czwartek, 30 grudnia 2010

Film "Konopielka" oglądałam kiedyś dwa razy, a teraz kupiłam książkę i... uśmiałam się jeszcze bardziej niż przy filmie. Nawet czytałam fragmenty mężowi, a co tam niech i on się pośmieje. W pewnej wiosce, otoczonej bagnami, gdzie cywilizacja i postęp jeszcze nie dotarła żyją ludzie w ciemnocie, zabobonach i brudzie, a mimo to są na swój sposób szczęśliwi. Panicznie boją się wszelkich zmian, bo tylko to co z dziada pradziada kontynuowane wydaje im się bezpieczne i właściwe tak "jak Pambóg przykazał". Władze jednak postanawiają na siłę wioskę z zacofania wyciągać. Osuszają bagna, zakładają prąd, otwierają szkołę. Mieszkańcy długo nie mogą się pogodzić z tymi zmianami, tak jakby ktoś ich świat wywrócił do góry nogami ...

U góry okładka książki u dołu plakat filmu.

To taka konfrontacja wsi z miastem, ale w zabawny sposób. Bo każdy na swoim podwórku ma swoją rację i nikt mu tej racji nie może zabronić ;)

 

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Tak mi trochę zeszło obejrzeć film "Pożegnanie z Afryką"( jakieś ładne kilkanaście lat, hehe), a film jeszcze starszy bo z 1986 roku.  No, ale jak mi się trafiła niedawno książka, to trzeba iść za ciosem i ten film w końcu zaliczyć. I tu zaskoczenie książka o czym innym, a film o czym innym, bo to jak się okazuje, wolna adaptacja jest, więc najpierw będzie o książce...

Książka jest w postaci dziennika, luznych zapisków duńskiej baronowej Karen Blixen, która przenosi się do Kenii i tam zakłada plantację kawy. Z wielką cierpliwością i zrozumieniem odnosi się do miejscowej ludności, próbuje poznawać obyczaje miejscowych plemion, nie jest obojętna na ich ciężki los. Zakłada szkółkę dla dzieci i próbuje leczyć chorych, a co trudniejsze przypadki zawozi do szpitala. Oddaje się całym sercem w życie społeczne tubylców. Pięknie opisuje też krajobrazy Afryki, przyrodę, polowania, uprawę kawy, wszystko to, co składało się na jej życie w Afryce, i które musiała pożegnać po bankructwie swojej plantacji. Książka jest powieścią autobiograficzną, dzięki czemu autorka z łatwością przenosi nas w świat dzikiej Afryki. 

Film to już inna bajka. Głównie rozwinięcie jednego wątku, a mianowicie znajomości Karen z myśliwym Denysem Finchem-Hattonem. W książce są tylko przyjaciółmi, a tu nawiązują romans. W tym filmie zagrali Meryl Streep i Robert Redford i do tego stopnia udała się ta historia, że film został nagrodzony siedmioma Oskarami, a sam film przeszedł do klasyki romansu.

Jak dla mnie książka i film nawzajem się uzupełniają. Połączenie ich daje mi pełniejszy i ciekawszy obraz życia Karen, nawet jeśli ten romans był wymyślony przez filmowców i tak było warto obejrzeć tą produkcję, bo w książce jakby mi czegoś brakowało...

Skoro jesteśmy już na afrykańskiej plantacji kawy, muszę tu koniecznie wspomnieć o akcji, na którą trafiliśmy jeszcze przed świętami. Akcja nazywa się FAIRTRADE czyli SPRAWIEDLIWY HANDEL, dzięki której biedni mieszkańcy Afryki dostaną za swoją ciężką pracę godne i stałe wynagrodzenie, niezależne od wahań rynkowych. Organizacja ta gwarantuje ochronę praw kobiet, zakaz wykorzystywania do pracy dzieci oraz właściwy poziom bezpieczeństwa i higieny pracy. Kupując takie produkty jak: herbata, kawa czy banany zwracajmy szczególną uwagę na produkty oznaczone certyfikatem FAIRTRADE i po prostu je kupujmy, bo dzięki nam świadomym konsumentom takie organizacje są w stanie walczyć z nieuczciwymi plantatorami. W Polsce ta akcja jest jeszcze mało znana w porównaniu z krajami Europy zachodniej, ale może wkrótce to się zmieni.

