środa, 30 listopada 2011

Dzisiaj Andrzeja, mam nadzieję , że wszyscy stanu wolnego wywróżyli sobie w ostatnią noc przeznaczenie, co by wybranek lub wybranka serca wkrótce pojawiła się na horyzoncie;) Jak dla mnie święto nieaktualne, gdyż od 10 lat w stałym związku w tym 8 lat małżeńskim. Jak już znajdziecie swoją wybraną osobę cieszcie się pięknymi chwilami jak najdłużej, bo powiedzenie "i żyli długo i szczęśliwie" jest dosyć względne. O ile na początku znajomości delektujecie się własnymi słowami, choćby były najbardziej banalne na świecie, po jakimś czasie "kocham cię misiu" jest już wytartym sloganem, na które druga osoba przestaje reagować. Potrzebne są bardziej wyrafinowane sposoby na okazanie swojego zainteresowania partnerowi. U nas wygląda to mniej więcej tak:

 

- Nie wiem dlaczego uważasz, że bez ciebie to bym sobie w życiu nie poradził - rzuca do mnie mąż.

- Ależ potrzebujesz takiej kuli u nogi, jak ja. Inaczej żyłbyś szybko i krótko!

 

Innym razem małżonek rozmyśla o kolarstwie...

- Dlaczego nie mogę osiągnąć sukcesów ?

- Mówią, że sukces zawdzięcza się pierwszej żonie, a sukcesowi - drugą.

- To wszystko tłumaczy...

 

piątek, 18 listopada 2011

Na wstępie muszę sią pochwalić swoją wygraną w losowaniu u Kasi z Notatek Coolturalnych:) Tylu było chętnych na Opowieści wigilijne, że widziałam marne szanse swoje, ale szczęście uśmiechnęło się właśnie do mnie. Do tego Kasia znając zapędy czytelnicze moich dzieciaków dorzuciła jeszcze dwie książki dla dzieci, czym wprawiła moje czorty w same zachwyty. U nas każda książka w języku polskim  przyjmowana jest z wielką radością, na emigracji są na wagę złota. Lekturę Opowieści zostawiam sobie na okres okołoświąteczny:)

Już dawno nie wpisywałam tu rozmówek z Adamem, ale chłopak ostatnimi czasy tak spoważniał, że nie ma się do czego przyczepić. Kolędy za to ćwiczymy, Jasełka organizują im w Polskiej Szkole i do nauczenia ma 6 pastorałek. Buntuje się tylko przy słowie "patryjarchów", które jest dla niego nie do wymówienia. Zasugerowałam ruszanie tylko buzią;)

Ostatnio przypomniałam sobie o podejściu Adama do posiadania rodzeństwa. Otóż Adam, zanim rodzice zaskoczyli go siostrą uważał, że nie chce mieć rodzeństwa, woli pozostać jedynakiem. Siostra lub brat będzie zabierać mu zabawki, kłócić się itd., w każdym razie źle to widział. Ni z tego ni z owego spadła na niego wiadomość, że będzie dzidziuś, wtedy stwierdził:

-Fajnie, będę miał się z kim bawić. Samemu to nie zabawa.

Oczywiście miał swoje wyobrażenia co do nowego członka rodziny. Miał być brat, a jak się później okazało na wzór i podobieństwo swoje.

- Mamo wymyśliłem imię dla dzidziusia.

- Jakie?

- Adam.

Kiedy w ósmym miesiącu ciąży lekarz stwierdził, że będzie dziewczynka, postanowiłam nie kombinować i powiedzieć wprost.

- Adam urodzi się dziewczynka.

- A dlaczego nie chłopak?

- Bo chłopaka już mamy.

- No tak, racja.

Od tamtej pory twierdzi, że zawsze marzył o siostrze.

Jakiś czas temu Adam przedstawił Michelle szkolnemu koledze.

- To moja siostra Michelle.

- O, ale masz fajnie, ja to jestem sam. Też chciałbym mieć siostrę albo brata.

- Nie martw się. Może i ty się doczekasz. Wiesz ile lat ja czekałem?

 

sobota, 12 listopada 2011

Książka ta wywołała u mnie wiele emocji, ale nie samą treścią, bo film "Niepokonani" niejako już mnie na tę historię przygotował. Natomiast kulisy jej powstania są bardzo kontrowersyjne. 

