środa, 29 lutego 2012

Stefan Zeromski mnie zaskoczył. W wieku szkolnym przyszło mi czytać "Ludzi bezdomnych", "Przedwiośnie", "Siłaczkę", ostatnio trafiłam na "Doktora Piotra", podobało się ale szału nie było. "Wierną rzekę" pochłonęłam w postaci audiobooka i rozstać się z tą powieścią nie mogłam. W czasie słuchania przypomniała mi się jedna scena z filmu, którego w zasadzie nie pamiętałam. Taki przebłysk w pamięci, jako nastolatka siedzę z mamą, oglądam film i ta jedna jedyna scena, która mi utkwiła w głowie. Po wysłuchaniu uparłam się, że odnajdę ten film. Nawet łatwo było, bo pod tym samym tytułem, reżyserem jest Tadeusz Chmielewski, a film powstał w 1983 roku.

A o czym ta historia? Otóż kiedy na ziemiach polskich trwa powstanie styczniowe z pola bitwy pod Małogoszczem udaje się zbiec rannemu powstańcowi. Rosjanie ścigają go, chłopi z pobliskiej wioski odmawiają pomocy. "Ja za wasze dobro się bił" jest dla nich pustymi słowami. Chcą mieć spokój. Tyle dobrego, że go nie schwytali i nie oddali wrogom. W końcu pomocy udziela mu we dworze młoda szlachcianka Salomea Brynicka, córka rządcy majątku, który również jest powstańcem. Dworek nękany jest zarówno przez rosyjskich, jak i polskich żołnierzy. Dziewczyna w całym tym zgiełku ukrywa rannego i robi wszystko, aby uratować mu życie, które wciąż jest zagrożone. Z zakrwawionej i zmasakrowanej postaci z czasem wyłania się piękny młodzieniec, a blizny na twarzy dodają mu tylko męskości. Między dwojgiem rodzi się uczucie. I tu jeden pomysł Chmielewskiego bardziej przypadł mi do gustu niż w wersji książkowej. W powieści od razu kiedy młodzi się poznają ranny oznajmia dziewczynie, że jest nie byle kim tylko księciem. Nawet zabawne były jej przekomarzania, bo w końcu co z tego, że książę, jak tu kolejna osoba do wykarmienia, a tytułem nikt się nie pożywi, dając tym do zrozumienia, że jest na jej łasce. W filmie Józef Odrowąż dziewczynie się przedstawia, ale bez tytułu. A ona nie kojarzy go, tak samo, jak i dla widza nazwisko nic nie znaczy. Dopiero w połowie filmu stary kucharz dowiaduje się któż to taki. Dla Salomei to dramatyczna wiadomość. Jest tylko ubogą szlachcianką, nigdy nie zostanie żoną księcia. Pozytywną stroną książki jest znajomość czytelnika myśli dziewczyny. Jak ona się miota, jak przeżywa, że on kiedyś odejdzie, czy to dalej walczyć w partii, czy dzięki staraniom jego matki za granicę powracać do zdrowia. I jak tu żyć bez niego, to już lepiej nie żyć itd.  W filmie możemy się tylko domyślać jej wewnętrznego rozdarcia. W każdym razie obie formy książkowa i filmowa podobały mi się i utknęła mi ta historia nieszczęśliwej miłości na dobre, powiedziałabym że jest u mnie na drugim miejscu tuż za "Anną Kareniną" Lwa Tołstoja. Szczęśliwie kończące się historie miłosne cieszą mnie, ale szybko o nich zapominam, a o nieszczęśliwych będę rozpamiętywać i gdybać w nieskończoność, zadając ciągle retoryczne pytania.

poniedziałek, 27 lutego 2012

 Niedzielne popołudnie spędziliśmy na kontemplacji sztuki współczesnej. W Visual czyli w Centrum Sztuki Współczesnej w Carlow miała swoją wystawę pt. "LitoSfera" uznana irlandzka rzeźbiarka Eileen MacDonagh. Do swoich prac artystka stara się używać naturalnych materiałów. Lubi pracę w kamieniu, a jej dzieła są za równo miniaturowe, jak i monumentalne. Najbardziej lubi ogromne wyzwania czyli rzeźby o dużych rozmiarach przez co częściej wykonuje je na zamówienia publiczne, niż pokazuje je w galeriach. Eileen jest zafascynowana geometrią, której zasady są proste, przejrzyste, wszechobecne i rządzą wszechświatem. Wystawę można podziwiać już przed wejściem do galerii.