I jeszcze jedno zdjęcie, jak to Adam zainteresowany jest stoiskiem FAIRTRADE, ale cóż się dziwić częstowali za darmo czekoladą, no może nie zupełnie za darmo, dali do wypełnienia ankietę hehe. W każdym razie było bardzo miło poczęstować się czekoladą zrobioną z ziarna kakaowca z plantacji, których patronem jest właśnie ta organizacja :)

A dla zainteresowanych tym tematem podaję link 

http://www.fairtrade.org.pl/index.php  

niedziela, 26 grudnia 2010

Z okazji świąt  zdjęcia trzech irlandzkich szopek bożonarodzeniowych:

Szopka w kościele św. Różańca w Tullow

Szopka w kościele św. Klary w Carlow

... oraz szopka w kościele w Grange

 

czwartek, 23 grudnia 2010

Taka jedna noc jest w roku,

noc niezwykła, tajemnicza,

kiedy wcale spać się nie chce,

kiedy wszystko nas zachwyca.

 

Pachnie lasem choineczka

roświetlona blaskiem złotym,

drzewa szumią w śnieżnej bieli,

ludzkim głosem mówią koty,

 

wiatr kolędy gra w kominie

wszędzie gwarno, wszędzie jasno

- no, powiedzcie mi, kochani,

jak tu zasnąć? Jak tu zasnąć?

 

Księżyc w oknie się przegląda,

o, Mikołaj pędzi w saniach!

Jak tu zasnąć, kiedy jeszcze

tyle jest do oglądania!

 

[autora wiersza niestety nie znam]

Wesołych Świąt Bożego Narodzenia życzy wszystkim blogowiczom i odwiedzającym blogi

                                                                                    rowena

 

 

wtorek, 21 grudnia 2010

No proszę, tyle oglądam amerykańskich filmów, i rzadko który powali mnie na kolana, a tu zachciało mi się rosyjskiego kina, biorę pierwszy lepszy film i... łuuup nie mogę się pozbierać. Ale do rzeczy, bo rzecz będzie o filmie "Słowo jak głaz" tytuł orginalny "Kremen" (2007) Mizgrejowa. Niejaki Anton wychodzi z wojska i przyjeżdża za dziewczyną do Moskwy. Ona jednak nie wiąże z nim już swojej przyszłości. Nie zrażony tym bynajmniej chłopak konsekwentnie dąży do celu. Robi karierę, dostosowuje się umiejętnie do skorumpowanych współpracowników, kierując się przede wszystkim własnym kodeksem honoru. Historia ta może sama w sobie nie jest powalająca, za to konstrukcja psychiczna głównego bohatera - jak najbardziej. "Moje słowo jak głaz" często powtarza to zdanie ten niepozorny chłopak, i nie rzuca go bynajmniej na wiatr. Przekonuje się o tym każdy, kto mu się sprzeciwi, albo zajdzie za skórę. Takie postacie lubię oglądać. Raczej siła umysłu, niż pięści stanowi o jego charakterze. Łaaał ;)

Ps. Gdyby ktoś mógłby polecić mi jakiś fajne rosyjskie filmy, to proszę o tytuły w komentarzach :)

 

12:53, rowena77 , film
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 20 grudnia 2010

Ostatnio podpuszczałam moich chłopaków w temacie damsko-męskim, a odpowiedzi jakie otrzymałam były conajmniej zaskujące ;)

Do męża:

-Całkiem ładniutka ta kasjerka, co?

-Ładna, ale jakaś zła energia z niej bije.

-???

Heh, od kiedy to mężczyzni zwracają uwagę na fluidy, ale wybrnął z sytuacji całkiem gładko ;)

 

Do syna (lat 7):

-Niezła ta laseczka, co Adam?

-Wiesz co mamo, ty się lepiej zajmij swoim mężem, a ja się zajmę tą laseczką!

-???

No to mam za swoje haha

 

niedziela, 19 grudnia 2010

-Mamo tyle razy mówię Misi, żeby nie ściągała bombek z choinki, a ona dalej swoje! - skarży się Adam.

-Czujesz się bezradny? - pytam.

-Tak.

-I dobrze. Teraz wiesz jak ja się czułam, przez te wszystkie lata, kiedy robiłeś dokładnie to samo.

