sobota, 31 grudnia 2011

"Z językiem rosyjskim przygodę swą rozpoczęłam w szkole podstawowej. Chcąc nie chcąc był to język obcy, który obowiązkowo zaliczyć trzeba było. Po czteroletniej nauce pozostała mi jedynie umiejętność czytania o słabym rozumieniu tekstu, więc o czytaniu w oryginale mogłabym sobie tylko pomarzyć. Szkoła średnia przypadła mi na lata 90-te, a więc były to czasy, kiedy na wszystko co rosyjskie odwróciliśmy się tyłem, zmęczeni już naszym wschodnim Wielkim Bratem. Z radością chłonęliśmy dostępny już owoc zakazany, czyli literaturę anglosaską. Oczywiście kilka lektur klasyków rosyjskich przerobiłam w szkole średniej, czyli "Zbrodnia i kara" Fiodora Dostojewskiego, "Mistrz i Małgorzata" Michaiła Bułhakowa, a także "Wojna i pokój" Lwa Tołstoja. A nadprogramowo chwyciłam też za jego "Annę Kareninę", która po dziś dzień jest dla mnie nr.1 wśród romansów."

To tylko fragment wypowiedzi na temat mojego obcowania z literaturą rosyjską, za którą redakcja LubimyCzytać.pl nagrodziła mnie książką "Czystopis" Siergieja Łukjanienki. I tak mi trochę głupio z tego powodu, gdyż uważam, że w konkursie wystartowali lepsi zawodnicy. Moją wypowiedź uważam za dobrą, ale nie aż tak , żeby zabłyszczeć czymś szczególnie odkrywczym. Miałam za to faworyta, za którego trzymałam kciuki, i jakie było moje zaskoczenie, gdy wczoraj okazało się, że w piątce nagrodzonych znalazła się nie tylko ta osoba, ale też i rowena77. Książka najpierw trafi do mojej mamy w Polsce, już ją sobie zaklepała do czytania, a dopiero potem prześle ją do mnie. Ostatnio zaczytywała się w rosyjskich kryminałach więc teraz ma ochotę spróbować rosyjskiej fantastyki.

O książce na razie nie wiele mogę powiedzieć, za to chcę Wam bardziej przybliżyć postać autora Siergieja Łukjanienki. Obecnie jest on najpopularniejszym pisarzem rosyjskojęzycznym. W 2003 roku na Euroconie uznano go za najlepszego europejskiego pisarza - fantastę. Na podstawie jego książki "Nocny Patrol" powstał film "Straż nocna" (2004), uznany w Rosji za film wszech czasów, zdobył miano kultowego. Od tamtej pory Łukjanienko stał się sławny i bogaty, i bynajmniej z tego powodu mu nie odbiło. To milioner o skromnych gustach, jest przesądny i nie chce kusić losu zbytnio zmieniając swoje życie. Jeżeli ktoś czołobitnie traktuje twórczość Quentina Tarantino dodam, że reżyser ten wyraził uznanie dla tego filmu w słowach "historia o wyjątkowej sile". To był mój argument, żeby przekonać mojego małżonka, który zapierał się, że ruskiego filmu nie chce oglądać;)

Łukjanienko pisze "na świecie jest mnóstwo przypadków, jest również przeznaczenie". W filmie (bo książki jeszcze nie czytałam), wyłania się idea walki dobra ze złem, w postaci sił światła i ciemności, ale jak tak dłużej wszystkiemu się przyglądałam dostrzegłam, że dobro wcale takie do końca dobre nie jest, popełnia błędy, a zło niekoniecznie chce być złe, ale czy z przeznaczeniem można wygrać?

Wiem, że wiele osób z niechęcią może spoglądać na rosyjskie książki i filmy. Mamy wręcz zakodowaną nieufność popartą historycznymi faktami. Jestem osobą apolityczną więc łatwiej mi docenić twórczość z krajów, do których, jako Polacy możemy mieć niechęć. Chciałabym jedynie zwrócić uwagę, że rosyjskim artystom, jak i przeciętnemu szaremu człowiekowi też nie było lekko. Słynne powiedzenie "musi to na Rusi, a w Polsce jak kto chce" dosadnie to określa. Wielu autorów niedopuszczanych przez cenzurę, dopiero teraz wydaje swoje książki, niektórzy wydawani są już pośmiertnie.

