poniedziałek, 31 stycznia 2011

Nie cierpię rad na tematy wychowawcze od osób nie posiadajacych własnych potomków (dopiero mają w planach). Po prostu nienawidzę. Co ciekawe osoby, ktore posiadają dzieci, raczej nie wyskakują z radami, prędzej opowiadają o swoich doświadczeniach, najczęściej porażkach, lub kiwają głowami mówiąc coś w stylu "ach te dzieci, dzieci" lub "małe dzieci mały kłopot - duże dzieci duży kłopot" jak już nie wiedzą co poradzić. Niedoświadczeni natomiast mają wyidealizowany światopogląd na temat wychowywania dzieci. Tacy oczywiście mają doświadczenia, z radością ciotkują i wujkują raz na jakiś czas siostrzeńcom, bratankom i innej rodzinnej lub po koleżeństwie dziatwie. Uśmiech im wtedy nie schodzi z twarzy, a głowy mają pełne pomysłów do wspólnych gier i zabaw. Taka ciocia, bądz wujek to istny skarb, i z pewnością bardzo dobry materiał na przyszłego rodzica. Sama byłam taką samą naiwniaczką. Pamiętam, jak byłam w pierwszej ciąży, świadkiem sceny w sklepie, jak to jedna mamusia nie chciała córeczce kupić batona, skrzyczała ją, dała kilka klapsów, dziecko się poryczało, jedna wielka afera na cały supermarket. Byłam tą sceną zbulwersowana, i oczywiście przekonana, że ja swojemu dziecku spokojnie wszystko będę tłumaczyć. Po dwóch latach kiedy to Adam biegnie po tym samym supermarkecie beztrosko zrzucając towar z półek, w środku tak się gotuję, że mało mnie nie rozsadzi, powstrzymuję się przed wybuchem tylko dlatego, że to miejsce publiczne, i z pokorą płacę za stłuczony towar. Innym razem słyszę, jak matka trójki dzieci opowiada, że najmłodszy dzieciak szantażuje ich samobójstwem, a dokładnie zabije się przez wyskoczenie z pierwszego piętra, jeśli nie kupią tego czy tamtego. Ot, spryciarz. Jak sobie z tym poradzili? Unieruchomili wszystkie okna na piętrze, nie wietrzą mieszkania, czekają aż dziecko wymyśli coś innego. A mówiła to z taką lekkością, jakby to było zbieranie kwiatków na łące, a nie poważny problem wychowawczy. Przecież trzeba z dzieckiem rozmawiać, wytłumaczyć. O ja naiwna! Po latach wiem, że można gadać, gadać, aż do zdarcia gardła gadać. Praktyczne rozwiązania okazują się skuteczniejsze. A teraz w odwrotnej sytuacji. Będąc sama już matką z mnóstwem porażek na swoim koncie, natykam się na takiego "przyszłego rodzica" i... no właśnie.

Historia piersza: Kupiłam Adamowi drogą zabawkę wykonaną z drewna. Zabawką tą syn po dwóch dniach wdrapując się na kanapę zamachnął  i roztrzaskał o podłogę. Rzut w dal z wysokości. Byłam długo niepocieszona stratą tej zabawki, zwierzyłam się bezdzietnej wtedy koleżance, a ona: przecież dziecku trzeba tłumaczyć, że tak nie wolno. To, że nie wolno to on akurat wiedział. No to trzeba było go powstrzymać. Gdybym mogła czytać w jego myślach - powstrzymałabym. Gdybym potrafiła przewidywać przyszłość - powstrzymałabym. Gdybym była zwinna i skoczna jak małpiatka - powstrzymałabym. Ale nie jestem taka genialna! Ale o dziwo jednej jej rady posłuchałam. Od tamtej pory przez dwa lata kupowałam stare zabawki tylko i wyłącznie w sklepie z używanymi rzeczami za symboliczne jedno euro. Na nowe zabawki (to już mój pomysł) Adam zbierał pieniądze do skarbonki.