Tak w skrócie chodzi o to, że Sławomir Rawicz wraz z grupą przyjaciół uciekł z gułagu na pieszo i pokonał ponad 6 tys. km. Zaczynając od Syberii przez Mongolię, Pustynię Gobi, Tybet, aż do Indii. Po wojnie osiadł w Anglii i streścił całą wyprawę Ronaldowi Downingowi, który książkę tę napisał, a więc sam Rawicz jej nie napisał. Nie jest to nic nadzwyczajnego, wiele gwiazd "pisze" swoje np. biografie za pomocą zawodowych pisarzy.

 Potem okazuje się, że to Witold Gliński  rości sobie prawa do tej historii twierdząc, że to on przeszedł tę morderczą trasę, a Rawicz ukradł mu tę historię i nieźle na niej zarobił. Pytanie dlaczego dusił się z tą prawdą tyle lat, a wyskoczył z pretensjami dopiero po śmierci Rawicza. W tej sytuacji nie mogło dojść do konfrontacji...

Rozbieżność między sowiedzkimi aktami Rawicza, a treścią książki to kolejny problem. Według papierów Rawicz został uwolniony w 1942 roku w ramach amnestii dla Polaków w Związku Radzieckim i przetransportowany do Iranu. A skoro został uwolniony, to jak mógł uciec do Indii? Co do sowiedzkich papierów to trudno mi uwierzyć w ich prawdomówność. Mogła przecież zapaść decyzja: panowie fabrykujemy papiery tego gościa co to uciekł z naszego gułagu, a teraz smrodu robi na zachodzie swoją książką. Jakby co, to my wspaniałomyślnie go wypuściliśmy, nie było żadnej ucieczki.

Kolejne pytanie nasuwa mi się, skoro Związek Radziecki był taki "dobry", dlaczego Rawicz po wojnie nie wrócił do Polski? Bał się, znał ten system już od podszewki, jako uciekinier mógł być rozstrzelany, a przecież zadał sobie zbyt wiele trudu, by odzyskać wolność. Akt oskarżenia  był przecież sfabrykowany, Rawicz pomimo tortur nie chciał niczego podpisać, dopiero pod wpływem narkotyków wymusili na nim podpis, za co skazali go na 25 lat robót przymusowych na Syberii. Czy papiery tego kraju mogą być wiarygodne?

Wiele ekspedycji przeszło trasę Rawicza, niektóre podważają możliwość przejścia na piechotę tylu tysięcy kilometrów.  Podróżnicy, którzy decydują się na pokonanie tej trasy są zaopatrzeni w żywność, są świetnie przygotowani do wyprawy, mają lepszy sprzęt. Ale trzeba też pamiętać, że ludzie z takich ekspedycji nie byli torturowani, ani zmuszani do ciężkich prac, o słabych racjach żywnościowych. Dla nich ta wyprawa to ciekawość, przygoda, a nie  kwestia życia i śmierci. Zbiegami kierowała siła przetrwania, i to ona zmuszała ich do codziennego marszu nawet o głodzie. Rawicz opowiadał o tym, że nawet w indyjskim szpitalu, gdzie byli bezpieczni, dostawał gorączki, chował chleb, potem wyciągał swoje zapasy, pakował się i ruszał w drogę. Aż czterech sanitariuszy musiało go powalić, żeby go unieruchomić w łóżku, a przecież jego organizm był wycieńczony i praktycznie nie powinien stawiać żadnego oporu.

Na koniec pisze, że w tamtych ciężkich czasach, taką ucieczkę podejmowało wielu. Część przeżyła, inni zmarli w drodze, ale przynajmniej jako wolni ludzie. Obozy jenieckie miały swoją propagandę, w której przekonywały o niemożliwości ucieczki, a tymczasem w rzeczywistości uciekały tysiące ludzi. Gdy Rawicz spotyka starego Ostiaka ten opowiada mu o zwyczaju, jaki jego lud kultywuje. Otóż zostawiali na noc na progach swoich domów jedzenie dla "nieszczęśników", tak nazywali zbiegłych więźniów. Wtedy zaczął myśleć realnie o ucieczce.

Po takich książkach zawsze nachodzą mnie refleksje, jak to możliwe, że ludzie potrafią zgotować innym ludziom tak potworny los? Przecież to nie możliwe, że nawet całe narody zmieniają się w "psychopatów" w imię jakiejś idei. Potencjalnie każdy z nas może być ofiarą takiego systemu, i stać się oprawcą. W jaki sposób? Muszą zadziałać dwa mechanizmy.