Poniżej praca zainspirowana kamiennymi kręgami sprzed tysiącleci, których wiele leży w Irlandii jeszcze  do dziś.

Kamienni strażnicy?

Ogromne rozmiary pomieszczenia na poniższym zdjęciu zostały specjalnie zaprojektowane dla artystów, aby mogli tworzyć na dużą skalę. I rzeczywiście małe obrazki w tej sali są przytłaczane tą ogromną przestrzenią. Tylko duże obrazy i rzeźby prezentują się tu wspaniale. Jak dotąd nikt w pełni nie wykorzystał możliwości tej sali, dopiero teraz Eileen umieściła tu swój las z 8 metrowych  drzew wykonanych z papierowej pulpy. Podobne drzewo postawiła przed galerią Visual w 2009 roku, zwane Drzewem Meduzą wykonanego ze stali nierdzewnej. Drzewo to symbolizuje nieograniczone możliwości twórcze artystów.

Michelle w kosmosie. Moja córeczka podziwia kamienną gwiazdę, jedną z wielu rozsypanych po sali.

 

niedziela, 26 lutego 2012

Korzystając z ładnej pogody w sobotnie popołudnie pojechaliśmy do ogrodu Altamont w poszukiwaniu pierwszych oznak wiosny. Kilka zdjęć wrzucam na potwierdzenie, że wiosnę znaleźliśmy. Moja rodzinka czasem naprawdę mnie zadziwia. Mąż pokazując synowi krzak rododendronu stwierdził ze  znaną tylko jemu wiedzą ogrodniczą " tu rośnie gangrena". Myślałam, że padnę ze śmiechu.

niedziela, 19 lutego 2012

"Złote ryby" to powieść magiczno-przygodowa. Zaskoczyła mnie prostota tej książki. Biorąc pod uwagę fakt, że zarówno sama magia, jak i wszelkie przygody, podróże wymagają mnóstwa opisów, Strelnikoff używa słów oszczędnie, a mimo tego podziałał na moją wyobraźnię. Czytałam ją jednym tchem, ale wywoływała we mnie tyle emocji, że musiałam ją podzielić na kilka wieczorów, by powoli wszystko w sobie przetrawić. Tam,  gdzie jest magia, klątwa, przeznaczenie, a co za tym idzie nieszczęśliwe wypadki, a śmierć sieje się gęsto, tam spokojnie nie mogłabym usiedzieć i czytać ot tak sobie. Na dodatek w to wszystko wplątane jest dziecko, czym autor pogrywał sobie na delikatnych strunach mojego instynktu macierzyńskiego. Chwilami było mi bardzo ciężko ją czytać. Pewnie niejednego twardziela ta książka by nawet nie obeszła, ale dla takiego nadwrażliwca jak ja, była dużym wyzwaniem. Mimo to uwielbiam historie, które mną wstrząsają, wywołują emocje, przemyślenia, "Złote ryby" to zdecydowanie jedna z nich.

Książka bardzo ładnie wydana, o pięknej szacie graficznej, trzymanie ją w rękach to prawdziwa przyjemność. Na dodatek muszę się pochwalić swoim  egzemplarzem, który posiada autograf pisarza. Dmitrij Strelnikoff to Rosjanin, ale jednak swój chłop. Nie dość, że mieszka w Polsce, ożenił się z Polką, to jeszcze na dodatek jest pisarzem dwujęzycznym. Pisze po rosyjsku i po polsku. Swoją popularność zdobył w programie "Europa da się lubić", pamiętam go dobrze. Cieszę się, że nie tylko zaaklimatyzował się w Polsce, ale pracuje też nad łamaniem polskich stereotypów dotyczących Rosjan.