Historia druga: remont, przychodzi dwóch pracowników odmalować mieszkanie. Starszy i małomówny Niemiec i młodszy wygadany Polak. Adam, jak to dziecko podniecony nieoczekiwanymi gośćmi i zmianami w mieszkaniu biega po domu nakręcony. Zabieram się do gotowania obiadu, a Adama usadzam przed TV i włączam bajkę. Młodzik za to do mnie: No tak, telewizor, rodzice to wszystko zrobią, żeby pozbyć się dzieciaka dla świętego spokoju! Zapytałam spokojnie: masz dzieci? Odpowiedział- nie. No tak nie. To urywa wszelką dyskusję na temat wspólnego z dzieckiem spędzania czasu. Jaka szkoda- myślę. Podchodzę do TV, wyłączam pudło, a potem z nieukrywaną satysfakcją przyglądam się, jak młodzik dwoi się i troi, żeby powstrzymać Adama przed zanurzeniem nogi w farbie, a to dopiero był początek! Ale dzieciak miał zabawę! :)

A wnioski z tych historii, niech każdy sam wyciągnie, pod warunkiem, że nie naoglądał się Super Niani. Tych to dopiero trzeba się wystrzegać!  

niedziela, 30 stycznia 2011

Wczoraj postawiłam na kuchenkę ziemniaki, poszłam oglądać film "Mój Nikifor" i ... ziemniaki gotowały się przez ponad dwie godziny, bo zupełnie o nich zapomniałam, tak się wciągnęłam i przejęłam losem tego malarza. Ten dramat biograficzny powinnam już dawno obejrzeć, bo  premiera była w 2004, w telewizji też już go puszczali, a mnie się złorzyło dopiero wczoraj, czego wybaczyć sobie nie mogę. Film jest o ośmiu ostatnich latach życia Nikifora, który jako artysta był niezrozumiany, a jak się pózniej okazało był jednym z najwybitniejszych prymitywistów na świecie. Tułał się po Krynicy sprzedając swoje obrazki, pochorował się na gruzlicę, a po za tym uważano go za obłąkanego toteż wszyscy, którzy go znają stronią od niego. Tak też zachowywał się Marian Włosiński, młody malarz, któremu Nikifor zajął pracownię. Na początku opędza się od niego, z czasem odkrywa jego geniusz i kosztem własnego życia rodzinnego podejmuje się opieki nad schorowanym artystą. Byłam bardzo ciekawa, jak pani Krystyna Feldman zagrała tą w końcu męską rolę. Gdyby nie cieńszy głos, w ogóle można by się nie domyśleć, że to kobieta. Ten film był dla mnie miłą odmianą po tych wszystkich romantycznych polskich komediach, które są teraz bardzo popularne, ale pisać i wymieniać nawet ich nie zamierzam, bo po każdej takiej produkcji mam kaca, jakby reżyser traktował mnie jak słodką, naiwną idiotkę.

13:01, rowena77 , film
Link Komentarze (1) »
czwartek, 27 stycznia 2011

"Julie & Julia" to komedio-dramat i film biograficzny w jednym. Julie nie znosi swojej pracy sekretarki. Na spotkaniu z koleżankami uświadamia sobie, że nic w życiu nie osiągnęła i porównując się z przyjaciółkami odnoszącymi sukces doprowadza się do rozpaczy. W końcu postanawia postawić sobie cel - naukę gotowania, a dokładniej, chce w ciągu roku zrealizować wszystkie 524 przepisy z książki kucharskiej legendarnej Julii Child. Swoje upadki i wzloty postanawia spisywać w formie bloga. Z dnia na dzień jej blog ma coraz więcej czytelników, aż w końcu znajduje się wydawca, który proponuje Julie wydać książkę. Historia ta przeplata się z biografią Julii Child, która również pokonywała wiele przeszkód, aby osiągnąć sukces. Julie czerpie z niej siłę i motywację do dalszego działania. Ciepły film o kobietach i dla kobiet. Panowie , którzy nie mają nic wspólnego z kuchnią raczej będą się nudzić;) Na planie filmu wystąpił jeden bardzo ciekawy dla mnie rekwizyt - garnek Le Creuset, w kolorze pomarańczowym. W takim samym gotuję od kilku lat, ale nie należy on do mnie, tylko do właściciela mieszkania. Od kilku miesięcy planowałam kupić nie tylko ten garnek, ale też inne naczynia tej firmy. Są jednak zbyt drogie, żebym mogła wszystko kupić od razu. Na razie zakupiona jest pierwsza pozycja - duży garnek, mój jest w kolorze niebieskim, chociaż kolor akurat jest dla mnie najmniej istotny.

