poniedziałek, 28 lutego 2011

O kuchni tajskiej dowiedziałam się, że kieruje się dwiema najważniejszymi regułami filozofii  życia - przyjemność i harmonia. Połączenie jedzenia z filozofią? Musiałam to sprawdzić. Po za tym przyjeli zasadę pięciu smaków: ostrość, słodycz, kwaśność, gorycz i słoność. Ogólnie kuchnia lekka i dietetyczna. Zresztą w tak gorącym i wilgotnym klimacie nie dało by się pewnie zjeść nic ciężkiego. Wyszukałam taką restaurację w Carlow, no i wczoraj można powiedzieć "liznęliśmy" trochę kuchni tajskiej.

Na początek zamówiliśmy zupy. Mąż zamówił zupę tom yam het, oczywiście nie miał pojęcia co zamawiał, i okazało się, że to coś w rodzaju bulionu bardzo ostrego i z goryczą, jeśli by się kierować określeniami pięciu smaków. W bulionie pływały całe, małe pieczarki. Miał minę męczennika, gdy jadł tę zupę. Ja zamówiłam tom kha gai. Tyle doczytałam po angielsku, że jest z mleczkiem kokosowym, a ja zawsze chciałam spróbować czegoś z takowym mleczkiem, bo dotąd znam użycie kokosów tylko w postaci wiórków kokosowych. Moja zupa była łagodna, lekko słodka, aromatyczna. Pływały w niej nie tylko pieczarki, ale kurczak, pomidorki, jakieś pędy, które pewnie nadawały potrawie ten aromat. Była całkiem przyjemna, ale nie aż tak żebym zabrała się ją w domu  gotować ;) Potem zamówiliśmy kaczkę w sosie imbirowym, i wołowinę w sosie bazyliowo-czosnkowym, do tego ryż. Podano je w czymś w rodzaju misko-łódeczek. Mięsa pływały w dość wodnistych sosach, potrawy w smaku łagodne i całkiem przyjemne. Ryż jaśminowy za to boski, podany osobno. Wyrzucam sobie teraz, że omijałam dotąd różne odmiany ryżu, myśląc naiwnie, że ryż, jaki by nie kupić smakuje tak samo. Chociaż nie, w Polsce kupiłam raz brązowy ryż i zrobiłam z niego gołąbki. Trzeszczały w zębach, przeczyściły jelita, i więcej tego ryżu nie kupiłam. I co z tego, że zdrowy, jak przyjemności z jego jedzenia żadnej. Od dziś jednak kupuję ryż jaśminowy, i postanowiłam sobie pobróbować też innych, tylko ten brązowy sumiennie omijać z daleka. Podobał mi się też wystrój wnętrza tej restauracji, bardzo klimatyczny, wprowadzający w nastrój egzotyki wschodniej. No i nie mogłam się powstrzymać z aparatem. Obstrykałam tych kilka obrazów nawiązujących do kultury tajlandzkiej. Tak się zasiedzieliśmy, że nie chciało nam się z tamtąd wychodzić. Czuliśmy się tam dobrze, bo oprócz nas było też kilka innych rodzin z dziećmi. Piski dzieci, i lekki rozgardiasz nikomu nie przeszkadzały. Zupełnie innaczej niż w Hotelu Killerig, którego atrakcją są pola golfowe, a w restauracji przyszło nam siedzieć z emerytami, którzy na pewno chcieli zjeść i wypocząć w spokoju. Siedzieliśmy wtedy, jak na szpilkach, modląc się, żeby dzieci za bardzo nie hałasowały. Wracając do restauracji tajskiej, wrażenia miłe, i już mam apetyt na kolejne wyzwania kulinarne.

Nasza Michelle, jak widać była zachwycona. Co prawda swój obiadek zjadła w domu, ale zabrała ze sobą banany na deser. Na zdjęciu zaczepia drewnianą Tajlandkę.

Obraz, który wita gości już przy wejściu.