Osobiście jestem już zmęczona kinematografią hollywoodzką, polską zresztą też. Mam dość oglądania ciągle tych samych twarzy etatowych aktorów. Coraz trudniej jest mi się wciągnąć w daną historię. Ciągle mi świta w głowie, nie przejmuj się losem bohatera, to tylko aktor. Dlatego też chętnie sięgam teraz po filmy niemieckie, duńskie, a teraz rosyjskie.

14:33, rowena77 , film
Link Komentarze (8) »
czwartek, 29 grudnia 2011

Tak przy okazji kupowania produktów żywnościowych na święta, czyli w ilościach, jak dla armii, a nie dla czteroosobowej rodziny, wrzuciłam na wierzch gazetę "Pani" (polski supermarket, gdyby ktoś się zdziwił skąd polski magazyn w sklepie w Irlandii), bo jak była okazja to trzeba było brać, a czas na poczytanie i tak się znalazł. Co prawda dopiero po świętach znalazłam ten czas, ale cieszę się, że się nie oparłam, i to za sprawą jednego jedynego artykułu, ale za to jakiego!

"Faktor szczęścia" taki jego tytuł, i jak sama nazwa wskazuje, będzie o samozadowoleniu ze swojego życia. Na początku takie tam psychologiczne rozważania podparte przykładami, ale jak doszło do badań naukowych na Duńczykach - zaintrygowało mnie. Otóż Dania podobno od lat trzydziestu jest na pierwszym miejscu, jako szczęśliwy naród. I pytanie dlaczego? Przez większą część roku tam pada, pogoda brzydka i ponura, jedzenie, jak to bywa w skandynawskich krajach, mdłe i nijakie, zawsze się cieszyłam, że nie tam dane mi było emigrować, bo bym się chyba zagłodziła, ale po tym artykule to zwątpiłam.

Faktorem szczęścia dla Duńczyków jest niski poziom oczekiwania wobec życia. No i teraz śmiech niejednego weźmie, bo z czego tu być zadowolonym, że nie mają ambicji?

Zawsze sobie wyrzucałam, żem zła matka, bo nie biorę udział w zabawach mojego dziecka, teraz dzieci. Wolę ten czas spędzić na swoich zajęciach. Od  dzisiaj nie będę popiołu na łeb sobie z tego powodu sypać. Polskie dzieci nauczone są, że dorośli wszystko im zorganizują, wymyślą zabawy, kupią zabawki, a jak nie, to dziecię się rozbeczy, zrobi awanturę, i dostanie czego chce. Tymczasem mały Duńczyk od pierwszych lat życia uczy się być sam ze sobą i  wyszukuje sobie zajęcia. W przedszkolach popularne są zabawy niezorganizowane. Dzięki temu dzieci są samodzielne, i potrafią twórczo myśleć. W przedszkolu są zwierzęta, a więc co za tym idzie nie jest tam sterylnie, i krzywda żadna z tego powodu się im nie dzieje. Z wyhasanych dzieci nie wyrastają ludzie nie potrafiący się dostosować się do norm społecznych, ale zadowoleni z życia dorośli. I teraz będę tu musiała bardziej wyrozumiale podejść do bałaganu, jakie moje dzieci potrafią zrobić i to powiedziałabym- bezczelnie tuż po tym, jak posprzątałam. One po prostu twórczo się rozwijają. Powinnam chyba bardziej wrzucić na luz, a nie się czepiać.

Idźmy dalej... Dunki pragną być zdrowe, aktywne i w stałym związku. Chcą cieszyć się życiem, ale nie byle jak. Wybierają minimalizm, czyli na przykład bliskość przyrody, praca tak, jeśli daje satysfakcję, jeśli nie -potrafią przeorganizować sobie życie. Prowadzą firmy, ale nic na siłę. Nie boją się zmian. Chętnie się rozwodzą, bo wolą być szczęśliwe w nowym związku, niż zaciskać zęby i męczyć się w starym. Najwięcej jest tam rodzin tzw. patchworkowych czyli w rodzinie są dzieci wspólne, ale też dzieci z poprzednich związków. Nie wiem czy kiedykolwiek w Polsce, taki model rodziny będzie popularny. Toż to szok!