 

piątek, 17 lutego 2012

 

 W związku z tym, że logiem bloga jest kot siedzący na schodach, trzeba odnotować tu dzisiejszy Dzień Kota. Na powyższym zdjęciu uwieczniony jest jeden z czterech kotów mojej mamy. Ten kocurek to wyjątkowo wdzięczny model. Pozowanie do zdjęć było dla niego wspaniałą zabawą, a w obiektyw zaglądał z wielką ciekawością. Koty to zwierzęta mojego dzieciństwa. Wolałam niańczyć koty niż bawić się lalkami. Gdybym jednak miała wybrać dla moich dzieci zwierzaka to jednak wybrałabym psa, a to dlatego że potomstwo moje zbyt temperamentne i kot nie czułby się w takim towarzystwie dobrze. Szukałam jakiś dowcipów na temat kotów, ale znalazłam ten oto spis przykazań dla kota. Nie wiem kto je wymyślił, gdyż spotkałam je na wielu stronach internetowych.

 

  • Uczyń świat miejscem zabawy.
  • Jeżeli czujesz się ignorowany, połóż się na klawiaturze komputera, a na pewno zostaniesz dostrzeżony.
  • Kiedy jesteś głodny, miaucz głośno. W końcu ktoś cię nakarmi, żebyś się zamknął.
  • Zawsze szukaj dobrze nasłonecznionych miejsc do spania.
  • Śpij często.
  • Kiedy nabroisz - po prostu mrucz i wyglądaj słodko.
  • Różnorodność dodaje życiu pikanterii. Jednego dnia ignoruj ludzi, następnego nie dawaj im spokoju.
  • Wspinaj się na samą górę. Do tego właśnie służą zasłony.
  • Ciekawość to pierwszy stopień do... świetnej zabawy.
  • Życie bywa skomplikowane, więc lepiej się zdrzemnąć.
  • Zostaw po sobie jakiś ślad dla przyszłych pokoleń. W ostateczności "podlej" wszystkie kąty.
  • Zawsze okazuj swoją wielkoduszność. Jeżeli coś upolujesz, połóż to na łóżku swojej pani, żeby wiedziała, że o nią dbasz.
  • Jeżeli nie wcelujesz do kuwety, przykryj czymś swoje "dzieło". Skarpetki twojego pana nadają się do tego doskonale.
  • Jeżeli masz coś naprawdę ważnego do powiedzenia, zrób to w środku nocy - kiedy upewnisz się, że wszyscy śpią. To najlepszy sposób, aby skupić na sobie zasłużoną uwagę.
niedziela, 12 lutego 2012

Artur Barciś, który użyczał głosu do tego audiobooka powiedział, że uwielbia książki, które są inne niż wszystkie. "Rico, Oskar i głębocienie" to rzeczywiście książka inne niż wszystkie, co do tego nie mam wątpliwości. Na początku trochę mi nie bardzo podchodziło, że pamiętnik chłopca czyta starszy gość. Wydawało mi się, że lepiej brzmiałby głos dzieciaka, ale Artur Barciś świetnie wczuł się w rolę, i po jakimś czasie w ogóle nie zwracałam na to uwagę, a pod koniec książki doszłam nawet do wniosku że to, jak dotąd najlepszy lektor audiobooka, jakiego dane było mi usłyszeć.

Ta historia ma formę pamiętnika chłopca upośledzonego umysłowo. Jego powolne myślenie jest pełne analiz obserwowanego życia. I tu też na początku nie bardzo zainteresowałam się jego spostrzeżeniami, bo mnie osobiście nie interesują sąsiedzi, a Rico opowiada o każdym napotkanym mieszkańcu kamienicy. Poznajemy kim są, jacy są, jak mieszkają, bo Rico uwielbia się wpraszać do mieszkań i lustrować czym się otaczają, co tylko powiększa zasób jego wiedzy o nich. Ha! Ja tu jeszcze dodam, że niejedna plotkarka chciałaby dysponować taką wiedzą, jak Rico. Tak poznajemy jego kamienicę i okolicę, to czym na co dzień chłopiec się otacza. I wtedy zrozumiałam, że powinnam bardziej wczuć się w tego chłopca. Mylą mu się kierunki, nie rozróżnia lewej strony od prawej, ma problem z orientacją w terenie, a takie oswajanie rzeczywistości jest dla niego bardzo ważne, żeby poczuć się bezpiecznie. To poznawanie nie przychodzi mu tak wcale łatwo. To otwarty chłopak na nowe znajomości, ale trafia też na osoby niewrażliwe na jego upośledzenie  i bywa, że go zbywają albo wyśmiewają. Mimo to nie traci ochoty na poznawanie nowych osób i tak trafia na Oskara. To kolejny sympatyczny "dziwoląg". Chodzący mały geniusz, który nie ma przyjaciół, matka nie żyje, a ojciec nie interesuje się nim. Dla bezpieczeństwa nosi na wszelki wypadek kask na głowie. W związku z tym, że może robić sobie co chce, zabawia się w detektywa i chce wytropić dziecięcego porywacza Mistera 2000, aż w końcu sam staje się jego ofiarą i zostaje uprowadzony. Oprócz policji sprawą zajmie się Rico. Bo przecież przyjaciela nie można tak zostawić bez pomocy. Robi wszystko, żeby kontynuować dochodzenie Oskara.