A tak wygląda restauracja na zewnątrz, dzieci na pożegnanie dostały po lizaku. Adam zachwycony podwójnie, bo Michelle jest jeszcze za mała na lizaki. Taki drobiazg, a bardzo cieszy maluchy. Nas za to ucieszył niski rachunek :) 

piątek, 25 lutego 2011

I kolejna książka Roberta Makłowicza "Cafe Museum", jest opowieścią o niestety niedocenianej przez nas Polaków Europie Środkowej, w której i my mamy swoje miejsce. Zapatrzeni w Zachód, w Amerykę, niedoceniamy tego co jest tak blisko nas. Różnorodność narodów, kultur, społeczeństw, bo przecież każdy z tych krajów ma swoje odrębne wspólnoty kulturowe, własne obyczaje, kuchnię, mowę. Po podróżach po tamtejszych krajach pan Robert decyduje się kupić posiadłość na Węgrzech, żeby stworzyć swój madziarski dom. Zbyt duży koszt budowy zniechęca do inwestowania, więc przenosi swoje marzenia do Chorwacji i  kupuje tam dom z ogrodem.  Mieszka w Polsce i na Chorwacji, mając tysiąc trzysta kilometrów do pokonania, podróż tą wynagradza sobie wizytami w Budapeszcie, Wiedniu, Zagrzebie, i tam chętnie się stołuje czerpiąc to, co najlepsze z tamtejszych kuchni. Książka zawiera też dużo wiedzy historycznej, gdyż autor ulega ciągłym refleksjom i odnosi się do dawnych czasów, na przykład, gdy jada w restauracji, którą odwiedzały osoby sławne, bądz postacie historyczne, przy okazji próbując dań, którymi i oni się raczyli. Ech... po przeczytaniu tej książki, aż chce się wyruszyć w taką podróż...

No, ale nie wyruszyłam w tę podróż:) Za to wyruszyłam do kuchni próbować nowy przepis kapustę białą zasmażaną z dotakiem jabłek i octu winnego. Nawet się udała o delikatnym słodko-kwaśnym smaku, idealna do ziemniaków i kotleta. Po takiej lekturze wyruszyłam też do sklepów, po nowe (a co mi tam) "gadżety" do kuchni :)

Szukałam białych kubków, ale jak zobaczyłam ten kwiecisty wzór w bratki to przepadłam. Musiałam je mieć. Potem półmisek do sałatki z pomidorów i kwaśnej śmietany, do pomidorów w oliwie, sałatki pomidorowej z fetą, i do wszelakich fantazji pomidorowych. Półmisek jest w zasadzie stworzony do makaronów, ale u mnie będzie miał inne przeznaczenie ze względu na ten pomidorowy wzór, na karczocha najwyżej nie będę zwracać uwagi;) No i komplet solniczka, cukierniczka i dzbanek do mleka, bo piję herbatę irlandzkim zwyczajem dodając trochę mleka. Taką tak zwaną bawarkę robiłam sobie czasem też w Polsce, ale tutaj to moja codzienność - zielona herbata z mlekiem.

wtorek, 22 lutego 2011

Po pierwsze Makłowicz ma cudowną polszczyznę, którą mogę słuchać i czytać ciągle, i zawsze mnie czymś pozytywnym zaskoczy. Mnóstwo zabawnych porównań, jak: "mostek cielęcy po wiedeńsku wytrzymałością na działanie sztućców bardziej przypominał most Dębnicki", albo "ten kawałek [polędwicy] wyglądał tak, jakby za parę dni miano obchodzić millenium jego odgrzewania". Tak, bo o doświadczeniach kulinarnych w restauracjach tu chodzi. Pan Robert, jako smakosz i krytyk kulinarny z niejednego pieca chleb jadał. Poruszył bardzo ciekawy temat, o tym jak wiele takich przybytków określa się obiadkami jak u mamy, babci, cioci, polecającymi domowe smakołyki. A przecież wszystko co w domu wykonywane, nawet jeśli z przepisów po babci, prababci, to jednak jest to amatorstwo. Chciałoby się w restauracji spróbować czegoś od zawodowego kucharza. Mistrza w swej profesji, lecz często jest tak, że nawet do babcinych potraw im bardzo daleko. No, ale są i też tacy, którzy zachwycają smakiem swoich dań, więc warto eksperymentować i bywać. 

