sobota, 28 stycznia 2012

"Baśnie śląskie" Gustawa Morcinka zapraszają do śląskiej krainy od jej magicznej strony, gdzie żyją niezwykłe postacie, zaczerpnięte z wierzeń ludowych Slązaków. Z każdej baśni wychyla się jakiś utopiec, jaroszek, nocznic, wszędzie kręcą się zmory, strzygonie, rokitki, maszkary. Są też dzielni pozytywni bohaterowie, którzy za nic mają te straszydła, potrafią pokonać wszelkie zło w każdej postaci i okpić nawet samego diabła. Na przykład górnik Bulandra przechytrzył Rokitę i kiedy czytam "gdy dym się już rozszedł, Bulandra zapalił lampę i poszedł do przodka, by zobaczyć co się stało z Rokitką. Patrzy, a tu węgla do chwały Bożej, a Rokitka stoi przylepiony do stempla, spłaszczony jak rozdeptana żaba, jedno oko na brodzie, drugie na kamizelce, a wszystkie zęby wyleciały tyłkiem" to jest tylko jedna reakcja moich dzieci - turlanie się ze śmiechu po podłodze. Nie brakuje też dzielnych dziewcząt, a nawet przypominam sobie jedną waleczną staruszkę, która trzaskała miotłą wszystkich zbójów i  nikt nie dawał jej rady. Baśnie często pisane są w gwarze śląskiej, soczystym językiem np. nie fanzol, pieronie! Co tylko dodaje życia każdej historyjce. Polecam tę książkę, to jedna z naszych ulubionych.

 

wtorek, 24 stycznia 2012

Wrażenie jakie mi się nasunęło po pierwszych dwudziestu stronach: chłop, a pisze jak baba. Wróciłam się do okładki, no tak Sally Jenkins napisała mu tę książkę, powiedzmy współpracowali ze sobą i razem ją napisali. Lance w końcu nie jest pisarzem tylko sportowcem, więc niby skąd umiejętność pisania by wziął;) Ale trochę zadowolona byłam z siebie, że jakby co, to nie dałabym się nabrać. Na pewno Sally przyczyniła się do tego, że wydobyła z niego tę wrażliwszą stronę, chociaż nie ukrywała jego krnąbrności.

Armstrong to indywidualista i już od dzieciństwa chodził własnymi drogami, uprawiał triatlon, kolarstwo, wbrew powszechnej w Teksasie manii futbolowej. Osiągał  w tych dziedzinach sukcesy, miał też sławę zawodnika agresywnego, żeby nie powiedzieć chamskiego. Nie szanował starszych i zasłużonych zawodników. Kilka razy czytałam tekst, gdzie Lance obraził byłego mistrza świata, włoskiego kolarza Argentina. Lance go potem wyprzedził, a tamten nie mogąc znieść tej porażki zatrzymał się na pięć metrów przed metą, nie chciał stawać na podium obok Lanca, wolał być na czwartym miejscu. Był to ze strony Argentina wyrafinowany sposób pokazania przeciwnikowi, że go nie szanuje. Bardzo mnie to ujęło, że są ludzie dla których honor jest ważniejszy od wygranej. Wrażenie też zrobił  na samym Armstrongu, lekcja ta dała mu dużo do myślenia. Powoli uczył się manier w kolarstwie, ale przede wszystkim uczył się cierpliwości. Sam doszedł do wniosku, że cecha która odróżnia chłopca od mężczyzny to cierpliwość.

Książka ma dwa tematy główne kolarstwo i walka Lanca z rakiem. Mimo, że uważa się najpierw za pacjenta, a dopiero potem za sportowca, to na pewno kolarstwo dominuje w jego życiu. Nawet będąc chory, poddając się chemoterapii jeździ w tempie spacerowym na rowerze, wmawiając sobie "dopóki się ruszam to znaczy, że nie jestem chory". W jego przypadku wyzdrowienie graniczyło z cudem. Był w trzecim stadium choroby i miał zaledwie 3 % szans na przeżycie, o czym dowiaduje się od lekarzy dopiero po ogromnym sukcesie, jakim jest zwycięstwo w Tour de France. Nie ma w tej książce jakiegoś wielkiego nawrócenia do Boga, rozmów z nim. Lance ma ogólne pojęcie Boga, wierzy bardziej w siłę drzemiącą w człowieku, w umiejętności lekarzy, wynalazki medycyny. Szybciej można trafić na rozmowę Lance z rakiem "wybierając mnie, źle wybrałeś". W jakimś sensie rak rzeczywiście źle wybrał. Po wyleczeniu się Armstrong założył fundację walki z rakiem, promując postawę walki z chorobą do końca, nie poddawania się no i oczywiście dając nadzieję, sam będąc przykładem, że z rakiem można wygrać.