Po jakimś czasie słyszę, jak choinka łuuuuup spada na podłogę. Michelle zaplątała się w kable, przewróciła się razem z choinką i zanosi się płaczem. Adam w krzyk, bo strojenie tej choinki to jego dzieło. A mnie się już z tego wszystkiego śmiać chce, bo jak co roku wyobrażam sobie idealną choinkę, żywego świerka ze szklanymi bombkami i najlepiej ręcznie malowanymi, a szczytem marzeń byłoby mieć te bombki z Polski, ale na urzeczywistnienie marzeń trzeba będzie mi jeszcze długo poczekać, przynajmniej parę lat. Póki co zadowalam się plastikowym wiechciem z równie plastikowymi bombkami "made in china", które pożyczył mi kolega parę lat temu, i po których odbiór nigdy sie nie zgłosił i raczej już nie zgłosi bo od dawna jest w Polsce na stałe. Te plastikowe bombki mają tylko jedną zaletę. Można nimi rzucać nawet o ścianę i się nie pobiją. Czy muszę tłumaczyć, że posiadając małe dzieci ta zaleta jest bardzo istotna? Racze nie. Nie będę się wygłupiać i zamiast mojej choinki pokażę świąteczne zdjęcia ze sklepu Rathwood :)

 

piątek, 17 grudnia 2010

"Hotel Irlandia" Iwony Słabuszewskiej-Krauze to lekka książka o fali emigracji po 2004 roku kierującej się na wyspy, napisana na podstawie własnych doświadczeń. Są tu wzloty i upadki zarówno w karierze zawodowej, jak i w sprawach sercowych, młodych ludzi szukających swego miejsca w świecie. Nie jest to przewodnik na temat "jak sobie radzić w Irlandii", więc jeśli ktoś takiego oczekuje to się zawiedzie. Dla mnie to była przyjemna książka do czytania, aczkolwiek już nieaktualna jeśli chodzi o tutejszą rzeczywistość. Rzecz dzieje się do pazdziernika 2006 więc jeszcze w czasach zanim nastąpił kryzys. Przyjazd Polaków bardzo odmienił krajobraz Zielonej Wyspy, najlepiej ujęła to autorka:

" Gdyby Babcia jeszcze żyła, zamiast porannego Irish Times'a mogłabym jej przynieść którąś z polskich gazet wydawanych w Dublinie. Dowiedziałaby się z niej, że stojąc w kolejce do banku ma jedną szansę na 23 ustawić się za obywatelem mojej narodowości. Na śniadanie zjadłybyśmy biały twarożek rozgnieciony ze śmietaną, zakupiony w którymś z licznych w Dublinie polskich sklepów. (...) Babcia pewnie nie dałaby się wyciągnąć na zatłoczoną, niedzielną mszę celebrowaną przez polskiego księdza, ale mogłaby się wybrać na kawę do Butterfly, w którym jedynym Irlandczykiem został już tylko szef. (...) Czekając na przystanku na jeżdżący z tą samą co zawsze nieregularnością autobus, natknęłybyśmy się na grupę polskich robotników wracających w ubłoconych butach do domu. A w autobusie może miejsca by nam ustąpiły polskie studentki dorabiające na wakacjach."

Jak się nad tym zastanowić to tworzymy historię, a kiedyś na pewno będą o nas uczyć w szkołach, a czy w pozytywnym czy negatywnym świetle, to zależy co będzie bardziej poprawne politycznie ;)

czwartek, 16 grudnia 2010

Przychodzi Adam ze szkoły:

-Mamo! Zgłosiłem się do szkolnego teatrzyku! Będę grał shepherda!

-Szeee... co??? A matko jedyna, a kto to taki?

-Nie wiem, ale bardzo chciałem go zagrać! I pani się zgodziła!

-No ale co taki szeferd ... czy jak mu tam robi, co to jest za rola?

-Ja nie wiem, jak jest po polsku!

Nie dogadamy się. Biorę słownik, zaglądam....

- Co???  Będziesz pastuchem?! To o tę rolę tak zabiegałeś?! Zadziwiasz mnie.

-Tu są papiery.

Oglądam, wygląda mi to na scenariusz. Występują królowie, anioły, owce, pastuchy...

-Aaa! Więc będziesz pastuszkiem w takiej szopce bożonarodzeniowej!  A to może być, bo już się przeraziłam, że ambicji ci zabrakło. O proszę, nawet będziesz miał trochę kwestii do nauczenia. Zawsze to lepiej niż owce, bo jak tu widzę... nic się nie odzywają. No to awansowałeś, bo w tamtym roku grałeś rolę śnieżynki, więc robiłeś prawie jak za tło.