Garnek ten jest wyprodukowany z wysokiej jakości żeliwa i pokryty emalią. Zastosowanie ma uniwersalne. Odlewnia garnków Le Creuset znajduje się we francuskim miasteczku Fresnoy-Le-Grand, która produkuje od 1925 roku, aż po dziś. Marka ta znana jest na całym świecie, a firma exportuje swoje produkty do 60 krajów. Zamawiają je nie tylko zwykli użytkownicy, również chętnie kupowane są przez restauratorów, ceniących sobie jakość. W produkcji naczyń Le Creuset połączono wiedzę fachową i doświadczenie firmy z najbardziej zaawansowanymi technologiami odlewania i emaliowania. Mimo nowoczesnych rozwiązań nadal wiele etapów wytwarzania musi odbywać się za pomocą ludzkich rąk. Tak tu opisałam, jakby mi ta firma za to płaciła hehe, ale nic na to nie poradzę, jestem tymi garnkami zachwycona. Zachwyt udzielił się też mężowi, więc powoli realizuję swój plan. Moje mierne umiejętności kulinarne i wysokiej jakości garnki sprawiają, że rodzina jeszcze nie umarła z głodu ;)

15:54, rowena77 , film
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 24 stycznia 2011

Ostatnio tak czytam, że wielu celebrytów przyznaje się, że telewizji nie ogląda, a nawet telewizją gardzi, chociaż wielu z nich nawet tam pracuje. I że to teraz taka moda się robi na nieoglądanie TV, bo to dla maluczkich jest, taki swoisty snobizm, że tak powiem. Ja tam czasem mam się za snoba hehe, ale z telewizją to u mnie nie ma nic wspólnego. Jako dziecko namiętnie oglądałam telenowele brazylijskie, bo strasznie chciałam być już dorosła i mieć takie problemy, jak oni tam mają, a równieśnicy bawiący się na podwórku, czy na boisku szkolnym byli tacy nudni. No i tak się tego naoglądałam za dziecka, że wystarczy mi do końca życia. Nie robią na mnie już wrażenia Mostowiaki, Plebaniaki czy inne tam Klany. Niech sobie żyją własnym życiem, ale ja tam szczegółów nie muszę znać. Programy informacyjne też odpadają. Nerwy tylko i nic więcej. Ojciec kiedyś się mnie zapytał: jak to tak, nie interesujesz się Polską. Ano nie interesuję się, bo to już nie moja rzeczywistość, ale obchodzi mnie co się dzieje w Irlandii i z gazet, czy internetu wychwytuję co najważniejsze. A jeśli chodzi o Polskę wiadomość o katastrofie smoleńskiej dotarła do mnie tak samo szybko, jakbym była w Polsce siedząc przed telewizorem. Teraz zrobiłam się bardzo wybiórcza. Nie powiem, jest kilka interesujących mnie pozycji w TV, które chciałabym oglądać na bieżąco, ale nie aż tak, żeby zaraz wykupywać Polsat czy taką Cyfrę. Na internecie Polska Telewizja ma się całkiem dobrze, chociaż opłaty też ustalili, ale nie jest aż tak zle, a najważniejsze że oglądam w czasie dla mnie dogodnym. Nie muszę rzucać wszystkiego i biec, bo tam leci mój ulubiony program. Na przykład "Podróże kulinarne Roberta Makłowicza" czy "Boso przez świat" Cejrowskiego wyświetlane w niedzielne poranki, w czasie gdy się szykuję i idę na Mszę to prawdziwa podłość. To ja mam być dyspozycyjna dla TV, czy to ona ma dostarczać mi rozrywki? Lubię bardzo serial "Ranczo", oglądam od paru dni czwarty sezon. Wczoraj odcinek, jak to wioskę Wilkowyje napadła mafia, a mieszkańcy rozprawili się z nią walcząc jak w powstaniu ludowym. Jeszcze mi się micha śmieje, a dziś kolejny odcinek wieczorem, jak dzieciaki pójdą spać i będzie chwila czasu. Bo właśnie te dzieciaki, zdominowały całkowicie telewizornię, oglądają filmy na DVD po polsku i po angielsku, dla Adama to bez różnicy w jakim języku, dla Misi też na razie nie ma znaczenia. Posiedzą chwilę, popatrzą i dawaj się wygłupiać. Więc na razie pudło stoi, ale z chęcią bym wyrzuciła. Nawet kiedyś Adam coś tam szukał za szafką i zrzucił telewizor na podłogę, stwierdziłam że nie będę się szarpać i jak mąż wróci z pracy to ustawi go z powrotem. Jak przyszedł do domu zupełnie zapomniałam o całym zajściu, poszedł do pokoju i nieuprzedzony przeżył szok;) Oczywiście małżonkowi marzy się kino domowe, ale póki co spotyka się z brakiem entuzjazmu rodziny do tego pomysłu. Zawsze wymyślimy inne, pilniejsze wydatki, na przykład w ostatnią sobotę musiał się spłukać finansowo na francuski garnek Le Creuset (takie z nas dziwaki), ale o tym będzie innym razem :)