Ale najbardziej rozwalił mnie sam Mister 2000, który porywając dzieci żąda śmiesznie niskiego okupu w wysokości dwóch tysięcy euro. Okazuje się, że nie robi tego dla pieniędzy, ale dla osobistej idei. Otóż chce dać nauczkę rodzicom, którzy nie pilnują swoich dzieci, nie interesują się nimi, i w ten sposób zwrócić ich uwagę na zaniedbanie jakiego dopuszczają się, a przy okazji porządnie ich za to ukarać. Teraz każdy dzieciak w okolicy zastanawia się, czy jego rodzice daliby za niego dwa tysiące euro, i skrupulatnie liczą pieniądze ze skarbonek. Dramat Oskara polega na jego przekonaniu, że ojciec nie da tych pieniędzy za niego.

Więcej już nie zdradzę. Oczywiście ta historia jest dla starszych dzieci takich od 8 lat w z wyż, a dorośli na pewno wciągną się w tę historię:)

 

A teraz parę słów o audiobookach. Ja to trochę z wszelkimi nowościami technicznymi jestem na bakier. Długo się z nimi obwąchuję, i jeszcze dłużej przekonuję. Z audiobookami poszło mi przekonywanie się całkiem szybko. Wystarczyło że przemęczyłam oczy czytaniem, i jednocześnie trafiłam na stronę LubimyCzytać.pl z udostępnionymi za darmo audiobookami. Tak się zaczęły nasze słuchowiska. Okazało się też, że nasze młodsze dziecię uwielbia zasypiać przy monotonnym czytaniu lektora. Rekord pobiła przy "Switeziu" Mickiewicza odpływając w objęcia Morfeusza w ciągu dwóch minut. Oczywiście stopień zmęczenia też jest w tym przypadku istotny:) Dla zainteresowanych podaję namiar na stronę, są tam audiobooki, ebooki, fragmenty książek.

http://lubimyczytac.pl/ksiazki/multimedia

 

czwartek, 09 lutego 2012

Dokładnie to teraz mam w domu. Dzieciaki się pochorowały na grypę i rytm życia domowego trochę nam się wywrócił do góry nogami. Starsze bez problemu leży w łóżku, nawet zadowolone, że skaczę koło niego, jak wokół króla. Młodsze ciężko zapakować do łóżka, chce wszędzie ze mną chodzić. Oprócz aplikowania lekarstw, zaczęło się gotowanie rosołków, kombinowania jak upchnąć czosnek w mięso dla niepoznaki, robienie napojów z cytryny i miodu według szczegółowego przepisu "irlandzkiej babci". Adam to nawet dzisiaj ma się lepiej. Obiad zjadł podwójny, więc wychodzi na prostą. Na dodatek miejscowe zakonnice dowiedziawszy się o tym, że Adam chory i w łóżku przesłały mu woreczek zapakowany znaczkami pocztowymi z różnych stron świata, najwięcej z Australii i Kenii. Specjalnie dla niego te znaczki zbierają, bo wiedzą o jego nietypowym, jak na dzisiejsze czasy hobby. Więc chłopina ma teraz co robić w łóżku. Niestety Michelle dziś nie jest taka wesoła, jak zawsze. Marudna i spokój dopiero mam , jak pójdzie spać. Ciekawe co będzie, jak ja się pochoruję, kto będzie przy mnie skakał. Już "straszę" Adama, że zajmie się obiadem i zmianą pieluszek Michelle. Nie jest zachwycony tą perspektywą i dlatego trzyma kciuki za zdrowie mamusi;)