-A właśnie, że fajnie jest być śnieżynką! Można kogoś pacnąć w głowę, i ten ktoś mi nie odda!

No tak, wszystko zależy od punktu widzenia :)

  

środa, 15 grudnia 2010

Ale sobie narobiłam. Zachciało mi się nowej książki kucharskiej "Kuchnia Polska" tuż przed świętami. Nawiasem mówiąc to już moja czwarta książka o kuchni polskiej, więc można już chyba mówić o kolekcji. No i  siedziałam sfrustrowana, bo menu świąteczne ustalone, jak zwykle to samo co w tamtym roku, i jeszcze poprzednim itd., a ta książka jak wyrzut sumienia, że w jakiejś stagnacji kulinarnej żyjemy i to chyba od wieków. Wypróbowanie nowych, nieznanych przepisów na święta to też nie jest dobry pomysł, bo zwiększa się "ciśnienie" przedświąteczne, a tego bym wolała uniknąć, i pewnie każdy z domowników też. Rozwiązanie problemu przyszło samo, jak w tao Kubusia Puchatka. Przychodzi Adam i jemu menu absolutnie się nie podoba. Przenigdy nie będzie jadł pierogów z kapustą i grzybami, mam zrobić ruskie i już. Ruskie nie mogą być na wigilję, mnie nie pasują. Więc może pierogi z suszonymi śliwkami? Tak na słodko, co? Jak na słodko to może być. Ale znowu ja mam problem. Bez kiszonej kapusty i grzybów to nie wigilia, więc wybór pada na łazanki. Jak to dobrze, że kupiłam tą książkę, myślę sobie, już do wypróbowania dwa przepisy. Tylko zamiast jednej potrawy mam wtedy dwie, więc trzeba coś zredukować, bo się urobię po pachy. Sałatkę ziemniaczaną będziesz jadł? Nie lubię! Śledzie? Nie cierpię! Fuj! Więc zrobię sałatkę jarzynowo-śledziową dla mnie i dla taty, a ty się będziesz tylko oblizywał! O nie! Nigdy!- jest nieprzejednany. Może to niektórych zdziwi, że  takie rzeczy omawiam z siedmioletnim synem zamiast z mężem, ale mam to szczęście, że mój mąż zje wszystko, nawet potrawy, które lekko powiedziawszy "nie wyszły" i wszystko dlatego, aby nie robić mi przykrości. Z Adamem już tak łatwo nie jest. Dopiero po długim czasie doszliśmy w miarę do porozumienia, a na koniec rzucam: ... i pamiętaj syneczku żebyś ożenił się z Polką, bo jak z Irlandką to rosół będziesz jadł bez makaronu - śmieję się z niego :)

wtorek, 14 grudnia 2010

"Ondine"(2009) to dramat irlandzko-amerykański, który ogladałam jakieś pół roku temu. Piszę o nim, bo długo czekałam na ten film. Wiedziałam, że kręcą go w Irlandii i występuje w nim nasza polska aktorka Alicja Bachleda-Curuś, u boku Colina Farrella.

 Rzecz dzieje się w irlandzkim porcie w niewielkim miasteczku. Pewnego dnia rybak wyławia z morza tajemniczą dziewczynę, która nie chce nic o osobie powiedzieć, i ukrywa się przed ludzmi. Odkrywa ją w końcu córka rybaka, która jest kaleką. Wierzy, że dziewczyna jest mityczną nimfą Ondine, która jest w stanie ją uleczyć. Niestety "nimfę" dogania mroczna przeszłość.

 Film ten bez efektów specjalnych, przeplata rzeczywistość z baśnią, dzięki czemu łatwiej w nią uwierzyć. Historia o miłości, wierze i nadziei, którą warto zobaczyć. Irlandzkie krajobrazy, wybrzeże, morze, tradycyjne małomiasteczkowe budownictwo, specyficzna tutejsza pogoda, wszystko to składa się na szczególny klimat tego filmu. Nadziwić się też nie mogę, jak Alicja mogła się przełamać i siedzieć w tej zimnej wodzie nawet po kilka godzin. Brrr... No i te włosy. Potargana przez wiatr, zmoczona deszczem, morską wodą, a i tak wyglądała zjawiskowo. Zazdroszczę, choć być może to zasługa stylistów. W każdym razie zachwyciła mnie swoją naturalną, słowiańską urodą w tym filmie.