Ps. Ale się rozpisałam, a ja przecież w kategorii fotoblogi jestem heh.

niedziela, 23 stycznia 2011

Bardzo ciekawa książka podróżniczo-przygodowa napisana z humorem. Myślę, że przekonają się do niej nawet ci, którzy na co dzień po książki nie sięgają. Przeczytałam jeden rozdział mężowi, a on do czytania się nie garnie, to taki typ sportowca, no i bardzo mu się podobał. Jak sobie poczytałam przygody pana Cejrowskiego, wiele z nich bardzo niebezpiecznych, to wcale mu tych wypraw nie zazdroszczę, a jednocześnie podziwam za odwagę i dystans, dzięki któremu w zabawny sposób przedstawia ten dziki świat. Przyjemnie się pózniej czyta taką książkę w bezpiecznych domowych pieleszach, samemu niczego nie ryzykując. Pan Cejrowski to dość kontrowesyjna postać, dla wielu nie do strawienia, ja go "łykam" w całości, właśnie za to, że potrafi pod prąd. Chociaż nie ze wszystkimi jego poglądami mi po drodze, podziwiam jego, jak to sam nazywa w swojej książce "tupet jak taran". Rozglądam się już za innymi książkami podróżniczymi tego autora, bo te krótkie filmiki dokumentalne "Boso przez świat" to zdecydownie za mało dla mnie. Acha, zdjęcia i w ogóle szata graficzna książki też jest super.

piątek, 21 stycznia 2011

Mój syn wychodzi dziś z dumą ze szkoły pokazując mi coś w rodzaju dyplomu, który dostał za dobre zachowanie w tym tygodniu, taka że niby "gwiazda tygodnia"z niego heh. I co to niby oznacza? - pytam się go. Dlaczego pierwszy raz takie coś przynosisz ze szkoły? Dotąd nigdy nie byłeś aż tak grzeczny? Ze względu na gadulstwo, jakoś się nie złożyło i jakoś mnie to nie dziwi. Zanim doszliśmy do domu ostro się pokłóciliśmy i to by było na tyle jeśli chodzi o jego super dobre zachowanie, moje zresztą też :(

Wysłałam matce w liście troche pieniędzy na parę lekarstw, bo tu takich nie mają, ale niestety komuś pieniądze były bardziej potrzebne, bo list dostała bez pieniędzy. Na dotatek ktoś zwinął znicz z grobu mojego ojca. Znicze były od nas z Irlandii, przysłam z okazji zaduszek. Specjalnie szukałam takich, jakich nie widziałam jeszcze w Polsce. Szklane, ale na baterie, jeden z czerwonym, a drugi z niebieskim światełkiem. Oczywiście komuś taki znicz był bardziej potrzebny, łaskawca, przynajmniej zostawił  jeden. Takie drobiazgi, ale jednak bolą...

