wtorek, 29 stycznia 2013

Tak się składa, że potomstwo moje obchodzi zimą urodziny. 3 stycznia Adam i równo miesiąc później 3 lutego Michelle w odstępie sześcioletnim oczywiście. W tym roku żadnych zabawek z tej okazji nie dostaną, na książki też liczyć nie mogą, bo mamusia (czyli ja) atrakcję nową i nieznaną dotąd im zaserwowała. Otóż wyskakujemy z okazji urodzinowej do teatru na spektakl o Kopciuszku. Wpierw myślałam zabrać tylko Adama, bo Michelle ma dopiero 3 lata i nie wiadomo czy wysiedzi, ale Adam uparł się, że Michelle ma iść z nami. Ja uparłam się, że tatusia też zabieramy (kombinował żeby się wymigać) i stanęło na tym, że idziemy wszyscy 10 lutego w niedzielne popołudnie. Nie mogę się doczekać normalnie, chociaż jestem w takim wieku, że przy bajkach zasypiam z nudów ;)

Sen z powiek zabiera mi jedno zmartwienie: czy moja dziatwa wysiedzi spokojnie do końca spektaklu. I tak się złożyło, że do polskiej szkoły przyjechał teatrzyk "Pinokio" z Polski, więc w te pędy dziatwę na przedstawienie zaciągnęłam, bacznie obserwując czy kultura i sztuka bliska im czy daleka, by w razie czego w irlandzkim teatrze się nie skompromitować. Egzamin zdali zadowalająco. Adam buzię rozdziawiał i oczy wytrzeszczał, skupiony na maksa, a Michelle co chwila szturchała mnie pokazując kukiełki i kontrolując, abym czego nie przegapiła. A więc jestem dobrej i spokojnej myśli, że potomkowie moi wrażliwi na sztukę się okazali :)

Adam z Cyganem

 

Balonem mamie w oko, żeby lepiej mogła go zobaczyć. Dobrze, że miałam aparat to było czym się asekurować :)

 

Góralska parka

 

niedziela, 20 stycznia 2013

Im bardziej tu zaglądacie, tym bardziej mnie tu nie ma, co nie znaczy wcale, że nic się nie dzieje. "Raptularz z Irlandii" dołączył do akcji polonijnego portalu z Nowego Jorku "Dobra Polska Szkoła". Akcja zwie się: "w naszym domu mówimy po polsku". Niby taka oczywistość, jak ma się oboje rodziców Polaków, a jednak nie do końca. Jeszcze parę lat temu syn potrafił mnie powalić ciętymi ripostami w języku polskim, dziś muszę kilka razy nawet powtarzać zdanie zanim zrozumie jego sens. Angielski w szkole i po szkole zdominował go całkowicie, a uczęszczanie do polskiej szkoły w soboty to jak plasterek na ranę postrzałową. No, ale się nie poddajemy. Więcej o akcji można się dowiedzieć z baneru umieszczonego w bocznej szpalcie.

 

 

 

To była akcja, a teraz rekreacja. Dzieciaki posłałam na kółko taneczne. Z Adamem to ciężka sprawa. Najpierw chodził przez dwa lata na lekkoatletykę. Nudził się okropnie. Potem na taekwondo. Po pierwszych sukcesach wkroczyła znowu nuda. Po pół roku zrezygnowaliśmy. W szkole uczy się świetnie, z matematyki orzeł, ale wciąż nauczycielka narzeka, że Adam nie angażuje się w żaden sport, z piłką nożną miał chwilowy zachwyt. Rowerem jeździć nauczył się dopiero  w ostatnie wakacje, ale tylko dlatego, że mu nie odpuściłam. Tańce to jego ostatnia szansa, ale nie wydaje mi się, żeby jego to interesowało. W każdym razie ma okazję trochę się poruszać, i więcej już od niego nie oczekuję. Cieszymy się sukcesami w innych dziedzinach.

 

Co innego Michelle. W domu uwielbia tańczyć, a te zajęcia akurat jej podpasowały. Zero onieśmielenia, chociaż jest jedną z najmłodszych uczestniczek. Widać w oczach pasję i chociaż w umiejętnościach na początku będzie daleko w tyle za starszakami, myślę że załapała bakcyla tanecznego :) Potrafiła też wypatrzeć, że w drugim końcu sali rozdają dzieciakom cukierki. Wpadła, obłupiła pierwszoklasistów z ich słodyczy i pobiegła do Adama pakując mu je w kieszenie. Taka zapobiegliwa ;) Doprawdy nie wiem, co z niej wyrośnie.

A tu już po zajęciach. W jednej ręce lizaki, w drugiej balony i dziarskim krokiem maszeruje do domu.

 

wtorek, 08 stycznia 2013

Długo się broniłam przed facebookiem. Nie dlatego, że mam coś przeciwko portalom społecznościowym, ale byłaby to kolejna strona, którą trzeba będzie od czasu do czasu odwiedzać, a już stron do przeglądania mam sporą gromadkę. Poza tym treści, jakie tam ludzie rozpowszechniają niekoniecznie przypadają mi do gustu. Ale stało się. Reaktywowałam profil raptularza i... od razu odcinam kupony. Jako fanowi facebookowemu Rathwood przysługiwały mi darmowe bilety dla całej rodziny na przejażdżkę pociągiem po parku do wykorzystania w ten weekend. Normalnie takie atrakcje mnie nie kręcą, ale jak się ma dzieci to niestety trzeba się poświęcać. Słowa nie pisnęłam i niespodziankę im zrobiłam.

Był entuzjazm, ale niestety nie na zdjęciu. Pozowanie jest w końcu takie nudne.

Szeroki przekrój wiekowy pasażerów.

Po drodze mijamy różne atrapy, dzięki którym robi nam się wesoło w tę styczniową ponurą niedzielę.

Przyjaciółka wszystkich zwierząt w akcji.

Podsumowując:

Czas spędzony z rodziną - bezcenny :)

czwartek, 03 stycznia 2013

Tańce, hulanki, swawole w sylwestra nie miałam. Odłogiem w domu. I znowu z książką. I znowu, jak w ubiegłym roku z Romą Ligocką. Tak mnie ta książka ululała do snu, że pierwszy raz zdarzyło mi się, żebym nie słyszała petard i dzikich harców. A w centrum miasta mieszkam, gdzie największe skupienie ludzi pragnących rozrywki występuje. I tak w bezbolesny i po części nieświadomy sposób znalazłam się w 2013 roku.

A dzisiaj nastroje wiosenne. Na tarasie w styczniu róże mi kwitną (na zdjęciu). Za to lubię Irlandię - ogrodami można się cieszyć cały rok. Porządki w donicach doprowadziły mnie do tego, że porobiłam kilka sadzonek surfinii. Za szybko może się wyrywam, ale póki mam chęć to robię.

Książkowo nadal pod wpływem Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Już miałam chwycić za audiobooka "Profesora Wilczura", ale wyczytałam, że jest to kontynuacja "Znachora", więc wypadało by się zaznajomić z treścią pierwszej części i szczęśliwym trafem na lubimyczytać.pl jest za darmo "Znachor" w postaci e-booka. Fajno, tylko ja z e-bookami muszę ostrożnie, bo mi przy nich ekspresowo oczy wysiadają. Toteż czytanie tej powieści będzie się wlekło, ale co tam dam radę, Mostowicz jest tego warty ;)