Dania jest rozwiniętym krajem, ale rzadko się zdarza, by naród ten stawał do wyścigu szczurów. Nie chcą na siłę się dorabiać, chcą być przede wszystkim zadowoleni z wykonywanej pracy. Poza tym nie obnoszą się ze swym bogactwem, gdyż uważane jest to za przejaw złego gustu. Jakże odmienna postawa od tego nad Wisłą, prawda? Kto nie ma ambicji postrzegany jest jako gorszy, kto sobie nie radzi w życiu.

Szczęście to rzeczywistość minus oczekiwania. Zamiast polubić to co się ma, wymyślamy coraz to nowe życzenia wobec swojego życia, a kiedy je osiągamy, okazuje się, że jest nie tak, jak sobie wymarzyliśmy. Czy gdy staniemy do wyścigu szczurów i osiągniemy szczyt, potrafimy się tym cieszyć? Ja bym nie potrafiła. Myślałabym o tych wszystkich ludziach, których pokonałam, a teraz mnie nienawidzą, i tylko czekają niech mi się noga powinie. Sukces zawodowy nie oznacza dla mnie szczęścia. Może dać satysfakcję na chwilę, zanim znowu wystawi się sobie jeszcze wyższą poprzeczkę. Osobiście szczęścia dopatruję w rzeczach małych, które są na wyciągnięcie ręki.

Tak się zbliża Nowy Rok i wielu robi sobie listę życzeń, wyzwań, obietnic np rzucenia palenia, pozbycia się wagi i tak dalej, czy nie lepiej niczego sobie nie obiecywać, by w razie porażki nie obwiniać się na przykład o słabość charakteru. Czy nie lepiej pomyśleć o przyszłym roku nie w sensie, że ma być lepszy czy gorszy, ale inny ?

niedziela, 25 grudnia 2011

Nie jestem zwolenniczką opowiadań. Powiem wprost - uwielbiam książki grube, tak zwanej słusznej budowy, najlepiej 400-500 stron. Jak zatopić się w książce to na całość, i niech to trwa jak najdłużej. W związku z powyższym trudno oczekiwać, abym uwielbiała opowiadania. Od reguły trzeba jednak zrobić wyjątek i tak było z opowiadaniami świątecznymi. Pierwsza "Nasze polskie wigilie" kupiłam jeszcze w czerwcu, i słusznie odłożyłam na półkę, bo czytać bożonarodzeniowe historie latem jest bez sensu. Ani nie poczuje się tego klimatu, ani nie ma potrzeby letnią porą zimę sobie robić. Zaczęłam podczytywać ją późną jesienią, a potem trafiła mi się wygrana i do mojej książkowej kolekcji trafiła jeszcze jedna w tym klimacie czyli "Opowieści wigilijne".

Nie będę podawać tu treści opowiadań (można się domyśleć), ani które mnie szczególnie zachwyciło (sami oceńcie, jeśli na nie traficie), natomiast muszę tu pochwalić praktyczność takich opowiadań. Otóż w grudniu naród zaczyna wariować z przygotowaniami do świąt, a im termin 24 grudnia jest bliższy, tym szaleństwo ogarnia wszystkich coraz bardziej. Szczególnie kobiety mają z tym urwanie głowy. Prawdę mówiąc nie miałabym czasu przysiąść do obszerniejszej lektury, a tu opowiadanka proszę, jak znalazł. Krótkie, do rzeczy, zadumam się na chwilę i już pędzę wypucować okna, kolejne opowiadanie, i aha przecież miałam zamówić karpia, kolejna historia i kolejne zadanie do wykonania, trzeba zadbać o tyle szczegółów. Jakbym chwyciła za jakie tomisko, przepadłabym z kretesem, a rodzina przegoniłaby mnie precz;) Na dodatek w tym roku szczególnie miałam problem podchwycić klimat świąt, najchętniej poleciałabym na Malediwy, albo inne egzotyczne miejsce, przeczekałabym i wróciła dopiero po wszystkim, ale niestety rzeczywistość, jak co roku musi mnie przygnieść, więc sobie chociaż "pranie mózgu" zrobiłam tymi opowiadaniami, i w końcu zaskoczyłam świąteczne klimaty:)