Dzisiaj przeczytałam notkę z jakiegoś bloga na onecie, jak to przyszli pracodawcy perfidnie przepisują nazwiska z CV szukając danych na portalach społecznościowych, i oczywiście znajdują to, co raczej nie powinni widzieć. Osobiście uważam, że robią bardzo dobrze, każdy sposób jest dobry, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o przyszłym pracowniku. Jeżeli ktoś jest na tyle nieodpowiedzialny i wrzuca na internet rzeczy, które wydają mu niezbyt dobrą opinię np. pan całujący butelkę wódki, albo pani w wyzywającej pozie pstryka sobie zdjęcie z odbicia lustrzanego to cóż, jak cię widzą tak cię piszą. Przecież to idzie w dwie strony. Można przecież na necie się wykreować w pozytywny sposób. Pokazać ludziom na przykład swoją cudowną rodzinkę, zainteresownia, pamiętać o czyiś urodzinach, chociaż w realu nawet nie mielibyśmy pojęcia, że ktoś tam obchodzi urodziny, ale komputer przypomni i proszę składamy życzenia i jest pozytywny odbiór naszej osoby. Można sobie też nie życzyć zaglądania na swój profil obcych osób i zastować blokady, a wtedy taki pracodawca i inni intruzi mogą zaglądać do woli. Z tego co zauważyłam ludzie nie zdają sobie sprawy z konsekwencji słowa pisanego i zdjęć, które choć zabawne, mogą bardzo zaszkodzić. Wątpię też, żeby pracodawca szukający do łopaty fatygował się i szukał po necie informacji o przyszłym pracowniku. Szybciej chodzi o poważne stanowiska, a wtedy wiadomo szuka się poważnej osoby, która nawet prywatnie dba o swój wizerunek, a co za tym idzie będzie dbać w przyszłości o wizerunek firmy. Można też w ogóle nie zakladać sobie profilu na portalu społecznościowym i mieć święty spokój.

Napiszę jeszcze coś. Mój blog miał powstać trzy lata temu z chwilą podłączenia na stałe do sieci, ale nie powstał. Poznałam internet od tej najgorszej strony, jako nośnik czyiś frustracji wylewanych na mnie i mojego męża. I co z tego, że wiem kto nas nękał, jak nie mogę tego udowodnić. Wtedy przypłaciłam to stanami depresyjnymi, ale teraz nie ma to dla mnie znaczenia, dowodem tego jest powstanie tego bloga.

czwartek, 20 stycznia 2011

Ogrodnikiem każdy być może, nawet jeśli nie może ;) Kilka zdjęć ogródków miniaturek, z wystawy rolniczej w Tullow, nawet nagrody przyznawano. Pomysł dla każdego i na każdą kieszeń.

 

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Tak mi teraz fajnie podpasował tematycznie ten film pod to, co napisałam wczoraj o wystawie górniczej. "Laura" (2009) to dramat obyczajowy, który już był emitowany w telewizji, ale w związku z tym, że polskiej telewizji, a właściwie żadnej telewizji nie oglądam od dawien dawna, to i nic dziwnego, że nie jestem na czasie.

Film został nakręcony na podstawie prawdziwych wydarzeń w kopalni Halemba. Po zawaleniu stropu został uwięziony górnik Zbyszek Nowak. Dopiero w czwartej dobie udało się go uratować, choć wielu straciło nadzieję, na ocalenie go żywego. Wszyscy uważali to za prawdziwy cud, a sam Zbyszek uważa, że uratowała go wtedy miłość do córki Laury i żony Marleny. Bardzo modlił się o to by mógł znowu je zobaczyć. W filmie dotrzymywał mu towarzystwa i dodawał otuchy duch górnika, który zginął tam wcześniej. Bardzo poruszająca historia, oglądałam ten film w napięciu, chociaż wiedziałam, że wszystko dobrze się skończy.

12:17, rowena77 , film
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 stycznia 2011

Ciekawą wystawę multimedialną oglądalismy w Discovery Park w Castlecomer w hrabstwie Kilkenny. Wystawa była na temat powstawania węgla kamiennego 300 milionów lat temu i o czasach wydobywania go od XVIII wieku, aż do zamknięcia kopalń w 1969 roku.

Fragment lasu bagiennego z okresu karbońskiego, a w nim zwierzęta naturalnej wielkości, jakie żyły w tamtych czasach, oczywiście na sztucznej makiecie.

A tu prawdziwe skamieniałości z fragmentami roślin, oraz kącik dla najmłodszych :)

Historię górnictwa przedstawiono za pomocą materiałów archiwalnych, wywiadów z historykami, opowiadań górników i ich rodzin.

Ciężka i niebezpieczna praca górników, tym wiaderkiem wydobywano węgiel.