Przyznaję, że trochę z ociąganiem sięgnęłam po tę książkę. Obawiałam się męczących opisów kolarstwa od tej technicznej strony, zupełnie niepotrzebnie. Jestem w tej komfortowej sytuacji, że kolarstwo bynajmniej nie jest mi obce, a to ze względu na to, że w domu posiadam kolarza, i chcąc nie chcąc słyszę ciągle coś na ten temat. Nawet byłam zdziwiona w jednym momencie, jak Lance dopiero w Europie rozumie, że kolarstwo jest drużynową dziedziną sportu. Dla mnie to oczywista oczywistość:) Myślę, że nawet osoba, która się tym nie interesuje na pewno zrozumie na czym polega ten sport, a może nawet go polubi. Dodałabym też, że kolarstwo to najprzyjemniejsza część książki.

Powyższą recenzję chciałabym dedykować mojemu mężowi, który od pięciu lat uprawia kolarstwo. Przy okazji chciałabym zdementować informację, jakoby po każdym wyścigu masuję mu nogi. Nic takiego nigdy nie miało miejsca. :)

sobota, 21 stycznia 2012

Miotam się od paru dni ze swoimi myślami, jak te morze w te i z powrotem.  Już myślę, że doszłam do sedna sprawy, a zaraz potem jestem u punktu wyjścia. Nie wiem czego chcę, ale przynajmniej wiem czego nie chcę. Trzeba chyba znowu mi ćwiczyć jogę, przynajmniej uspokoję się wewnętrznie...

Na zdjęciu Morze Irlandzkie.

wtorek, 17 stycznia 2012

Powoli tematyka bloga zmienia się na typowo książkową, może powinnam zmienić kategorię na literaturę? Wszystko to za sprawą zimy. Jestem przekonana, że wraz z wiosną to się zmieni. Książki w okresie jesienno-zimowym to moja główna radocha. Pochłaniam je teraz w tempie zawrotnym, a mam w zwyczaju delektować się nimi długo.

Kiedyś przechodziłam kurs szybkiego czytania, doszłam do połowy i zrezygnowałam. Bo na co mi to? Jak mam w rękach książkę to chcę, aby historia którą zawiera wciągnęła mnie całkowicie, mogę kilka razy wracać do tego samego tekstu, zamyśleć się nad nim, odnotować cytat. Nie chcę w czytaniu wyścigu z czasem. Nie jestem uczniem, który zawalony nauką, jeszcze musi czytać lektury. Na dodatek większość lektur jest "siermiężnych" i nie dziwię się, że czytelnictwo w Polsce spada na łeb na szyję. Twierdzę, że gdybym ograniczała się tylko do lektur, nigdy nie pokochałabym książek. Ja wiem, to o czym uczymy się w szkołach pisali wielcy, ale w oczach młodego człowieka to są stare gnioty.

Kolejny stosik polskich książek zawitał w nasze progi. Michelle nie może się oderwać od swoich bajeczek. Dla dzieci trzy pozycje: druga część zbioru bajek "Poczytaj mi mamo", pierwsza (a nasza druga) książka Wojciecha Widłaka "Pan Kuleczka", na punkcie której nasza mała oszalała;) No i płyta CD dla dzieci "Ten najpiękniejszy świat" Ewy Bem z muzyką Jerzego Wasowskiego, z fajną książeczką zawierające teksty piosenek i ciekawe ilustracje.

A dla mnie cała reszta czyli:

Szymon Hołownia i Marcin Prokop w rozmowie na temat religii, kultury i mediów w "Bóg, kasa  i rock n roll". Czytałam udostępniony  fragment i wciągnęło  mnie. Mam nadzieję, że panowie dadzą mi odpowiedzi na kilka nurtujących mnie pytań.

Andrzej Stasiuk dostał w 2005 roku nagrodę literacką Nike za "Jadąc do Babadag". Co jakiś czas trafiam u kogoś na recenzję tę książki zachwyconych nią, i tych zachwyconych mniej. Ta książka coś ma takiego w sobie, że co na nią spojrzę, to mam wrażenie, że mi jęczy "kup mnie kup, zobaczysz nie pożałujesz". No więc kupiłam dla świętego spokoju, niech się w końcu odczepi.