Ze mną jest tak, że często pamiętam miejsca, w których coś smacznego zjadłam, bądz przeciwnie, nie mogę zapomnieć paskudztwa, jakim mnie uraczono. Najlepsze naleśniki, jakie w życiu jadłam, to w barze mlecznym w Słupsku, nie znam adresu i nie wiem czy nadal ten lokal istnieje, ale pamiętam tłumy do kasy z tymi naleśnikami. Byłam tam przejazdem, i chociaż Słupsk specjalnie mnie nie zachwycił, to jednak te naleśniki będę zawsze pamiętać, tak samo jak pyszny żurek na Zamku Książ koło Wałbrzycha. Innym razem zatrułam się kiełbasą z grilla, gdzieś pod Głogowem, i przez wiele lat kiełbasy do ust nie wzięłam, nawet z czasem zostałam wegeterianką, dokładnie przez dwa lata, zanim z powrotem nawróciłam się na mięso. Dziś kiełbasa jest u mnie dodatkiem do leczo, bigosu, rzadziej do zupy, w niewielkich ilościach. Chętniej za to jem salami, chociaż kłóci się to z moją miłością do koni. Jeśli chodzi o irlandzkie doświadczenia, to w szczerym polu lepiej karmią, niż w wielkim mieście. I tak, najlepiej jadło mi się w restauracjach, do których specjalnie trzeba dojechać. W koło same łaki, parę domków. Kuszą smacznym jedzeniem, żeby się chciało specjalnie do nich pofatygować i zawsze jestem zadowolona. Najgorzej mi się jadło w dużych miastach. W moim przypadku Dublin i Kilkenny. Paskudztwo i warunki sanitarne zatrważające. Oczywiście w tych miastach są z pewnością bardzo dobre restauracje, ale trzeba wiedzieć, gdzie one są. Na szybkiego nie ma co liczyć na dobra strawę. Szczególnie nie polecam ZOO w Dublinie. Dwa razy tam jadłam, i zawsze byłam niezadowolona, a mąż też męczył się po kotlecie, którego tam zamówił. Ogólnie lubię irlandzkie jedzenie, mimo że menu jest dość monotonne, i wszędzie można natknąć się na to samo. Ostatnio zastanawiam nad tajską i chińską kuchnią, poeksperymentowałabym trochę, tylko czy mi tam psa jakiego nie podadzą? Hehe, ale na kaczkę to się piszę pierwsza. Jeśli się w końcu odważę, zdam relację, jeśli oczywiście to doświadczenie przeżyję;)

Ps. Miało być o książce, a było o mnie. Cóż, o doświadczeniach pana Roberta warto sobie poczytać nawet jeśli się nie bywa w takich lokalach, humor jaki się wynurza z kart tej książki poprawi nastrój niejednemu, a nawet zachęci do zamieszania łyżką w kuchni. Na głodnego nie warto tam nawet zaglądać, bo lekturę zaraz trzeba by przerywać, bo i o pysznych rzeczach autor też się rozwodzi :) 

sobota, 19 lutego 2011

Ja tu biegam po parkach i skwerkach w poszukiwaniu wiosny, a tu w ogrodzie Altamont mamy "Tydzień Przebiśniega" od 14-do 20 lutego 2011. Zabraliśmy się więc całą familią, to tylko parę kilometrów od centrum Tullow. Dzieciaki się wybiegały, ja narobiłam zdjęć, a oto efekty. Trochę odmian przebiśniega.

W lipcu ogród Altamont będzie też organizował "Tydzień Róży", a ogród Delta w Carlow pod koniec marca zaprasza na "Tydzień Narcyza". Oczywiście nie może nas tam zabraknąć :)

czwartek, 17 lutego 2011

A dziś jest Międzynarodowy Dzień Kota, więc z tej okazji powyższe zdjęcie umyśliłam sobie umieścić. Kot nie mój, tylko mojej mamy. Pisałam już kiedyś,  że zwierząt tutaj w Irlandii nie posiadam. Syn czasem karmi sąsiadom kota, gdy tamci wyjeżdżają. Zarabia w ten sposób swoje pierwsze pieniądze. Co ciekawe nie zawsze pamięta o karmieniu, muszę na zmianę z mężem mieć tego kota na uwadze, za to zawsze pamięta o swojej należności, targuje się z Tess o zapłatę z góry, a po ich powrocie bezwstydnie negocjuje z Liamem podwyższkę. Niezasłużoną przecież, bo z karmieniem często nawala i zapomina. Zdarzyło się raz, że kot został niechcąco zamknięty w komórce, a my karmiliśmy obcego kota przez dwa dni. Jedzenie znika, a kto by tam biegał i szukał zwierzaka po ogrodzie. Na szczęście nic mu się nie stało. Zresztą koty czasem mają w zwyczaju robienie sobie głodówki, a ten akurat miał przymusową. Więc życzę wszystkim kotom zawsze pełnej miski. Acha, a ten powyższy kot, a właściwie kotka to jeden z pięciu pupilków mojej mamy, przynajmniej wtedy, gdy było robione to zdjęcie. Teraz ma cztery koty, jak się dzisiaj dowiedziałam. Kto wie, może kiedyś też takiego sobie spawię :)