 

 

sobota, 15 stycznia 2011

Niedawno Adam skończył 7 lat i nie mogę uwierzyć, że to tak szybko zleciało. Jak się urodził myślałam, że te pieluchy nigdy się nie skończą, i że ugrzęzłam w nich na zawsze. Odliczałam aby pierwszy miesiąc, trzy miesące, pół roku, aby do roku jakoś wytrzymam, mimo że był bardzo spokojnym niemowlęciem, i powodu do narzekań nie miałam. Teraz kiedy mam Michelle niczego nie odliczam. Cieszę się każdym kolejnym miesiącem, bo wiem że trwać wiecznie nie będzie. Z wiekiem jakbym cierpliwsza była. Znalazłam kilka notatek, takich "złotych myśli" którymi zaskakiwał mnie mój cztero-pięcioletni syn. Szkoda, że więcej tego nie zapisałam, po latach było by się z czego pośmiać. Teraz mając tego bloga postaram się więcej zapisywać naszych rozmówek. Będą ciekawą pamiątką po latach. Ciekawe też czym zaskoczy mnie Michelle (w domu mówimy na nią Misia), na razie świergocze po swojemu, jest bardzo muzykalna i roztańczona, a chodzi na swoich nóżkach przecież od niedawna :)

 

Adam: Kaktus musi mieć mało wody w doniczce, żeby myślał, że jest na pustyni.

                                          

Ja: Oliwką smaruje się skórę, a nie włosy.

Adam: Na głowie też mam skórę!

                                           

Adam: Mamo mam dla ciebie prezent! Zrobiłem lemoniadę i bałagan w kuchni!

 

Ja: Ty w ogóle mnie nie słuchasz!

Adam: To przeczytaj sobie książkę "Jak zrobić żeby dzieci cię słuchały"!

 

Adam: Pingwiny to takie nieprawdziwe ptaki, bo nie latają.

 

Adam: Ziemia jest okrągła i nic na to nie poradzę.

 

Adam: Mamo zapamiętaj! Rzeczy potrzebne możesz wziąść, a rzeczy niepotrzebnych nie dotykaj!

 

Adam: Innej mamy nie chcę, ta jeszcze może być.

 

Adam: O nie! Co tu się dzieje?! Nie poznaję swojego pokoju! Mamo, dlaczego posprzatałaś?!!!

 

No i mój ulubiony tekst z tamtych czasów: Pająka się boisz? A co ty mamo baba jesteś?

Tak było kilka lat temu, a teraz jeszcze bardziej mnie zaskakuje ;) 

 

- Adam z kim siedzisz w ławce? Z Polakiem czy z Irlandczykiem?

- Z Irlandczykiem.

- A twoi koledzy Polacy? - dopytuję się.

- Jakbym rozglądał się i patrzył kto, gdzie, z kim siedzi, to bym nie słyszał co pani mówi przy tablicy!

-Eee... słusznie.

 

środa, 12 stycznia 2011

"Przez dziurkę od klucza" to moja pierwsza książka Krystyny Siesickiej. Kiedyś obijała mi się o uszy jej "Zapałka na zakręcie", ale jakoś nigdy nie wpadła w moje ręce, a jak się okazuje pani Krystyna napisała mnóstwo książek. Kupiłam akurat tą na wypróbowanie i bardzo mi się spodobał styl pisania autorki, z przyjemnością się przy niej relaksowałam. Wezmę pod uwagę inne  książki tej autorki w przyszłości.

A teraz o samej książce. W zasadzie nie ma tu konkretnej fabuły, raczej taki zapis codzienności z życia pewnej rodziny. Wszystko kręci się wokół babci, która swoją życiową mądrością i doświadczeniem dzieli się z pozostałymi członkami rodziny. Taką babcię każdy chciałby mieć w domu, lub taką babcią być na starość. Przykro to stwierdzić, ale to już taki niedzisiejszy model rodziny - rodzina wielopokoleniowa, w której seniorzy są bardzo ważnymi członkami rodziny, a nie niepotrzebnym balastem. Poza tym mnóstwo praktycznych porad z kulinarii, prowadzenia domu, wychowywania dzieci, a nawet w sprawach sercowych. A najbardziej podobał mi się niepowtarzalny, ciepły klimat całej książki. Do takiego domu chętnie się wraca, tęskni i próbuje samemu stworzyć.