Trzy książki rosyjskich autorów - rzekłam, że będę czytać rosyjską literaturę i słowa dotrzymuję. Naprawdę nie jest łatwo wybrać rosyjską książkę, żeby się nie otrzeć o rosyjską historię i politykę. Zawsze gdzieś te tło jest, wryło się w życie przeciętnego Rosjanina. Mam nadzieję tylko, że pozycje które wybrałam będą jak najmniej zdominowane podobnymi treściami.

Dmitrij Strelnikoff "Złote ryby" powieść magiczno-przygodowa, która prowadzi szlakami Azji i Europy po to, by rozwiązać rodzinną zagadkę.

Dina Rubina "Po słonecznej stronie ulicy"- burzliwe losy dwóch kobiet: matki i córki.

Władimir Arsenjew "Dersu Uzała" - o mędrcu, myśliwym i tropicielu z Syberii, na jej podstawie powstał film Akiry Kurosawy.

Dalej Antoni Libera "Madame" o obsesyjnej miłości ucznia do nauczycielki francuskiego, podobno cudownym językiem napisana, zaintrygowała mnie.

Kolejna książka Romy Ligockiej "Księżyc nad Toarminą", ja po prostu nie mogę oderwać się od jej słów.

Peter Pezzelli "Kuchnia Franceski" to lekka pozycja, spodziewam się po tej książce przede wszystkim ciepłego klimatu. Raczej żadnych rewolucji w kuchni, nie jest to książka kucharska, ale zawiera kilka przepisów.

"Lawendowy pył" trzech autorek, nie będę tu wymieniać. Wiem, tytuł brzmi, jak u tomika poezji dla pensjonarek, ale to saga rodzinna napisana przez babkę, matkę i wnuczkę. Po "Cukierni pod Amorem" nie mogę dojść do siebie, potrzebuję chociaż plasterka na ranę, i ta saga mam nadzieję swoje zadanie spełni. Jeśli tak, to zamówię drugi tom.

I tyle. Teraz udam się w miejsce odosobnione i spędzę cudowne chwile z moim stosikiem:)

niedziela, 15 stycznia 2012

Tę książkę wypatrzyłam na kiermaszu. Nic wcześniej o niej nie wiedziałam, praktycznie kupiłam w ciemno. Był to prezent dla samej siebie pod choinkę. Nawet nie czytałam opisów na okładce, bo jak niespodzianka to niespodzianka. W domu elegancko i super szybko zapakowałam, co by nie kusiło do zapoznania się z zawartością. No, a potem... W pierwszej chwili przerażenie. Ale się załatwiłam. Książka chorej na SLA. Nie dlatego, że mam coś do chorych na tę, czy inną nieuleczalną chorobę. Po prostu wiem, że emocjonalnie będę ja długo przeżywać, może nawet ciężar cierpienia w jakimś sensie wezmę na swój kark. Właśnie tego się obawiałam, jak ja przez nią przebrnę.

Historia kobiety, matki trójki dzieci, która spełnia się zawodowo, dodałabym robi karierę na najwyższych obrotach, zarabia krocie. Mężczyzn ze swojego życia usuwa gładko, kiedy okazuje się, że nie nadążają, ograniczają, próbują wprowadzać własne poprawki. Jest tak przekonana o własnej sile, że praktycznie nie ma dla niej przeszkód nie do pokonania. Dzieci wychowują niańki, obcy ludzie. Niby interesuje się dziećmi, ale fizycznie jest nieobecna, wpada do domu, jak po przysłowiowy ogień. I kiedy osiąga szczyt, nakręcając się jeszcze bardziej, pojawia się nieuleczalna choroba, która powoli unieruchamia całe jej ciało.

Kiedy pani Katarzyna pisze tę książkę, jej ciało praktycznie jest już bezwładne, a jej mowa jest dla wielu niezrozumiała. Tekst napisała na komputerze ruchem gałek ocznych. Nie mam pojęcia, jak to możliwe. Przypuszczam, że musiała to być bardzo żmudna praca. Ta historia choroby może przyczynić się do wiele dobrego. Pani Kasia uczula czytelników, jak bardzo niepełnosprawni są spychani na margines życia, jak się wyraziła wyrzucani na śmietnik. Są niepotrzebni, zawadząją, ciągle czegoś chcą, wymagają opieki, na którą w pędzącym świecie nikt nie ma czasu. Nawet ci, którzy z zawodu opiekują się chorymi. W szpitalu pielęgniarki są tak zabiegane, że chorych, którzy się nie poskarżą lekceważą. W domu też nie lepiej. Przez lata słaby kontakt z dziećmi odbija się na relacjach z chorą. Nie zarabia, jest ciężarem, lepiej żeby nie żyła, a tak muszą się męczyć.