Pierwszy to WIARA W AUTORYTET. Nasz ojciec narodu wie lepiej co dla nas dobre. Jesteśmy przekonani o nieomylności naszego wodza. Kiedy nawet zorientujemy się, że z jego ideologią jest coś nie halo, naogół jest już za poźno, mamy wroga lub wrogów i brniemy dalej pod jego dyktando.

Drugi mechanizm to ODPOWIEDZIALNOSC ROZPROSZONA. Kto inny podejmuje decyzję, kto inny wydaje rozkaz, kto inny go wykonuje. Ten co podpisał papier nie czuje się winny np. egzekucji więźniów, bo nie zrobił tego własnymi rękami, a ten co użył broni, albo odkręcił gaz w komorze też nie czuje się winny. To nie on podjął decyzję, on tylko wykonywał rozkaz. Fakt, że to brudna robota, i na początku jest ciężko, ale z czasem można się przyzwyczaić. Potem myśli się już tylko o fajrancie.

Dodałabym jeszcze, że nieźle w takich systemach działają zmiany w nazewnictwie. Po co straszyć ludzi na przykład ludobójstwem Zydów, o wiele lepiej będzie nazwać to "rozwiązywaniem kwestii żydowskiej". A jeszcze imiona i nazwiska zmienić na liczby, to naprawdę oczyszczanie rasy odbędzie się bez wyrzutów sumienia.

I to jest przerażające...

Wracając jednak do książki to wierzę, że Rawicz przeszedł pieszo tę trasę razem z przyjaciółmi (nie wszyscy przeżyli), jestem skłonna uwierzyć również Glińskiemu, że i jemu to się udało, jak i wielu, wielu innym. Spośród tysięcy uciekinierów przez wiele lat, na pewno nie jednemu przyszła na myśl wędrówka na południe, i pewnie nie jednemu się udało, ale zamilkli ze strachu lub chcieli zapomnieć o swoim koszmarze. Rawicz też chciał zapomnieć, ale nie mógł sobie z tym poradzić. Lekarz poradził mu przelanie swoich wspomnień na papier. I tak powstała książka... która stała się bestsellerem na świecie, i została przetłumaczona na 25 języków. Coż mogę jeszcze dodać, chyba tylko tyle jak polecić ją każdemu, kto jeszcze jej nie poznał. A jeśli nie lubi ktoś czytać, to chociaż film warto obejrzeć.

 

wtorek, 08 listopada 2011

Dziecię moje starsze wróciło do domu szczęśliwe, jak nie wiem co, a to z powodu wygranej w konkursie plastycznym. Dwa razy do roku z okazji Wielkanocy i Halloween jedna z aptek w naszym Tullow organizuje taki konkurs dla dzieciaków. Zasady są proste, dają kartkę z malowanką i trzeba tylko pokolorować ją zależnie od fantazji. Adam od lat startuje w tym konkursie, ale bezskutecznie. Ostatniej Wielkanocy zniechęcił się już tak bardzo, że nie zaniósł obrazka na konkurs. Sama bym zaniosła, ale odkładany z kąta w kąt był już tak wymięty, że już się nie nadawał do publicznego pokazania. Teraz go jednak zachęciłam, przypilnowałam by zaniósł i jest wygrana! Udało się !:)

To ta środkowa praca na zdjęciu...

... poniżej Adam z dumą prezentuje swoją wygraną. Dziś absolutnie nie będziemy skromni;)

poniedziałek, 07 listopada 2011

Niedzielną, słoneczną pogodę wykorzystałam z premedytacją biegając z rodziną wokół ruin Zamku Carlow.  Pstrykając fotki z każdej strony, zastanawiałam się nad tym, jakże okrutnie los się z nim obszedł.

Otóż zamek został wybudowany ok. 1180 roku i znajduje się w pobliżu rzeki Barrow. Miał za zadanie chronić przeprawę rzeczną no i oczywiście bronić samego miasta. W czasach swojej świetności był jedną z największych fortec normańskich w Irlandii. Posiadał 4 cylindryczne wieże, z czego do naszych czasów zachowały się tylko dwie, i jedna ściana łącząca.

Pewnie myślicie, że niezła tu bitwa się odbyła, skoro zostało z niego tak niewiele. Zamek przez wieki stoczył wiele walk i nie ucierpiał na tym zbytnio. Więc co się stało?  Pewnego dnia, a było to w 1814 roku zjawił się dr. Middleton, który dogadał się z właścicielami i postanowił otworzyć tu prywatną klinikę psychiatryczną.  Jak każdy, kto wprowadza się do nowego lokum, ma ochotę na przeróbki, aby dostosować mieszkanie do swoich potrzeb, tak i doktorek umyślił sobie parę zmian. Sęk w tym, że poszedł na łatwiznę, i aby przyśpieszyć pracę użył do wyburzenia ściany prochu. Jak można się domyśleć prawie wszystko runęło. Jeśli tak samo leczył, jak remontował to współczuję pacjentom.