wtorek, 11 stycznia 2011

...o tym, że miałam dość poprzedniego szablonu. Nie wszystkie literki się ładnie drukowały. Taki drobny szczególik, na który myślałam, nie będę zwracała uwagi, z czasem urósł prawie do fobii, więc won z nim. Czy to oznacza, że jestem perfekcjonistką? Wątpię. Teraz mam nowy szablon z czarno-białym kotkiem. Zaznaczam, że z czarno-białym, bo widać na pierwszy rzut oka, że z czarnym. Przecież nikt nie wie na pewno, jak wygląda z tyłu. Ma na imię Borys tak, jak mój czarno-biały kotek, którego miałam wieki temu. Teraz zwierząt nie posiadam, choć nie raz próbowano mi wcisnąć. Dziękuję - nie potrzebuję - mam dzieci. Robią za stado psów, kotów, tudzież innych zwierząt dzikich i udomowionych. Może jak podrosną to się na coś zdecyduję, na razie mam dość obowiązków.

Przeczytałam jedną książkę i miałam ją dzisiaj sobie odnotować, i kilka fajnych filmów też się obejrzało i też jakiś ślad by po nich chętnie bym zostawiła (o nie fajnych, czyli takich które mi się nie podobały nie piszę, szkoda mi czasu, co nie znaczy, że komuś innemu by się nie spodobały, więc po co zle mam nastawiać). Dzisiaj jednak weny brak, więc będzie tak.

I jedno zdjęcie z cyklu ... 

CUDA I DZIWY Z IRLANDII - coś dziwnego wyrosło w lesie heh 

 

niedziela, 09 stycznia 2011

A dziś niedziela spędzona w bardzo orginalny sposób, wśród sokołów i sów :)

No jak tu nie pogłaskać takiej sówki. Bo w końcu ile razy w życiu miałam okazję pogłaskać sowę? 

 

piątek, 07 stycznia 2011

"Święty interes" to komedia obyczajowa, której premiera odbyła się w sierpniu 2010 roku. Dwóch braci wraca do rodzinnej wsi na pogrzeb dawno niewidzianego ojca. Dostają w spadku tylko starą stodołę i równie stary samochód Warszawę M-20, więc nie mają się zbytnio z czego cieszyć, zwłasza że jeden ma długi hazardowe, a drugi ma już dość posady sprzątacza w Szwecji. Mieszkańcy wsi są jednak bardzo zainteresowani wykupem samochodu. Krąży legenda, że w przeszłości właścicielem auta był biskup Karol Wojtyła. Mieszkańcy chcą w ten sposób przyciągnąć do wioski turystów, a poza tym wielu wierzy w uzdrawiającą moc Warszawy :) Bardzo przyjemna i lekka komedia. W rolach głównych... a zresztą widać wszystko na plakacie filmu :)

11:58, rowena77 , film
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 stycznia 2011

Dziś troszkę optymistyczniej.  Na dwa tygodnie przed świętami zamówiłam książki w nowootwartej księgarni SEN w Dublinie. Wcześniej zamawiałam gdzie indziej, ale tym razem postanowiłam wypróbować akurat tę księgarnię, bo mieli interesujące pozycje. Nie myślałam o tych książkach jako o prezentach dla siebie i dzieci pod choinkę. Raczej postanowiłam uzbroić się w słynną irlandzką cierpliwość, bo ostatnia księgarnia wymagała ode mnie aż nadto cierpliwości. Na terenie Dublina księgarnia SEN dostarcza książki gratis do domu, ale ja chet chet daleko od stolicy, więc myślę sobie, pewnie mnie się już nie należy darmowa dowózka. Za kuriera trzeba będzie płacić, albo pocztę, kto wie.  A tu pani z księgarni wykombinowała, że ona te książki podrzuci kierowcy z piekarni, który to dostarcza do naszego Tullow polski chleb, a ja w Polskim Sklepie zostawię pieniądze dla tegoż pana. I tak dzięki ludziom dobrej woli dzień przed świętami moje książki przyjechały z chlebem specjalnie pod moją choinkę:)

A na zdjęciu u dołu lala mojej małej Michelle, którą dostała na Gwiazdkę, i o której już kiedyś wspomniałam. Obie na święta miały czerwone sukienki :)

 

 
1 , 2