Ta historia na pierwszy rzut oka jest smutna, ale ma bardzo pozytywne przesłanie. Podobała mi się wędrówka duchowa pani Kasi, a przede wszystkim jej modlitwy do Boga. Ona w tej relacji bardzo ewoluowała. Najpierw chciała cudu teraz, zaraz, natychmiast. Wkrótce przekonanała się, że choroba utarła jej pychę. Kiedy już nikt jej nie rozumiał pozostały jej tylko rozmowy z Bogiem. To jemu się wyżalała, kłóciła, targowała, oczekiwała pomocy, a końcu rychłej śmierci i końca gehenny. W końcu zaufała Bogu i poddała się całkowicie jego woli. Osiągnęła spokój i stała się ołówkiem w rękach Boga.

Myślę, że ta książka jest idealnym prezentem dla osoby chorej, niezależnie jaka to choroba. Czytając ją też miałam swoje dolegliwości, ale czułam się taka szczęśliwa i doceniałam fakt, a choćby i taki, że bez niczyjej pomocy mogę podrapać się po nosie. Taki w sumie drobiazg, który na co dzień robi się odruchowo, nawet się nad tym nie zastanawiając. Po tej książce bardziej docenia się życie, a codzienne problemy wydają się błahe.

Pomimo sympatii do książki "Ołówek" nadal mam obawy, gdy przychodzi mi czytać zwierzenia osób chorych. Bo są to trudne tematy i pewnie najłatwiej odwrócić wzrok tak, jak zrobili to przyjaciele pani Kasi. Na szczęście trafiła też na nowych przyjaciół i wielu aniołów, którzy pomogli jej i nadal pomagają borykać się z chorobą. Niestety taka jest brutalna prawda, że dopóki nas samych coś takiego nie spotka, nie chcemy się nawet nad tym zastanawiać...

sobota, 14 stycznia 2012

Hopsasa, jak mi wesoło z samego rana, a to za sprawą wygranej w konkursie LubimyCzytać.pl. Zakasowałam kolejną książkę, tym razem "Arkę odkupienia" Alastaira Reynoldsa. Biorąc pod uwagę, że pisałam to w czwartek, czyli jeszcze w bólach dekoncentrujących mój umysł, tym bardziej wygrana mnie cieszy. Nie dałam się chorobie i naskrobałam poniższy tekst.

Najciekawsze motywy w fantastyce naukowej... myślę, że  specyficzna jest czasoprzestrzeń. Akcja może dziać się w przyszłości, przeszłości albo w czasie równoległym do naszej rzeczywistości. Częste są podróże w czasie oczywiście za pomocą cudownych wynalazków technicznych. Innym ciekawym motywem jest kontakt z obcą cywilizacją. Akcja może dziać się na naszej planecie, lub na innej, a nawet zdarza się, że w innej galaktyce, a czasem bywa zamknięta na pokładzie statku kosmicznego. Fantastyka naukowa czerpie inspirację z odkryć naukowych, ale to przede wszystkim autorzy tych książek mają niesamowitą wyobraźnię i wiedzę, aby wszystko wyglądało tak prawdopodobne. Najważniejsze, aby była zgodność hipotetyczna wydarzeń ze współczesnym stanem wiedzy o nauce i technice.

Juliusz Verne w "Podróży do wnętrza ziemi" wysłał głównych bohaterów: profesora mineralogii Otta Lidenbrocka oraz jego bratanka w podróż pod powierzchnią ziemi od Islandii aż do Stromboli. Innym razem trzech Brytyjczyków poleciało balonem przez Afrykę ze wschodu na zachód w powieści "Pięć tygodni w balonie".  Trasa ta jak na tamte czasy była bardzo niezwykła, ale oparta na rzetelnych faktach naukowych. No i w najsłynniejszej jego powieści "Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi" z kapitanem Nemo niesamowita podróż statkiem podwodnym.

