołęga-Mostowicz jest niesamowitym obserwatorem społeczeństwa, przedstawia wiele punktów widzenia. Najbardziej interesuje mnie, jak wyglądało życie w tamtych latach i to nie tylko na salonach, ale też zwykłych, szarych ludzi z biednych dzielnic. Z jakimi problemami się borykali i ile z tego ma charakter ponadczasowy. Co się zmieniło w naszej obyczajowości, a co pozostało takie samo.

W każdym razie stwierdzam, że książki Mostowicza są bardzo wciągające, a że napisał ich trochę, chętnie po nie sięgnę. Teraz mam jeszcze pod ręką audiobook "Profesora Wilczura", ale trzeba będzie mi skombinować też i inne.

niedziela, 23 grudnia 2012

Powoli, ale konsekwentnie budzi się we mnie duch świąt. Przyczyn ku temu kilka. Małżonek i owszem milusi, hojny i chętny do pomocy w przygotowaniach świątecznych. Po tylu latach jest jak saper. Dobrze zna sposoby na rozminowanie domowej atmosfery. Druga sprawa to cudowna wiadomość o powiększającej się rodzinie w Polsce. Wszyscy cieszymy się na powitanie nowego dzidziusia. Zawsze uważałam, że czyjeś ciąże lepiej mi służą niż moje własne, toteż promienieję i wyglądam kwitnąco, jakbym to ja była w stanie błogosławionym ;) A trzecia sprawa to nasza wizyta na Wigilii Szkolnej w PSSCarlow. Wątpię czy znalazł się ktoś na tej sali, kto nie uległ urokowi Jasełek w wykonaniu dzieciaków. Relacja z tej uroczystości już wkrótce na blogu szkolnym, natomiast tutaj wrzucam zdjęcia z Michelle.

Nasza mała dodaje otuchy pierwszoklasistom czekającym na swój występ. Chyba jest bardziej przejęta niż oni ;)

 

Adam odebrał nagrodę za III miejsce w konkursie plastycznym "Moje najpiękniejsze święta Bożego Narodzenia". Osobista asystentka tuż za nim ;)

 

Jak powiedział Woody Allen "Osiemdziesiąt procent sukcesu to pokazywać się w odpowiednim miejscu". Michelle wykorzystała na maksa swoją chwilę. Wszyscy już wiedzą, jak ma na imię i że w przyszłości będzie uczennicą Polskiej Szkoły.

 

W szopce betlejemskiej największe zainteresowanie wzbudzają u niej zwierzęta. W ubiegłym roku stwierdziła, że Jezusek ma za dużo inwentarza i postanowiła buchnąć sarenkę z kościoła.

 

Aniołków na Szkolną Wigilię zleciało się całe stado. Na zdjęciu aniołki Patrycja i Michelle :)

 

Wszystkim blogerom i czytającym blogi życzę pogodnych, zdrowych i wesołych świąt Bożego Narodzenia, szczęśliwego Nowego Roku, aby we wszystkim Wam się darzyło :)

                                                                                                rowena77

środa, 19 grudnia 2012

O ja biedna, nieszczęśliwa od dentysty wracam. Znowu. I z tym samym zębiskiem. A ostatniej zimy jeszcze był piękny i gładki. Dentysta wpierał mi, że nie ząb mnie tak boli i do lekarza odsyłał. To samo robił lekarz tylko w drugą stronę. Nikt nie mógł zaradzić i przez kilka miesięcy na tabletach przeciwbólowych i antybiotykach jechałam. Uspokoiło się wiosną i przez lato. We wrześniu z zębiskiem coś się dzieje. Dentysta go rozrył, załatał i myślałam, że już wszystko cacy. A tu w grudniu ząb się połamał, plomba wyleciała, bo i na czym miała się trzymać? Ja znowu uderzam do dentysty, a on mi tu wyskakuje z w wyrywaniem, bo tylko źródłem infekcji będzie ten ząb, a żadnego innego pożytku to już nie ( tak wydedukowałam z angielskiego). O nie, ani źródłem, ani rzeką ten ząb mi już nie będzie, paszoł won z mojej paszczy i z mojego życia. A nowego wstawię sobie w Polsce, bo ten mój irlandzki dentysta bardzo nadszarpnął moje zaufanie. Dobrze, że ten problem załatwiłam przed świętami, jak to się mówi na stary rok.