Ech... dobrze, że już mam spokój z tymi świętami i mogę zatopić się w... nie zgadlibyście nigdy, w rosyjskim kinie fantastycznym. W ogóle oszalałam na punkcie rosyjskiej literatury i kina. Niewielu zdaje sobie sprawę, jakie oni tam ciekawe rzeczy teraz piszą, filmują. Ale o tym innym razem. Wesołych świąt :)

środa, 21 grudnia 2011

...żebyście byli zdrowi, weseli jako w niebie anieli cały rok!

   żeby Wam się darzyło, wodziło, kopiło

   i dyszlem do stodoły obróciło cały rok!

   żebyście mieli pełne komory, pełne pudła

   i żeby Wam gospodyni u pieca nie schudła!

   żebyście mieli żyto jak koryto,

   ziemniaki jak chodaki,

   buraki jak pniaki...

   tyle wołków, co w płocie kołków

   tyle cieliczek, co w lesie jedliczek

   tyle owieczek, co w lesie mróweczek...

   i żeby gospodarz chodził pomiędzy snopkami

   jak miesiąc pomiędzy gwiazdami!

 

Te staropolskie życzenia w dzisiejszych czasach najbardziej pewnie przypasują rolnikom, w każdym razie wiadomo jakie jest przesłanie. Aby wszystko co dobre w przyszłym roku Was spotkało, tego wszystkim życzę, trzymajcie się cieplutko :)

  

niedziela, 18 grudnia 2011

Pojechaliśmy wczoraj na Jasełka do Polskiej Szkoły w Carlow. W tym roku miały charakter międzynarodowy, zostały zaproszone dzieci różnych narodowości z okolicznych szkół. Każdy mógł się popisać swoją kulturą.

A chłopcy w czerwonych koszulkach na zdjęciu poniżej to irlandzki chór. Jak oni zaśpiewali po polsku "Lulajże Jezuniu" to myślałam, że z krzesła spadnę z wrażenia. Te wszystkie: perełko, pieścidełko, zamknijże znużone, zemdlone itd. słowa ciężkie dla Polaka, a co dopiero dla nich, a tak gładko zaśpiewali, jakby nigdy nic, bez żadnego problemu. Szok normalnie.

Poniżej "Dzisiaj w Betlejem" w wersji czeskiej.

Aniołki... pogubiłam się, w każdym razie każdy z innego kraju, życzenia składali w ojczystym języku.

Słodki poczęstunek, między innymi ciasto tam moje się prezentuje. Okazało się, że chętnych niewielu było do pieczenia, i w porównaniu z ilością osób przybyłych na spotkanie, to w zasadzie kropla w morzu potrzeb. Nic dziwnego, że kiedy małżonek przyniósł z rana do szkoły mój wypiek, nauczycielki go obstąpiły i wylewnie dziękowały.

I spotkałam nauczyciela Adama od angielskiego. Wcisnęłam mu od razu swoje ciasto hehe, póki jeszcze było. Zapewnił, że smakuje very good. Innej odpowiedzi nie spodziewałam się usłyszeć. Okazało się, że już miał do czynienia z polską kuchnią w postaci pierogów i bigosu. Współczuję mu, mam na myśli bigos oczywiście.

Podsumowując temat pieczenia uważam, że w irlandzkiej szkole nie będę się udzielać, Irlandki potrafią piec i chętnie to robią, wręcz popisują się swoimi umiejętnościami (domki z ciasta i tym podobne cuda), więc moja pomoc wydaje się zbyteczna, natomiast dla polskiej szkoły będę piekła, kiedy tylko zajdzie taka potrzeba. Trzeba udzielać się tam, gdzie ta pomoc jest naprawdę bardzo potrzebna.