poniedziałek, 06 lutego 2012

... i co chwila zahacza o mnie. Oczywiście fortuna książkowa, a co myśleliście, w lotka nie wygrałam;) Kolejna książka wpadła mi w ręce, tym razem w losowaniu na blogu "Sabinkowe czytanie, w obłokach bujanie" dostała mi się "Historia Santiago Corteza" Radosława Lemańskiego. Zaraz sobie pomyślicie, że palcem po klawiaturze nie machnę, jeśli nie mam w perspektywie  nagród;) Wcześniej wystarczyło mi branie udziału w jednym konkursie, teraz muszę być w co najmniej pięciu. Mam nadzieję, że nie przerodzi mi się to w obsesję;) Fakt, że traktuję to, jako emocjonujący sposób na wzbogacenie swojej domowej biblioteczki. Pisałam o tym wiele razy, i teraz też powtórzę, każda polska książka na emigracji jest dla mnie na wagę złota.  W przyszłości albo podzielę się swoimi zbiorami z jakąś polską biblioteką w Irlandii, albo sama taką otworzę. W każdym razie postanowiłam, że nie będę chomikować i gromadzić pod siebie, jak najwięcej tylko na swój użytek. A dla moich czytelników szykuję dwa konkursy książkowe w roku.  Pierwszy odbędzie się w marcu z okazji Dnia Swiętego Patryka, a drugi w październiku z okazji kolejnej rocznicy powstania bloga. Więc bądźcie czujni ;)

sobota, 04 lutego 2012

Dwa odmienne punkty widzenia na religię, kulturę, świat mediów. Wierzący i niewierzący prowadzą dialog, jak gdyby nigdy nic. Obaj są przyjaciółmi i różnice między nimi bynajmniej ich nie dzielą, ja bym nawet powiedziała nie raz to wszystko razem przerobili i w końcu postanowili napisać książkę. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to Prokop w ogóle się nie angażuje tak na maksa. O ateistach mówi w sensie "oni" czyli się z nimi nie identyfikuje. Coś więcej wie na temat świata mediów, idolów, pieniędzy. Ale i tu też ma dystans, owszem na własnych doświadczeniach dochodził do tych wniosków, ale teraz patrzy na to z góry. W przypadku robienia pieniędzy to od razu mi się nasunęło pytanie czy to, że teraz pieniądz nim nie rządzi, że nie żyje po to, aby obserwować giełdę to zasługa kolegi Szymona czy zawiódł się na kasie z powodu kryzysu gospodarczego? Hołownia przeciwnie, on żyje Kościołem, ta jego wiara to wręcz pasja. Szok przeżyłam, kiedy się dowiedziałam, że szedł do Zakonu Dominikanów dwa razy i dwa razy się wycofał. Zszokowało mnie nie to, że wyszedł, ale że w ogóle tam szedł. Miałam inne wyobrażenie o nim. Nic dziwnego, że jest tak przesiąknięty Kościołem tylko, że on to robi w ten  jego własny, osobisty, pozytywnie nakręcający sposób. Uważam, że robi kawał dobrej roboty. W lekki i wesoły sposób rozprawia o Kościele, nie czuje się oddechu inkwizycji na plecach. Powiem więcej, on mi od razu przypomina tego Księdza - Charyzmę ze szkoły, którego bezskutecznie doszukuję się w każdym napotkanym księdzu. Na dodatek to nie pierwsza jego książka, już sobie upatrzyłam na początek dwie. Do młodzieży ten język na pewno trafia.

Podsumowując książka, jak dla mnie bardzo ciekawa. Taki dialog między wierzącym, a niewierzącym jest z pewnością niepopularny. Mam tylko wrażenie, że jest zdecydowanie książką Hołowni. Okładka sugerująca, że jest po równo, bardzo myli. Ta dysproporcja  sugerowała - nawróć się, co masz do stracenia? Zaryzykuj, może się nie przejedziesz? Z punktu widzenia niewierzącego drażniło by mnie to, ale książka bardzo dobra dla tych co mają tylko wątpliwości, po niej na pewno utwierdzą się w wierze.