wtorek, 27 stycznia 2015

 

W niedzielę miałam przyjemność spotkać się z artystycznymi duszami, a do tego w bardzo interesującym miejscu, które już od dawna miałam zamiar sfotografować. Przy hotelu i tradycyjnym, irlandzkim barze "Dinn Ri" w Carlow znajdował się kiedyś ogródek piwny. Niedawno wyremontowano to miejsce i zmieniono całkowicie wystrój, którym jestem zauroczona. Stary, francuski styl nadał niezwykły klimat tarasowi. Ceglane ściany, tonacja pastelowa, rośliny poupychane w doniczkach, poduszki i inne drobiazgi tworzą przytulny i rustykalny charakter. Zainspirowałam się niektórymi pomysłami np. koniecznie muszę sobie sprawić regał na rośliny i drobiazgi na swój taras. Też chcę posiadać taki przyjemny zakątek do wypoczynku.

W dzień jest tu słonecznie, a wieczorami zapalane są lampiony i świece. Można też podziwiać gwiazdy przez oszklony dach. Rozmarzyłam się...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

17:56, rowena77
Link Komentarze (2) »
wtorek, 20 stycznia 2015

... coś dla miłośników kotów :)

Na ogół to człowiek obserwuje i podgląda zwierzęta. Kombinuje jakby je oswoić, zdobywa zaufanie jedzeniem. Ale ja doświadczam teraz odwrotnej sytuacji. Oprócz tego, że mam własnego, osobistego kota imieniem Mike, to jeszcze przychodzi mi na chatę czarny kot z białym kołnierzem, którego nazwałam Stefan. Przychodzi na noc, chroni się przed zimnem. Od razu mówię, to nie jest bezdomna bidulka, która nie ma się gdzie podziać, ponieważ jest dobrze odżywiony i posiada grube, zimowe futro. To kot któregoś z dalszych sąsiadów, ale nie potrafię ustalić czyj on jest dokładnie. Program oswajania mnie ze swoją obecnością Stefan wprowadził od grudnia. Na początku, gdy wstawałam w nocy po picie lub do toalety, przelatywało mi w korytarzu coś czarnego pod nogami, a śmigało tak szybko, że nie byłam w stanie rozpoznać co to. Podejrzewałam omamy lub że śnię na stojąco. Potem rozpoznałam,  kota, ale z zaskoczeniem, no jak to? Przecież mój jest rudy! Siedziałam raz wieczorem zamyślona i takie odniosłam wrażenie, że ktoś się na mnie gapi. Odwracam się, a tu czarny pokazał swój łeb. Wbił we mnie swój koci wzrok i obserwuje. To wychylanie się z za rogu ściany powtarzał wielokrotnie z zawsze ciekawskim spojrzeniem. A dzisiaj nad ranem mnie zaskoczył. Wstałam o 6-tej po coś do picia, zaraz Mike podcina mi nogi, dopomina się o jedzenie, a tu jeszcze Stefan przybiegł. Usiadł 2 metry od nas i czeka. Wzroku ze mnie nie spuszcza. Cóż fajny z niego kot, ale nie stać mnie trzymać jeszcze jednego. "Stefan idz do domu na śniadanie!"

I tu nie chodzi tylko o jedzenie. Najwięcej wydaję na weterynarza. I tak zrezygnowałam z ekstrawagancji jak: microchip, przegląd dentystyczny czy kastracja (mąż okazał się wielkim przeciwnikiem tego zabiegu - solidarność samców). Mike latając po dachach nabawił się kontuzji, a potem na dodatek wdała się infekcja. Zaszczyki, tablety, i wizyty u veta, cackanie się, jak z niemowlęciem (zdjęcie poniżej tego dowodem). Niektórzy się ze mnie śmieją, że inwestuję w kota. Ale ja myślę, że dzieciaki przy tym uczą się odpowiedzialności. Misia zawsze asystuje podczas wizyt u weterynarza, bardzo się przejmuje i wspiera duchowo swojego pupila. Tak więc wartość wychowawcza - bezcenna.

 

 

Tak sobie myślę, że ten Czarny Stefan mógłby zapłacić za nocleg na przykład modelingiem. Potrzebuję fotki na Dzień Kota. Skoro chce prowadzić podwójne życie to trochę by się poświęcił ;)