środa, 16 lutego 2011

Z cyklu cuda i dziwy z Irlandii, tym razem cud techniki :) Widziałam wiatraki, widziałam baterie słoneczne, ale połączenie tych dwóch tworzących prąd do lampy przydrożnej to jeszcze nie widziałam. Kilka takich lamp oświetla parking przy ogrodzie Kilmacurragh w górach Wicklow. Z wielkim zaintereowaniem obstrykałam ten teren, a z jeszcze większym zainteresowaniem obserwowało moje poczynania dwóch starszych panów odwiedzajacych ten ogród. Pytanie: czy dziwili się tym samym co ja, czy dziwili się, że ja się dziwię. W każdym razie nie spotkałam takich drugich lamp nigdzie indziej.

poniedziałek, 14 lutego 2011

Heh, nie jest to może najlepszy film na Walentynki, chociaż jest o miłości. Film aż dymi od testosteronu, po 15 bodajże minutach myślałam, że sobie go odpuszczę, ale dobrnęłam do końca i nie żałuję. Igor jest bokserem, któremu całkiem dobrze się powodzi. To chodzący egoista, z nikim się nie liczy, brutal, który myśli że jest panem świata. I tu już mi się nie chciało oglądać dopóki... otóż bohater filmu dowiaduje się, że jest nieuleczalnie chory. Miota się, bardzo ciężko jest mu się z tym pogodzić. Postanawia pozostawić coś po sobie, a mianowicie potomka z własnej krwi i kości, jak to się mówi. Nie ma jednak kobiety, która by chciała mu urodzić dziecko. Pewnego dnia poznaje Wietnamkę,  która zgadza się wejść z nim w ten układ. Urodzi mu dziecko i po jego śmierci odziedziczy cały jego majątek. Nie wszystko jednak idzie tak gładko. Igor pomimo swojej agresji i braku pokory zaczyna wydobywać z siebie takie pokłady dobra, o jakie nikt by go nie podejrzewał, a na pewno nie on sam. Zderzenie się dwóch odmiennych kultur wychodzi im ostatecznie obojgu na dobre. Bardzo poruszyła mnie ta historia, chociaż nie należy do łatwych i przyjemnych. Film doceniony, zdobył wiele nagród, i ja również go doceniam heh.

18:39, rowena77 , film
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 lutego 2011

Wizyta u lekarza odbębniona, szczepienie zaliczone, za miesiąc powtórka z tej wątpliwej rozrywki. Jak nigdy, poszło bardzo szybko i sprawnie. Ledwo przyszłyśmy, a od razu zostałyśmy przyjęte. Dziecię nie zdążyło się wyściskać i wybawić z wszystkimi chorymi, jak to miało zawsze w zwyczaju. Siedzę wtedy zdrażniona i zastanawiam się, jakiego wirusa albo bakterię może załapać Michelle od tych wszystkich zasmarkanych, kaszlących i kto wie co tam mających pacjentów. Oczami wyobrazni widzę, jak za parę dni wracam do tej samej poczekalni, tym razem juz z chorym dzieckiem. Ale jakoś to się jeszcze nie zdarzyło, więc może nie powinnam martwić się na zapas.

Po południu na spacerek. Pogoda nie za bardzo sprzyjająca, dość chłodno, ale przynajmniej nie pada. Wypatrzyłam kilka kwitnących roślinek.

Wiele roślin w Irlandii są takim samym zwiastunem nadchodzącej wiosny, jak w Polsce, na przykład taka śnieżyczka przebiśnieg. Na wyspie podobają mi sie bardzo rośliny zimozielone. Jest zdecydowanie więcej takich gatunków, niż w Polsce. Dzięki nim zima nie jest tak przygnębiająca.

poniedziałek, 07 lutego 2011

Szukałam sagi o polskiej rodzinie, trafiłam na "Cukiernię pod Amorem" całkiem przypadkiem. Spodobała mi się okładka, opis, zaryzykowałam, kupiłam. Zanim wzięłam się za czytanie okazało się, że mnóstwo czytelników na internecie jest zachwycona tymi książkami, bo są tego dwa ponad czerystostronicowe tomy, trzeci ma pokazać się w księgarniach na jesieni. Zadowolona z siebie, jak nie wiem co, bo zapowiadało się, że wydane euro nie poszło na marne, wzięłam się za czytanie. Książki mimo swej objętości czyta się jednym tchem. Niewielu autorów książek potrafi tak używać opisów, żeby nie zanudzić czytelnika. Czytam o różnistych potrawach, i aż skręca mnie bo nie mogę ich spróbować, czytam o strojach, i już widzę oczami wyobrazni jak wszystko przymierzam, opisy dworków -  a ja już przechadzam się po pokojach, ogrodach, parkach razem z bohaterami. Tak pani Małgorzata potrafi przenieść w przeszłość w swoich książkach. Do tego dzieje się, aj,  jak tam się dzieje. Historia rodziny Zajezierskich, Cieślaków odkrywa się z każdą przeczytaną stroną i... nie ma się dość. Z wytęsknieniem czekam na Hryciów- trzeci tom sagi. Lekturę książki przerywałam od czasu do czasu rzucając do męża "ale mi się chce jagodzianek!" Kto czytał książkę ten wie o co chodzi ;) Postarał się, mimo że jagodzianek w Tullow brak, kupił taki zamiennik muffinki z jagodami. Czy to były na pewno jagody to mam wątpliwości, bo duże jakieś. Może jakieś hodowlane jagody, a może borówki amerykańskie. Upieczone, to nie dojdziesz co jesz. W każdym razie smaka jakoś przytępiłam tymi muffinkami :)