Acha, i z kiermaszu książek też skrupulatnie skorzystałam. Dwie polskie książki kupiłam, jedną dla siebie pod choinkę (trzeba się rozpieszczać), a druga dla koleżanki w prezencie. Dostaliśmy zaproszenie od znajomych na drugi dzień świąt, więc musowo z czymś się pokazać trzeba:)

piątek, 16 grudnia 2011

... mam nadzieję, że mnie nie ogarnie. W końcu nie mam zaproszonych tuzina gości, i nie staję przed egzaminem "uwaga teściowa patrzy". Dom nie musi być na super hiper połysk. Ogarnąć trzeba, ale żeby zaraz miałabym się urabiać po łokcie, to ja dziękuję bardzo. Lista świątecznych potraw zrobiona, aczkolwiek jeszcze nie zamknięta. Dzisiaj już dwie koleżanki próbowały mnie wpędzić w kompleksy, że one już z pierogami stojącymi na baczność w zamrażalniku wyrobione, a ja tu jeszcze nic. Taka eteryczna i chaotyczna jestem w tym roku, i dobrze mi z tym i się nie dam. Małżonek amator ciast zobowiązał się ugniatać, miksować i inne cuda wyprawiać, aby tylko pojawiły się domowe wypieki na świątecznym stole. Bo ja to nie przepadam za ciastami, nie w takich ilościach, jakie się robi w domu. Kilka podstawowych ciast nauczyłam się piec, ale tylko i wyłącznie ze względu na małżonka, i po części syna. Przez ostatnie lata nie pokusiłam się jednak o nowe umiejętności cukiernicze. Teraz to nawet myślę, że na potrzeby naszej rodziny to i tak za wiele, zwłaszcza  jak słyszę "mam dietę kolarską", a na drugi dzień znika pół kilo ptysi, żeby się nie zmarnowały.

Ciasto na Cake Sale w irlandzkiej szkole Adama nie zobowiązałam się piec. Jakoś mnie to dziwnie brzmiało. Mam upiec ciasto, i dać pieniądze swojemu dzieciakowi, żeby mógł je kupić, a pieniądze ze sprzedaży na szczytny cel, nie dociekałam jaki. Dałam pieniądze dzieciakowi w nadziei, że szczytny cel zostanie osiągnięty. Adam uratował honor rodziny (w końcu ma wyrodną matkę, która piec nie chciała) i podzielił się pieniędzmi z kolegą, który przy sobie nie miał ani centa, czyli prawdopodobnie są jeszcze bardziej wyrodni rodzice, niż ja. Nie powiem, w dzień wyprzedaży zaczęły ogarniać mnie wyrzuty sumienia, bo to może na chore dzieci, a ja tu taka oporna. Katowałam się myślami, aż do momentu kiedy zobaczyłam, jak niesprzedane i nienaruszone ciasta powędrowały gęsiego do pokoju nauczycielskiego. W każdym razie uzbierano ponad 800 euro i zakupiono osiem wielofunkcyjnych stołów do sztuki kulinarnej. Czyli jednak nie na chore dzieci, a tak się niepotrzebnie przejmowałam. W polskiej szkole też szukali chętnych do pieczenia z okazji Jasełek. Nie zgłosiłam się, ale postanowiłam sobie, że upiekę dla nich z tej okazji proste ciasto, ale za to z fajnymi świątecznymi dekoracjami. Celowo nie wybrałam sernik, czy makowiec bo ryzyko, że wyląduje w pokoju nauczycielskim wzrasta. Moje na pewno dadzą dzieciakom. Wiem, jestem cyniczna, ale co robić, świat bywa paskudny. I tu zdjęcie tegoż mojego cuda. Nie wydaje mi się konieczne podawać przepis na nie, ale jeśli ktoś poczuje nieodpartą pokusę poznać sekret jego składników, to bez krępacji prośby swoje w komentarzach umieszczać.