Jak już tak narzekam to pójdę na całość. Z pretensjami ja wczoraj do małżonka, że rozwalił mi całą ideę świąt, przez te swoje kolarskie zapędy. Przez cztery lata z rzędu każdą Wielkonoc musiał brać udział w w trzydniowym wyścigu kolarskim, przez co w święta siedziałam tylko z dzieckiem, potem z dwójką. Na początku był to dla mnie dramat, potem człowiek wytwarza w sobie system obronny i tłumaczy sobie "no przecież to tylko parę dni obżarstwa, i nicnierobienia, jest o co robić fochy". Aż w końcu dochodzę do takiego momentu, że nie mam ochoty na żadne święta, i nie jest mi to do niczego potrzebne. Tylko dzieci mi żal. Jak one wpatrują się w choinkę, jak buzie rozdziawiają przed kolorowymi wystawami w sklepach, omamione takie świętami, a ja nic. Znieczulica jakaś mnie ogarnęła. Kartki na święta kupiłam dla rodziny, ale życzenia wypisał syn, ja się nie mogłam zebrać w sobie. Po angielsku nasmarował, trudno, będą musieli to jakoś przełknąć.

Ech trzeba będzie się zmobilizować i porobić dzieciakom jakieś smakołyki. Nie stawiam już ( niestety dla mnie) na tradycję. W ubiegłym roku moi potomkowie zbojkotowali tradycyjne wigilijne dania i skończyło się na tym, że ciasto popijali barszczem. Ja, jak byłam mała to próbowałam wszystkiego, bo dorośli wkręcali mi, że dzięki temu będą zdrowa cały rok. Nie działa ten tekst na moje potomstwo. Raczej wychodzę na wariata, że wierzę w takie rzeczy. 

Popisałam bym jeszcze... ale znieczulenie przestaje działać :(

 

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Niedzielne popołudnie spędziliśmy na wystawie w Visual Art w Carlow. Temat z jakim przyszło nam się zmierzyć był bardzo trudny. Otóż od 1993 roku w Cuidad Juarez w Meksyku (przy granicy Stanów Zjednoczonych) popełniono 14 525 morderstw. Brian Maguire, który wielokrotnie odwiedzał to miejsce, opisał je jako brutalne miasto, gdzie zbrodniarze często są bezkarni zwłaszcza, gdy ofiarami są kobiety i dzieci.  Aby zwrócić uwagę świata na tragedię tego miejsca Maguire zaangażował i współpracował z wieloma artystami, dziennikarzami i obrońcami praw człowieka. Tak powstała wystawa pięciu artystów: Brian Maguire, Mark McLoughlin, Lanka Haouche Perren (Irlandia), Teresa Margolles (Meksyk), Lise Bjorne Linnert (Norwegia).

Portrety kobiet brutalnie zamordowanych, których wizerunki np.zdjęcia artyści otrzymali od rodzin ofiar.

Szczególną uwagę przykuwa ten oto meksykański ołtarzyk z czaszkami, które symbolizują śmierć. Wesołe kolory są tu nieprzypadkowe, ponieważ Meksykanie obchodzą radośnie Dzień Zmarłych, ale obraz ma zbitą szybkę co moim zdaniem oznacza, że życie tych ofiar zostało zbyt szybko przerwane. Dlatego rodzinom trudno jest się z tym pogodzić, cierpią, chociaż wierzą w szczęśliwe życie pozagrobowe.

Norweżka Lise Bjorne Linnert prezentuje międzynarodowy projekt, który został wykonany przez tysiące osób. Na tę delikatną ścianę składają się skrawki materiału z wyhaftowanymi imionami i nazwiskami kobiet zamordowanych lub zaginionych w Cuidad Juarez od 1993 r.

Tak to wygląda z bliska.

Ta ściana robi ogromne wrażenie.

Jeżeli ktoś ma ochotę obejrzeć tę wystawę, to można to zrobić jeszcze do 6 stycznia 2013 roku.

czwartek, 06 grudnia 2012

Dnia 24.11.2012 r. w Polskiej Społecznej Szkole w Carlow odbyło się uroczyste pasowanie na ucznia naszych kochanych pierwszoklasistów. Pani Rysia przygotowała dla swoich podopiecznych kilka zadań: ułożenie z literek swojego imienia, podzielenie go na sylaby, szukanie i malowanie samogłosek, kojarzenie wyrazów przeciwstawnych, wiersze, piosenka, taniec. Dzięki temu rodzice, nauczyciele i starsi uczniowie mogli przekonać się, że dzieciaki z klasy I zasługują na miano ucznia.

 Więcej o pasowaniu pierwszaków można przeczytać na blogu szkolnym:

 http://www.polskaszkolacarlow.com/pasowanie-na-ucznia/

 ZAPRASZAM :)