Więcej zachwytów nad książką można poczytać na:

www.CukierniaPodAmorem.pl

Ale żeby nie było, że u nas w Tullow cukiernika nie doświadczysz, zdjęcie torta urodzinowego naszej córeczki Michelle, która 3 lutego obchodziła swoje pierwsze urodzinki.

 

sobota, 05 lutego 2011

Długo zwlekałam z obejrzeniem tego filmu, w końcu zdecydowałam się wczoraj i... teraz się męczę. Temat bardzo trudny. Dwóch chłopaków morduje własną matkę. Ponoć film zrealizowany na podstawie prawdziwych wydarzeń sprzed kilku lat. Myślałam, że matka, jakaś dajmy na to alkoholiczka będzie znęcać się nad dzieciakami i bach, coś pęka, nie wytrzymują i mordują, o takiej patologicznej rodzinie, a tu nic z tych rzeczy. Rodzina jak każda inna, zwyczajna, z problemami, jak w wielu rodzinach. I ta zwyczajność właśnie przeraża, może się to się wydarzyć przecież w każdej rodzinie. Coś się dzieje, coś narasta.Ta historia jest pocięta na kawałki, zmusza widza do układania wszystko w całość, trzyma w napięciu przez cały czas. I nadal nie rozumiem dlaczego to zrobili. Taka gra? Film bardzo dobry, ale nie obejrzę go drugi raz, za dużo emocji mnie on kosztował, nie wspominając o ciężkiej nocy. Myślę, że w tym przypadku brakowało autorytetu rodziców. Byli zbyt pobłażliwi, a może nie potrafili się bronić przed toksycznym wpływem najstarszego syna. Ktoś tu się poczuł jak król życia i śmierci... Chyba się przeproszę z tymi lekkimi komediami, co to ostanio tak nimi gardziłam. Muszę dojść do siebie.

15:55, rowena77 , film
Link Komentarze (2) »
wtorek, 01 lutego 2011

Tak się składa, że 1 lutego wypadają imieniny św. Brygidy. Z tego co się rozeznałam to są dwie św. Brygidy. Jedna z Kildare, a druga nazywana Szwedzką. Ja o tej pierwszej z irlandzkiego Kildare, która obok św. Patryka jest uznawana za patronkę Irlandii. Jako dziecko miała "nietypową sprawę" do Pana Boga. Modliła się, aby Bóg zabrał jej urodę, dzięki czemu uniknęłaby w przyszłości małżeństwa, i bez przeszkód podążyłaby za swoim powołaniem. W wieku 10 lat złożyła śluby czystości, a gdy dorosła zakładała zakony, pomagała biednym i potrzebującym. Co do urody to na obrazach wcale szpetna nie jest, zawsze jednak przedstawiana w stroju zakonnym. Lubiała pleść małe krzyżyki ze słomy, tradycja ta przetrała, i do dziś Irlandczycy lubią zawieszać takie krzyżyki w domach. Jak miałam okazję taki sobie sprawić, to nie skorzystałam z niej. Teraz by mi się przydał, żeby pokazać. Pogrzebałam trochę w swoich zbiorach fotograficznych i udało się, tak wygląda krzyż św.Brygidy. Ten zwyczaj przypomina mi coroczne święcenie małych wianków w liczbie nieparzystej, które pózniej zawiesza się przy wejściu w polskich domach. Nie wiem czy ten zwyczaj trwa nadal, ale pamiętam, że chodziłam takie wianki święcić za dziecka.

Ten krzyż św.Brygidy wypatrzyłam na pomniku.

A ten znajduje się na witrażu w naszym Most Holy Rosary Church w Tullow. To nowy witraż ufundowany w ubiegłym roku. Wcześciej w drzwiach było przezroczyste szkło.

Dorzucam jeszcze dzisiejszą szkolną pracę Adama ze świętą Brysią :)