Herbert Wells wysyła swojego bohatera w przyszłość w powieści "Wehikuł czasu". Tam staje się świadkiem końca świata. Innym razem Wells wyprawia dwóch ludzi na Księżyc w powieści " Pierwsi ludzie na Księżycu". Odkrywają tam wysoko rozwiniętą cywilizację owadopodobnych stworzeń, które okazuje się - brzydzą się ludzkim okrucieństwem i głupotą. Podróż udaje się za pomocą pojazdowi odpornemu na działanie sił grawitacji.

"Diuna" Franka Herberta to opowieść o ludzkości rozsianej po niezliczonej ilości planet w całej galaktyce. Z całym  skomplikowanym systemem polityczno-społeczno-ekonomicznym. Przyszłość naszej cywilizacji w najdrobniejszych szczegółach.

Z polskich autorów Stanisław Lem w "Solaris" swojego bohatera Krisa umieszcza na obcej planecie pokrytej cytoplazmatycznym oceanem, który jest swego rodzaju formą życia. Niestety nie udaje się mu porozumieć z oceanem. Motyw bezskutecznej próby kontaktu z obcą cywilizacją podobno często pojawia się w książkach Lema, ale na razie miałam do czynienia tylko z tą jedną jego powieścią s-f.

I jeszcze tu wspomnę o "Akademii pana Kleksa" Jana Brzechwy. Wiem, że to bajka, a nie fantastyka naukowa, ale jestem przekonana, że moje dzieci uwielbiając profesora z krainy fantazji są na dobrej drodze, aby z książkową fantastyką spotkały się nie raz:)

 

czwartek, 05 stycznia 2012

Zaskoczenie, odkrycie, objawienie i nie wiem co jeszcze, miałam ostatnio w doświadczeniach kulinarnych. Otóż od kiedy pamiętam słyszałam w Polsce, że baranina jest twarda, cuchnąca i normalny człowiek tego nie je, jeśli nie musi. Ha! Nawet gdybym chciała spróbować to rynek zbytu baraniny w moim ojczystym kraju praktycznie nie istnieje. W Irlandii przeciwnie - baranina i wołowina są najbardziej popularnym mięsem. Od wielu lat patrzyłam, jak wyspiarze, zwłaszcza starsi ludzie, chętnie kupują baraninę, jagnięcinę, oczom moim nie wierząc, że można tak dobrowolnie wybierać takie paskudne mięso. Cóż, doszłam do wniosku, że podobnie jest z kiszonymi ogórkami. My się objadamy, a inne narody patrzą ze wstrętem, tak więc z baraniną musi być podobnie. Siła tradycji i nic na to nie poradzisz.

W związku z tym, że Sylwestra postanowiliśmy z mężem nie obchodzić hucznie zwłaszcza, że i tak marni z nas imprezowicze, wybraliśmy się na obiad do restauracji. Nasz wybór był zaskakujący - gulasz z baraniny. Nigdy tego nie jedliśmy, czas w końcu przełamać uprzedzenia i samemu się przekonać. Mięso mięciutkie, smaczne, nawet żałowaliśmy, że więcej tego nie było na talerzu, chociaż i tak było sporo.

Po niedzieli pędem do mięsnego po baraninę, niedużo, tylko troszeczkę. W końcu nie wiem, jak się obchodzić, żeby dobre było. Wybrałam prosty przepis, uzbroiłam się w cierpliwość i przygotowałam się na przykre gotowanie, które miało trwać ok. 2 godzin,  prawdopodobnie zasmradzając mi cały dom, otworzyłam zapobiegawczo okno w kuchni. Do dzieła. Obwąchałam surowe mięso, nic, żadnych podejrzanych zapachów, gotuję też nic, zapach mięsa, nic nadzwyczajnego. Gulasz na wolnym ogniu bulgotał ponad godzinkę i mięso było mięciutkie. Więc o co tu chodzi?

Otóż okazuje się, że w Polsce jeśli już trafi baran na nasz stół, jest on w podeszłym wieku, obrośnięty starym łojem, stąd smród, i długie gotowanie. W Irlandii przeciwnie, na rynek trafiają zwierzęta młode. Mięso jest polecane przez dietetyków szczególnie osobom starszym, gdyż zawiera kwas linolowy, który obniża cholesterol we krwi. Już wertuję nowe przepisy na dania z baraniny, gdyż postanowiliśmy, że mięso te na stałe zagości w naszym domowym menu.

W związku z tym, że nie jest to blog kulinarny, w końcu żadna ze mnie kucharka, nie będę tu sypać przepisami i zdjęciami potraw, za to kilka zdjęć "kuchennych" wrzucam koniecznie. Kuchnie pochodzą z Muzeum Rolnictwa znajdujące się przy Zamku Johnstown koło Wexfordu.