Poniżej widok na rzekę Barrow.

 

czwartek, 03 listopada 2011

Kiedy Michelle miała zaledwie kilka dni, wpadła do nas pielęgniarka środowiskowa. Padło pytanie:

-Czy pani pracuje?

- Nie, nie pracuję.

-To wspaniale! Michelle jesteś szczęśliwym dzieckiem, masz mamę tylko dla siebie!

Nareszcie ktoś przemówił do mnie ludzkim głosem. Ta pani akurat dobrze wie, że najważniejsza dla dziecka do lat 3, jest silna więź z matką, która wspomaga prawidłowo maluchowi rozwijać się i zapewnia mu poczucie bezpieczeństwa. Matka, żeby sprostać maksymalnie swojej roli pozostaje w domu i staje się osobą nie pracującą z wyboru, bądź doprowadziła ją do tego sytuacja, ale czy to źle ? Niestety piętrzy się mnóstwo przeszkód do samozadowolenia ze swojego położenia.

PO PIERWSZE - nazewnictwo, mamy do czynienia z:

- kobietą niepracującą, bezrobotną, na urlopie macierzyńskim czy wychowawczym - brzmi to biernie, a w przypadku urlopów kojarzy się z wypoczynkiem i sielanką, tymczasem opieka nad maluchem wymaga, zapewniam, więcej niż 8 godzin dziennie, dyspozycyjność nawet do 24 godzin na dobę, jeśli mamy opornego partnera, albo żadnej pomocy z zewnątrz

- pani domu - jakby się mówiło o kimś obcym

- opiekunka domowego ogniska - brzmi pompatycznie zwłaszcza, gdy nie posiadamy kominka

- kura domowa - to temat rzeka, większość kobiet od razu aż podskakuje, jak to słyszy, ostanio jednak zauważyłam, że wiele  pań określa się kurami domowymi, śmiejąc się z samych siebie, zmniejszają co prawda ryzyko ataków, ale jednocześnie same się umniejszają, przekazując w ten sposób podświadomie "nie traktuj mnie poważnie, bo przecież sama tego nie robię"

PO DRUGIE - stereotypy

- kobieta jeśli nie pracuje to siedzi, a jeśli jest bezczelna to nawet leży całymi dniami w domu, prawdopodobnie obowiązki domowe wykonują za nią krasnoludki, ale tak naprawdę nikogo to nie obchodzi, bo to i tak nie jest praca

- obowiązki domowe nie są pracą, gdyż kobieta nie dostaje za nią wypłaty, a więc powinno się ją traktować jak niewolnika, no w wersji light będzie to wolontariusz

- jest niechlujna i głupia, nie warto z nią dyskutować, niestety wyrzucić też nie można, jest niezbędnym elementem wyposażenia domowego, to tak jakby wyrzucić z domu pralkę, od razu jakość życia spada pozostałym domownikom

 Otóż rozwiązanie tego problemu jest dziecinnie proste, a przynajmniej w teorii. Wystarczy, aby kobieta wyegzekwowała od reszty rodziny czas tylko dla siebie, i nie mam tu na myśli wizyty u fryzjera, ale o samorealizacji. Dla jednej wystarczy rozwijanie jakiejś pasji, dla innej dokształcanie się, jeszcze inna będzie spotykać się z koleżankami wymieniając się własnymi doświadczeniami. Na początek potrzebna jest taka odskocznia od codzienności. Z czasem staje się codziennością interesującą. W praktyce wcielenie tego może nie być już takie łatwe, zwłaszcza jeśli rodzina jest przyzwyczajona do naszej dyspozycyjności, ale nie jest niemożliwa. Dajemy w ten sposób sygnał partnerowi i dzieciom "ja też jestem ważna i mam swoje sprawy".

Ale najważniejsze jest, jak my same się widzimy i czujemy w swojej roli. Jeśli we własnych oczach się nie docenimy, inni tym bardziej tego nie zrobią.

A na koniec wrzucam zdjęcie, po obejrzeniu którego słowa "kura domowa" będziecie wymawiać z szacunkiem;)

Tak wiem, wygląda jak pudel, ale zapewniam, że to kura;)