 

A pingwinek to ręczna robota wykonana na drutach, zakup na świątecznym jarmarku. Michelle go chwyciła, przygarnęła i nie było wyjścia, kupić dziecku trzeba było:) Te jarmarki uważam za ciekawą alternatywę dla osób takich jak ja, którzy mają dość kiczowatego blichtru, jakie serwują nam centra handlowe. Tu można spróbować domowych wypieków, grzańca, zakupić przetwory, i takie ręcznie robione drobiazgi, idealne na prezent.

Za to suszone grzyby lecą do mnie samolotem, wprost na mój stół wigilijny mam nadzieję wylądują. Wujek mój, kochany człowiek wysłał specjalnie dla mnie własnoręcznie zbierane grzyby, co bym polskie lasy sobie wspominała, i cieplutko o nim pomyślała w ten świąteczny czas. Bo u nas w Irlandii tylko pieczarki tubylcy uznają. W polskich sklepach i marketach owszem leśne, suszone grzyby sprzedają, ale w cenach jak za kamienie szlachetne , a nie runa leśnego, tak o zgrozo u nas wydziwiają.

I jeszcze jedno mi się przypomniało. Chłopaki mnie przegłosowali, i w tym roku nadal będę miała sztuczną choinkę. W ramach rekompensaty mogę sobie kupić stroik na stół z żywych iglaków. Dobre chociaż i tyle...

 

środa, 14 grudnia 2011

Wyobraźcie sobie, że nasz świat uległ zagładzie, a Wy jesteście jedynymi z garstki ocalałych. No właśnie i co dalej?

Ja się zastanawiałam i proszę do jakich wniosków doszłam.

PO PIERWSZE: trzeba ustalić co nas zgładziło. Nie po to by z tym walczyć, ale by skutecznie tego unikać. Czy będzie to szybko rozprzestrzeniająca się choroba, bomba nuklearna, rewolucja maszyn, ufoludki tudzież inne mutanty, jakakolwiek jest tego przyczyna, została z nas tylko garstka, aby przetrwać musimy przed tym chronić się.

PO DRUGIE: ludzi z którymi przyszło nam żyć nie wybieraliśmy, może się zdarzyć, że nie będziemy mieć przy sobie przyjaciółeczki od serca, ani kumpla od piwa, z rodziny też nikogo nie wypatrzymy. Na dodatek osoby z grupy mogą nie wydawać się fajne, a może nawet niektórych z miejsca nie polubimy. Co robić? Trzeba to przełknąć w końcu tu chodzi o przetrwanie, a nie piknik za miastem. Człowiek jest zwierzęciem stadnym, może przetrwać tylko w grupie.

PO TRZECIE: żeby przetrwać trzeba jeść. Należy kierować się tam, gdzie jeszcze istnieje fauna i flora. Bez tego nie przeżyjemy. Jemy wszystko co się rusza pamiętając, że dzikie plemiona w dżungli zajadają się owadami. W sytuacji jakiej się znaleźliśmy walory smakowe potraw trzeba odłożyć na bok do czasu, aż nauczymy się polować na grubego zwierza.

PO CZWARTE: z garstki ludzi nie powstanie od razu miasto.  Na początek rozkładamy obozowisko. Co jakiś czas przenosząc się będziemy mogli ocenić bezpieczeństwo terenu, bliskość wody pitnej, obfitość pożywienia. Kiedy znajdujemy odpowiednie miejsce budujemy osadę.

PO PIATE: mamy co jeść, gdzie się schronić, względnie spokojnie nam się żyje, możemy zająć się reprodukcją gatunku, oczywiście jeśli wśród nas są przedstawiciele obu płci. Prędzej czy później feromony zrobią swoje i złośliwa koleżanka wyda nam się superatrakcyjna, a gburowaty kolega całkiem miłym gościem. Im więcej dzieci przyjdzie na świat, tym większe prawdopodobieństwo przetrwania gatunku.

Jaką rolę mogłabym odegrać w odbudowywaniu świata?