Ps. ale jak to pisałam, to nie widziałam jeszcze tej reklamy szamponu, w której występuje Alicja hehe

12:30, rowena77 , film
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 grudnia 2010

Kilka zdjęć z centrum handlowego w Carlow, świąteczne dekoracje, no i oczywiście św. Mikołaj, którego wczoraj nasze dzieci obstąpiły:) Prezenty od Mikołaja leżą już pod choinką, ciekawe czy dotrwają nienaruszone do świąt;)

  

piątek, 10 grudnia 2010

Rano uporałam sie w końcu z kartkami świątecznymi. Pomimo tych wszystkich sms-ów, emaili i całej tej komputeryzacji i tak mam wielki sentyment do składania życzeń w tradycyjny sposób, czyli przez wysyłanie kartek pocztą. Tak więc najbliższa rodzina dostanie od naszej małej rodzinki jak zwykle kartki, pozostali niech oczekują wieści internetowych;)

Powoli zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Po drugiej stronie ulicy zawieszono głośnik z nadającym od kilku dni "radiem lokalnym". Czy chcę, czy nie chcę muszę słuchać i wczuwać się w atmosferę świąt. Nawet lubię posłuchać tradycyjną muzykę irlandzką, ale resztę repertuaru raczej bym sobie w domowym zaciszu nie zaserwowała. Mam nadzieję, że ten głośnik to nie na stałe, inaczej się wyprowadzam.

Acha, bym zapomniała. Moje dzieciaczki się cieszą, jutro jadą do Carlow z wizytą u św. Mikołaja. Trzeba tam szybciej się udać, bo przed świętami będą ogromne kolejki, a moje łobuzy do cierpliwych nie należą.

środa, 08 grudnia 2010

Pieczenie świątecznych pierników to już nasza grudniowa tradycja rodzinna. Dla Adama to niezła zabawa. Michelle na pewno do nas dołączy za rok, jak będzie większa (ma teraz 10 miesięcy), ale w objadaniu się piernikami nie pozostawała w tyle;)

Przepis pochodzi z książki kucharskiej "Kuchnia Polska. Przepisy dawne i nowe", ale został przeze mnie zmodyfikowany. Podwoiłam ilość składników, bo dla takich łasuchów trzeba zrobić więcej, a i tak będzie za mało.

PRZEPIS NA PIERNIKI

3 szklanki mąki

1 szklanka miodu

6 łyżek wody

2 łyżki przyprawy do piernika

4 dag masła

1/2 szklanki cukru

2 jajka

2 płaskie łyżeczki sody oczyszczonej

Miód zrumienić z przyprawą do pierników, dodać 2 łyżki wody. Rozpuszczony i przestudzony tłuszcz wymieszać z przesianą mąką, cukrem i sodą oczyszczoną rozpuszczoną w 4 łyżkach wody. Dodać miód, jajka i zagnieść ciasto. W razie potrzeby dodawać mąki. Owinąć folią i włożyć na godzinę do lodówki. Nastepnie na stolnicy posypanej mąką rozwałkować ciasto na placek półcentymetrowej grubości. Foremkami wykrawać ciasteczka i piec bardzo krótko w piekarniku nagrzanym do 240 stopni.

Pierniki w niedługi czas po upieczeniu robią sie twarde, miękną dopiero po kilku dniach. Przechowuje się je w zamkniętych puszkach wyłożonych papierem.

SMACZNEGO :)

 

12:24, rowena77
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 grudnia 2010

Film polsko-czeski "Wino truskawkowe" został zrealizowany na podstawie książki "Opowieści galicyjskie" Andrzeja Stasiuka.  Nowy policjant przyjeżdża objąć posadę na prowincjonalnej wiosce. Chce tu zapomnieć o tragicznej przeszłości i rozpocząć nowe życie. Poznaje nowy świat rządzący się swoimi prawami, na który policja niewiele ma wpływu. Wiejskie plenery, przyroda jest tłem dla miłości, zdrady, morderstwa. Wszystko się zmienia tak, jak w przyrodzie i wszystko jest ze sobą połączone w naturalny sposób w jedność. Nawet życie pozagrobowe ma tu swoje spokojne miejsce do egzystencji. Piękna ta Galicja...

11:32, rowena77 , film
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2