Tak dawniej bywało w irlandzkich domach... W kociołkach niejeden gulasz z baraniny się warzył :)

środa, 04 stycznia 2012

Wieczór sylwestrowy spędziłam w towarzystwie Romy Ligockiej, a jeśli chodzi o ścisłość w towarzystwie jej książki "Róża. Obrazy i słowa". Książka ta jest albumem zawierającym jej cudowne obrazy, które opatrzone są tekstami autorki. Jakieś 10 lat temu czytałam "Dziewczynkę w czerwonym płaszczyku" i tak mi utknęła w pamięci, że czasem wracam do niej myślami, a teraz chętnie szukam książek Romy oczekując podobnych wrażeń.  

Autorka jest Zydówką, jedną z niewielu ocalałych po drugiej wojnie światowej. Jako dziewczynka przeżyła getto krakowskie, czuła się zobowiązana zrobić coś konkretnego ze swoim życiem, nie zmarnować je mimo, że nachodziły ją chwile samo destrukcji. Zajęła się sztuką, która stała się pomostem między przeszłością, a teraźniejszością.

Na obrazach umieściła przede wszystkim postacie ludzkie, milczące, o wielkich smutnych oczach. Tyle w nich rozpaczy, cierpienia, pogrążonych we własnych myślach, zachowujących mimo wszystko godność. To świat krakowskich Zydów, który po Holokauście przestał istnieć. Są tu śluby żydowskie, synagoga, narzeczeni, rodzina, ulica Jakuba, muzykanci..., a potem sprzedaż majątku, pożegnanie, wygnanie, sceny z dawnego życia. Obrazy są bardzo delikatne, zmysłowe, kobiece, prawdę mówiąc głównymi bohaterkami są przeważnie kobiety. To smutne narzeczone i panny młode, których los został przesądzony, to matki pilnie strzegące swoje dzieci... To kobiety zagubione, przerażone, samotne, w których być może tli się jeszcze nadzieja.

Podoba mi się delikatna kreska, która tworzy te postacie, a rozmyte pastele nadają im kruchość, delikatność... są szczuplutkie jakby rzeczywiście były niedożywione, o zranionej psychice są niemymi świadkami okrucieństw, jakie zgotował drugi człowiek. Roma zabiera oglądających w subtelną podróż marzeń, lęków, emocji, tragedii i ukojenia, przenosi nas przez życie widziane jej oczami.

A słowa, jak zwykle płynące prosto z serca. Potrafi w tak wspaniały sposób przekazać to, o czym ludzie nie potrafią lub nie chcą rozmawiać. O czuciach, emocjach, chwilach załamania, ale też euforii, miłości, zapomnieniu. O radosnych chwilach, a także o oswajaniu samotności i strachu przed starością. Szczególną uwagę zwróciłam na zwierzenie o powtarzającym się śnie, w którym Roma wsiada do taksówki, rzuca do kierowcy dwa słowa "do domu" i on wie gdzie to jest mimo, że ona sama nie wie gdzie jest jej dom. Jak to wyznanie było mi bliskie... Odkąd jestem w Irlandii mam również powtarzający się sen, na szczęście już coraz rzadziej mi się zdarza. We śnie budzę się i nie wiem gdzie jestem, nie wiem co to za miejsce, nie znam tego kraju, nie znam ani jednego słowa w języku tubylców, nie ma przy mnie bliskich, a lęk spada mi na plecy i ogarnia całe ciało, wpadam w panikę i się budzę. Odczuwam wtedy ulgę, że nie jest tak źle, jak we śnie. Obie mamy taki syndrom emigranta...

Kiedy patrzę na jej obrazy, czytam słowa, czuję niedosyt. Chciałabym zobaczyć wystawę jej prac. Taka mnie ukłuła gorzka prawda o mnie. Też kiedyś rysowałam, ale dałam sobie wmówić "mądrzejszym" od siebie, że nie warto się tym zajmować, bo chleba z tego nie będzie. Coraz częściej czuję się pod tym względem oszukana, bo i owszem z malarstwa wyżyć mogą jedynie najlepsi, ale ile to znaczy dla własnej duszy, to odzwierciedlanie swoich myśli, uczuć, przeżyć, wylania tego na papier, tego mi nikt nie powiedział, bo nie wiedział...