Szaman. Ludzie potrzebują wsparcia duchowego, chcą wiedzieć jakie zielsko wyleczy ranę, i czy z lebiody da się zrobić zupę. Chcą wiedzieć jaka będzie jutro pogoda, a sami nie potrafią tego wyczytać z nieba i wiatru, bo oglądali przecież pogodynkę. Ech... muszę się jeszcze nauczyć wyganiania złych duchów tam gdzie ich miejsce, i spokojnie mogę czekać na koniec świata. Z garstką ludzi na pewno dam radę ;)

 

Ot takie wygłupy, nie bierzcie tego do siebie, to raczej z rozpaczy, święta się zbliżają, a ja nie mogę poczuć ducha świąt czyt. wziąć się za porządki. Ale trzeba będzie się zmobilizować, bo jak się ma dzieci to święta muszą być a matka, szczególnie  Matka Polka nie może zawieść ;)

I kto tu chce świat ratować?

 

sobota, 10 grudnia 2011

Nic nie wskazywało na to, że te dwie tak różne osoby staną się przyjaciółmi. Różniło ich więcej niż łączyło. A choćby taki wiek. Mój syn miał cztery lata kiedy poznał swojego przyjaciela, który urodził się siedemdziesiąt lat wcześniej. Starszy Pan, którego niestety ominęło ojcostwo, gdyż musiał pracować w odległym wiele kilometrów Dublinie. Ciężko pracując zarabiał na utrzymanie żony i czwórki dzieci, a i to ledwo wystarczało, aby związać  koniec z końcem. Na bycie tatą nie było już czasu, ani zbyt wiele okazji. Kiedy dzieci dorosły wyjechały w poszukiwaniu lepszego życia w Ameryce. Tam też urodziły się wnuki, które Starszy Pan zna jedynie ze zdjęć. Adam natomiast przyjechał do Irlandii, jako mały chłopiec. Znał słabo angielski i nie potrafił zaaklimatyzować się w przedszkolu. Nikt go nie rozumiał. Nudząc się, przeszkadzał innym w zajęciach. W końcu rodzice innych dzieci zaczęli się skarżyć na Adama, efektem czego musiał opuścić przedszkole. Jego losem zainteresował się Irlandczyk, Starszy Pan, który mieszkał po sąsiedzku. Poprosił Adama o pomoc przy pracach w ogrodzie. Na początku porozumiewali się na migi, wkrótce chłopak "łapał" coraz to nowe słówka, potem proste zdania. Z każdym dniem zasób słów powiększał się i po kilku miesiącach Adam porozumiewał się po angielsku płynnie. Z ulgą wysłaliśmy go do szkoły. Nie tylko nie ma już problemu z językiem, ale został nawet tłumaczem między nauczycielką a polskimi kolegami. Starszy Pan opowiedział mu o tym, że Irlandczycy słabo znają irlandzki język, że na co dzień posługują się angielskim, zapominają o swoich korzeniach, o tym jak przodkowie walczyli o swój kraj. Wytłumaczył mu, jak bardzo ważne jest, aby znać swój ojczysty język. Adam rozpoczął naukę w sobotniej Polskiej Szkole, i uczy się nie tylko polskiego, ale dowiaduje się mnóstwo rzeczy o Polsce. A ze swoim przyjacielem przegląda książki zarówno angielskie, jak i polskie. Dla zabawy uczy Starszego Pana polskich słówek. Razem spędzają mnóstwo czasu, Adam widzi w swoim przyjacielu dziadka, którego nie ma, gdyż obaj jego dziadkowie nie żyją, a Starszy Pan ma wnuka, który ożywia mu starość...

Powyższa historia ( bo raczej nie za zdolności pisarskie hehe ) została nagrodzona przez redakcję LubimyCzytać.pl audiobookiem "Rico, Oskar i głębocienie" Andreasa Steinhofela w wykonaniu Artura Barcisia.

Taki drobiazg, a jak cieszy :)

 

środa, 07 grudnia 2011

Książka o tym, jak siedemdziesiąt lat temu Halina i Stanisław Bujakowscy postanawiają motorem przejechać z Polski do Chin. Szlak prowadził przez Azję i wynosił 24 tys. km. Na początku miałam mieszane uczucia co do tej parki. Młode małżeństwo z bogatych rodzin, znudzeni codziennością, postanawiają wyruszyć po przygodę motorkiem (a co tam, fajnie będzie), taka lekkomyślna ta podróż mi się wydawała. Oczywiście finansowo się zabezpieczyli, w czasie podróży pisali reportaże, fotografowali, wysyłali do polskich gazet, z zapłatą różnie już bywało, ale młodzi jeszcze mieli bogatych rodziców, którzy w razie czego pieniążki przysyłali. Każdy by tak chciał hehe. Oczywiście Halina pisała książkę marząc, że będzie to inwestycja na przyszłość, ale nigdy nie zrealizowali tego pomysłu za życia. Książka najpierw przypomina pamiętnik młodego naiwnego dziewczęcia, które wszystkim się w koło zachwycało. Wyrywając do wielkiego świata, cieszyła się, jak dziecko. I nie zabrakło też tekstów w stylu "mój chłopiec to, mój chłopiec tamto", ale takie zachowanie jest typowe dla młodych zakochanych dziewcząt, i przynajmniej było można wyczytać, że ta para, bynajmniej nie jest przypadkowa, ani z rozsądku, tylko naprawdę łączyło ich uczucie. W pewnej chwili pomyślałam sobie, że brakuje tylko, aby zaczęli się migdalić przez całą drogę, od czasu do czasu zachwycając się widokami, to wysiadam z tej książki hehe. Ale nie, zachowali dyskrecję, i ze swoją intymnością się nie afiszowali. Także czytelnik "podróżując" z nimi motorem, nie czuje się skrępowany. To po prostu ciekawi świata ludzie z silną skłonnością do włóczęgi i chwała im za to, że zachowali rozsądek.

Trudno oczekiwać po książce drogi, że kraje mijane przez nich będą opisane dokładnie i ze szczegółami. Sami się przyznali, że niewiele zdołali zobaczyć i poznać. Zwrot akcji następuje, gdy przychodzi im koczować w birmańskiej dżungli przez pół roku z powodu pory deszczowej. No i tu zaczęłam się podśmiewywać pod nosem, no to skończyły się herbatki u ambasadora hehe. A co zrobili Bujakowscy? No kompletnie mnie zaskoczyli. Halina zaczęła przemawiać moim językiem, czyli językiem matki i żony. Odkrywa swój instynkt macierzyński, gdy wykupują z niewoli niedźwiadka i opiekują się nim w dżungli. W spartańskich warunkach próbują stworzyć swój dom. Nie zrażają się głodem i zarazą. Powiem więcej. Oni chcieli tam pozostać na zawsze uważając, że to był ich najlepszy okres w życiu, kiedy mieli tylko siebie, i poznali się tak "na maksa". Trzeba pamiętać, że w tamtych czasach ludzie się pobierali, a dopiero później poznawali. Nie tak, jak teraz, kiedy się chodzi z chłopakiem 5, 10 lat, a ślub w wiecznie nieokreślonym terminie. Więź Bujakowskich w czasie tej podróży nawiązała się tak silna, że nawet późniejsza ośmioletnia rozłąka spowodowana wojną, nie osłabiła tego związku. Kończyłam czytać tę książkę będąc pełną podziwu dla tego małżeństwa zwłaszcza, że przez ponad pół książki miałam do nich lekceważący stosunek. Myślę , że ta podróż sprawiła, że w ekspresowym tempie dojrzeli, i ze znudzonych dzieciaków stali się wytrawnymi globtroterami. Czyli sprawdza się powiedzenie "podróże kształcą" :)

 

niedziela, 04 grudnia 2011

Co roku jeździmy do św. Mikołaja, i zawsze jest to koniec listopada lub początek grudnia. Później robi się tłok, a ja nie mam cierpliwości do kolejek. Michelle wizytę okupiła kilkoma łzami, ale prezent szybko ją uspokoił. Adam kręcił Mikołajem, jak "Cygan słońcem". Zapomniał już, że jako trzylatek rozpaczał i nie dał się omamić żadnym prezentem.

Uff... już po wszystkim, kolejny stres za rok ;)